Piotr Lipiński: ŻYCIE NA FACEBOOKU, czyli sieciowy Big Brother

Felieton/Social media 09.11.2014
Piotr Lipiński: ŻYCIE NA FACEBOOKU, czyli sieciowy Big Brother

Jest to jedna z wielkich tajemnic współczesnego świata: skąd ludzie biorą czas, żeby ględzić na „fejsie”? Przecież podobno wszyscy gdzieś pędzimy i nie mamy kiedy zajmować się głupotami. Dlaczego więc przesiadujemy na Facebooku, zamiast pomnażać dochód narodowy brutto?

Z wielką przyjemnością wcielę się teraz w zgreda, który nic nie rozumie ze współczesności. Bo z Facebooka właściwie od dawna nie chce mi się niczego zrozumieć. I co jakiś czas odczuwam potrzebę podzielenia się moimi myślami nad dziwactwem tego amerykańskiego serwisu.

Ze zgredowaniem na jego temat czuję się znakomicie. Bardzo lubię kawałek Muńka Staszczyka, w którym śpiewa „pier… fejsa”. Wczoraj słuchałem wywiadu z muzykiem „Czarno-Czarnych”, który też narzekał na ów serwis społecznościowy. Jeśli więc dziś zgredami są rockandrollowcy, to nie ma sprawy, chętnie przyłączę się do ich imprezowego grona. A miłość do Facebooka pozostawię młodszym hip-hopowcom, którzy śpiewanie mylą z recytowaniem wierszy na szkolnych akademiach.

Przyglądając się ludziom, którzy spędzają na Facebooku całe swoje życie (a sądząc z liczby postów być może nawet kilka następnych wcieleń), zauważyłem, że wykształciły się trzy grupy: emeryci, szeroko pojęta młodzież oraz bezrobotni.

Zacznijmy od tych ostatnich. Stan bezrobocia jest niestety – z punktu widzenia Facebooka – przejściowy. Gdy bezrobotny zaczyna znowu pracować, nagle znika z „fejsa”. Wygląda więc na to, że interesy Marka Zuckerberga i Ewy Kopacz są rozbieżne. Jemu zależy na wzroście, a jej na zmniejszeniu polskiego bezrobocia. Teraz oczywiście ktoś może się popisać błyskotliwym komentarzem, że naszej pani premier też zależy na bezrobociu, w imię interesów wszechświatowego spisku. Jak to wstawi na „fejsa”, na pewno zdobędzie trochę „lajków”. Jak wspomni, że Ziemia jest płaska, też go ktoś polubi.

facebook dzieci smartfon

Zależność między pracą a Facebookiem widzę doskonale po sobie. Im więcej mam roboty, tym rzadziej zaglądam na „fejsa”. Ale uwaga, tu kryje się podstępna pułapka. Przecież Facebook bywa po prostu jednym z narzędzi pracy. Jak młotek albo glebogryzarka. Świetnie służy zainteresowaniu innych tym, czym się właśnie zajmujemy. Tylko niestety w pewnym momencie odczuwamy potrzebę poinformowania już nie tylko o tym, że właśnie zbudowaliśmy wehikuł czasu. Musimy koniecznie zakomunikować, z ilu jajek usmażyliśmy rano omlet.

Emerytura to ten cudowny okres, kiedy można podróżować po całym świecie. Realnie, o ile jest się niemieckim emerytem. I wirtualnie, jeśli polskim. Nie dziwię się więc, że na Facebooku widzę coraz więcej nieprzeciętnie aktywnych emerytów. W końcu przeżyli wystarczająco dużo, żeby mieć wiele do opowiedzenia. Teraz wreszcie mają też czas, aby dzielić się wspomnieniami, że szynka była lepsza za Gierka. Pod warunkiem, że ktoś ją dopadł w sklepie.

Rozumiem też młodych ludzi, którzy na „fejsie” przebywają dzień i noc, a może nawet całą resztę swojego życia.

Oni posiedli napoleońską umiejętność robienia kilku rzeczy na raz. Nie przeszkadza im, że na raz oglądają telewizję, słuchają radia, piszą pracę magisterską, włączają Youtube i siedzą na „fejsie”. Ja tak jednak nie potrafię. Jeżeli coś mam zrobić dobrze, to muszę się skoncentrować na jednej rzeczy. Moja głowa nie jest wielowątkowa. Moja głowa jest jednotorowa. Podejrzewam, że wielu moich rówieśników działa równie linearnie, dlatego właśnie zdumiewa mnie ich ciągła obecność na Facebooku.

facebook tablet ipa

„Fejs” to wymiana myśli, mądrzejszych lub też głupszych. Jeden na niej zyskuje, drugi traci. Kiedy zaglądam na swoje konto, widzę tyle ciekawych dyskusji, że mógłbym przesiedzieć cały dzień, gdybym chciał dorzucić wszędzie swoje dziesięć groszy. Ale ponieważ muszę zarobić kilka złotych, to jednak zabieram się do pracy, a nie do ględzenia.

Facebook to współczesna gigantyczna kawiarnia. Kiedyś ludzie – przynajmniej niektórzy – wieczorami przesiadywali przy stolikach w zadymionych papierosami lokalach. Chadzano do słynnych miejsc, takich jak „Czytelnik” czy „Spatif”. Ale tam spotykano się jednak wieczorami, po pracowitym dniu. Celem wypicia napojów przemysłu alkoholowego oraz omówienia aktualnej sytuacji społeczno-politycznej. Czyli jak kto ostatnio wypadł na zdjęciach słynnej portrecistki Zofii Nasierowskiej. Dziś na Facebooku siedzi się całymi dniami żaląc na życie w korporacji albo też bez niej. I wrzucając „selfie”. Dzisiejszym celebrytom „fejsowego” walla Nasierowska nie jest do niczego potrzebna.

facebook smartfon

Poważnie zaś mówiąc, Facebook musi zaspokajać jakieś niesłychanie ważne ludzkie potrzeby, skoro fala jego popularności uderzyła w świat z siłą tsunami. Czy chodzi rzeczywiście o kontakt z innym człowiekiem? Czy raczej o ekshibicjonizm, w którym „fejsowy” znajomy pełni tylko rolę widza? Facebook – ale może szerzej w ogóle Internet – spełnił najwyraźniej powszechne marzenie, aby każdy mógł zamieszkać w telewizyjnym domu Big Brothera. Aby publiczność, choćby dwudziestoosobowa, śledziła każdy krok gwiazdy swojego walla.

Tylko skoro tak wiele osób pragnie, aby inni wiedzieli, co dziś zjedli na śniadanie, to skąd się biorą boje o anonimowość i poszanowanie prywatności w sieci?

A, zapomniałem – pewnie dlatego, że modnie jest mieć w tej sprawie swoje krytyczne zdanie. I zdobyć kilka „lajków”, dzieląc się poglądami na „fejsie”. Dzięki Facebookowi przynajmniej wiemy, że każdy lubi być „lajkowany”. Każdy lubi być kochany.

Cóż za wspaniały czas dla dzwonnika z Notre Dame! Ileż mógłby zdobyć „lajków”, pisząc o swojej miłości. Pod warunkiem oczywiście, że na profil wstawiłby jakiś atrakcyjny awatar, a nie swoje „selfie”.

Nie uważam Facebooka za śmietnik, w którym ludzie dzielą się zdjęciami ulubionych zwierzątek. Przecież wrzucają też fotki swojego wegetariańskiego steaka. Facebook pełni jednak ważniejszą rolę – pokazuje, że współczesny Polak zna się doskonale na wszystkim. Kiedyś tacy byli tylko taksówkarze – znali niezawodną receptę na poprawę działania rządu, gospodarki, programu kosmicznego i turbinki Kowalskiego. Dziś każdy Facebookowicz wie wszystko i wszystkiemu się dziwi. Na szczęście posiada w zanadrzu gotową receptę na uzdrowienie wszechświata a nawet wybielenie czarnych dziur. Być może kiedyś powstanie nowa kategoria nagrody – Nobel dla facebookowego myśliciela.

facebook protest

Dyskusje facebookowe są – co dość oczywiste – głównie teoretyczne. Przypominają doradzanie fotografowi, że ostrzejsze zdjęcia wojenne uzyskałby, gdyby tylko korzystał ze statywu. Hej panie Capa, czemu pan na plaży w Normandii nie użył lampy błyskowej?

Nowe facebookowe znajomości bywają równie silne, jak rączki niemowlaka (pomijając Herkulesa, który nieźle sobie radził już od kołyski).

Wielu osób spośród naszych znajomych pewnie nie poznalibyśmy na ulicy. Ale przecież życie nie polega tylko na tym, żebyśmy każdego mogli dotknąć. W końcu w Internecie chodzi o to, żeby przełamać fizyczne granice, choćby odległość dzielącą nas od sklepu, banku albo urzędu.

Bardzo intryguje mnie jedno: czy Facebook okaże się tworem ponadczasowym. W skali czasowej porównywalnej powiedzmy do wyszukiwarki Google, bo raczej nie w sensie egipskich piramid. W Polsce przyszłość Facebooka widzę w bardzo jasnych barwach. Dostrzegam falę migracji ludzi z NK. To kolejna widoczna grupa, oprócz wspomnianych emerytów, młodzieży i bezrobotnych. Tych, którzy właśnie przyszli z NK łatwo zauważyć – kopiują oświadczenia o konwencji berneńskiej.

Pomarudziwszy więc jak na zgreda przystało muszę na koniec pamiętać, aby pod tekstem koniecznie kliknąć facebookowy guzik.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje naPiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

*Część zdjęć pochodzi z Shutterstock.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement