Jennifer Lawrence o wycieku zdjęć: to nie skandal, to przestępstwo seksualne, a ja nie mogę się z nią bardziej zgodzić

Felieton/Technologie 07.10.2014
Jennifer Lawrence o wycieku zdjęć: to nie skandal, to przestępstwo seksualne, a ja nie mogę się z nią bardziej zgodzić

Świat, internet, normy społeczno-etyczne zmieniają się tak szybko, że czasami trudno jest dostrzec prawdziwy wymiar głośnych, globalnych wydarzeń. I dopiero nazwanie rzeczy po imieniu w prostych słowach może nas otrzeźwić.

Jennifer Lawrence po raz wypowiedziała się na temat skradzionych zdjęć z jej iPhone’a, a jej słowa brzmią jak strzał w pysk. – To nie skandal. To przestępstwo na tle seksualnym – mówi w „Vanity Fair” Lawrence, a my wszyscy powinniśmy wziąć to sobie głęboko do serca.

Skandal, wyciek, bezmyślność hollywoodzkich gwiazdeczek – tymi wszystkimi określeniami nazywaliśmy sprawę kradzieży nagich zdjęć wielu gwiazd współczesnej pop-kultury, na czele z Jennifer Lawrence. Tymczasem jest właśnie tak jak mówi główna zainteresowana: – to napaść seksualna. Niczym gwałt, a nikt z nas przecież nie chciałby być zgwałconym.

Jest coś niepokojącego we współczesnych społecznościach internetowych. Zakrzywia się rozumienie i ocena podstawowych wartości – tego co można, a czego nie można, to co jest normalne, a co nie jest normalne, co jest społecznie akceptowalne, a co nie.

Gdyby ktoś dzisiaj włamał się do naszego domu i zabrał z niego nasze prywatne zdjęcia, to liczylibyśmy na to, że będzie się nam współczuć i że odpowiednie służby będą pilnie pracować, by złapać złodziei i naprawić nasze szkody. Tymczasem, gdy ktoś włamuje się do telefonu Jennifer Lawrence, kradnie z niego prywatne zdjęcia, publikuje w sieci i zarabia na tym, to twierdzimy, że przecież nie powinna robić sobie nagich zdjęć i że była nieodpowiednio zabezpieczona.

A to przecież gwałt, przestępstwo seksualne – jak dosadnie i celnie mówi aktorka.

To, że jestem osobą publiczną, to że jestem aktorką nie oznacza oddania publice tego terytorium. Moje ciało powinno podlegać moim wyborom. To, że nie podlega jest najbardziej odrażającą rzeczą

mówi w „Vanity Fair” i brzmi to jak opis gwałtu, gdy bez naszej zgody odzierani jesteśmy ze swojej seksualności.

Ale jest coś jeszcze.

Oprócz złodzieja, który włamał się do telefonu gwiazd i ukradł zdjęcia są też setki osób, które próbowały na tym zarabiać i miliony, które te zdjęcia oglądały.

Fakt, że ktoś może być wykorzystany seksualnie, a komu innemu pierwsze co przychodzi na myśl w związku z tym jest czerpanie z tego korzyści majątkowych jest dla mnie niepojęte. Ja sobie po prostu nie wyobrażam jak można być tak pozbawionym człowieczeństwa

– mówi Jennifer Lawrence i ponownie trudno o słowa bardziej przemawiające do zdrowego rozsądku.

Jest coś wybitnie niepokojącego w tym, że w zaciszu domowego internetu czujemy się anonimowo rozgrzeszeni z faktu, że sobie takie zdjęcia obejrzymy. De facto jesteśmy jednak współodpowiedzialni za tę napaść na tle seksualnym. Co więcej, gdybyśmy nie chcieli tego oglądać, nie byłoby na tym biznesu.

W wywiadzie Lawrence przyznaje, że nawet osoby z najbliższych kręgów oglądały jej zdjęcia, co dla niej oznaczało, że one także wykorzystywały ją seksualnie.

Przyznaję, że sam do tej pory nie podchodziłem do tej sprawy w właśnie w ten sposób. Słowa Lawrence otworzyły mi jednak oczy i zgadzam się z nimi w pełnej rozciągłości. Widziałem kilka tych zdjęć i czuję się teraz tak, jakbym sam przyczynił się do napaści seksualnej na Jennifer Lawrence.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement