Obwinianie ofiary, czyli wszyscy jesteście winni linczu na celebrytkach

Felieton/Technologie 05.09.2014
Obwinianie ofiary, czyli wszyscy jesteście winni linczu na celebrytkach

Spamerzy, scamerzy i inne internetowe szuje używają wykradzionych nagich zdjęć celebrytek jako wabika do klikania w malware. Nic dziwnego – jest popyt to jest i podaż. Jest także coraz mocniejsze obwinianie ofiar i ignorowanie sprawców. Nie ma jak cudowny, pełen mądrych ludzi internet!

Od zeszłego tygodnia z tysiąc razy przeczytałam, że jeśli gwiazdy nie chciały, by ich nagie fotki wyciekły do sieci, to nie powinny ich wrzucać do chmury, a nawet robić. Nie i już – wszyscy wiemy jak zdradliwy bywa internet.

To jednak ściema. Uspokajanie własnego sumienia, zazdrość czy chęć sprowadzenia do parteru znanych ludzi. Może być to także tzw. „slut-shaming”, termin, który nie ma dobrego polskiego odpowiednika.

Osoby, które pierwsze oceniają gwiazdy robiące sobie nagie fotki pokazują mechanizmy internetowego odwracania uwagi od właściwego tematu. Patrząc na sprawę z boku z trzeźwym umysłem łatwo rozpoznać kto jest tu zły. Dziewczyny albo ich partnerzy robili im prowokacyjne zdjęcia, które miały pozostać prywatne. Ktoś włamał się na ich konta i je wykradł, upublicznił i odsprzedał. Kto jest winny?

Obwinianie ofiary.

Złodziej, oczywiście. On złamał prawo i naruszył prywatną strefę tych kobiet. Jednak złodziej-włamywacz nie jest tak atrakcyjnym tematem jak celebrytki i ich zdjęcia. Już jakiś artysta przygotowuje wystawę zdjęć złożonych z różnych wycieków tego typu. Twierdzi, że chce pokazać zanik prywatności w erze internetu i chmur. Jednak ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że ekspozycja nagich zdjęć sławnych ludzi przyniesie mu niezły rozgłos, a co za tym idzie niezłe pieniądze. Taki więc jest zapewne jego cel, mało w tym artyzmu.

Idąc tą drogą myślenia można dojść do wniosku, że to może wina tych kobiet, że w ogóle zrobiły sobie takie zdjęcia? Powinny wiedzieć lepiej, powinny przewidzieć konsekwencje JAK JA!

Tak, ja – ja jestem mądry! Nie robię sobie takich fotek, bo jestem mądry i przewidujący. A nawet jeśli robię, to nie jestem sławny i takiej afery nie wywołam. JA jestem lepszy od TYCH celebrytów. JA pouczę jak się zachowywać i co robić.

To rozumowanie podobne do tego z powiedzenia „okazja czyni złodzieja”. Podtekst tego wyrażenia zawiera informację, że cóż trzeba było zamknąć mieszkanie, nie zostawiać torebki na siedzeniu samochodu czy lepiej pilnować portfela i nie wkładać go do tylnej kieszeni spodni. Oczywiście, człowiek może zachowywać się bardziej rozsądnie, ale nic nie usprawiedliwia złodzieja, który przywłaszcza sobie czyjś dobytek.

Ponieważ internet to wciąż kulturowo młode medium a afery z włamaniami i wyciekami prywatnych czy tajnych danych za pomocą sieci zdarzają się od stosunkowo niedawna, mamy w głowie obraz czegoś nowego. Dlatego przypisujemy tym internetowym przestępstwom trochę inną wagę. Nie rozumiemy ich do końca i o ile większość z nas potrafiłaby ukraść portfel, o tyle niewielu umiałoby włamać się do kont iCloud. Tym bardziej nie obwiniamy sprawcy – to zręczny, inteligentny i obeznany człowiek z technologicznym talentem. Pewnie nam też mógłby zrobić niejednego psikusa.

Sprowadzanie do poziomu podłogi.

Łatwiej skupić się na ofierze. Tym łatwiej, im bardziej sławna i rozpoznawalna jest. A jeśli dotyczy to nagości, możliwości sprowadzenia kogoś do parteru i dowartościowania siebie jeszcze lepiej. Uwielbiamy zaglądać w życie sławnych ludzi, uwielbiamy jak Pudelek najpierw kreuje postać na celebrytę, a potem sprowadza ją do parteru. Bo ma brzydkie uszy, bo pokazała majtki czy sutka, bo powiedziała coś głupiego, bo dała się komuś nabrać. Nie jest taka idealna!

Gdy wyciekły fotki gwiazd czytałam komentarze na Redditcie, gdzie pojawił się livestream wycieków. Część z użytkowników bez oporów pisała, że będzie robić sobie dobrze do zdjęć swoich ulubionych aktorek, zresztą wątek pojawił się też w dedykowanym samouciechom subreddditcie /r/fapping. Wiadomo było, że kolejnego dnia temat podłapią plotkarskie portale chcące zrównać celebrytów z ziemią i żerować na najniższych uczuciach, jednak przez chwilę widać było też drugi powód ekscytacji. Zwykłe podniecenie. Wychodzi na to, że nie takie zwykłe, bo napędzane celebryckim blichtrem i mokrymi myślami podczas oglądania filmów czy seriali z udziałem bohaterek afery.

Slut-shaming.

Żyjemy w czasach, w których publiczna seksualność jest powszechna. „Szczucie cycem” odbywa się w połowie reklam, na połowie billboardów, w kulturze i rozrywce zgodnie z maksymą „sex sells”. Żyjemy w czasach, gdy większość internautów ogląda w sieci pornografię, bo ta dostępna jest dosłownie po trzech, czterech kliknięciach. Niby granica tego, co wypada przesuwa się coraz dalej i dalej, tymczasem okazuje się, że ruchy konserwatywne mają się dobrze i to chyba lepiej, niż kilka lat temu.

Mimo seksu wylewającego się zewsząd, seks wciąż jest tematem tabu. Nie potrafimy o nim mówić z dala od klawiatury, więc przenosimy naturalną ciekawość do internetu. To tu uczymy się czym jest seks, jak się odbywa, czego można oczekiwać. Tu pytamy o przeżycia z pierwszego razu i o to, jak zlokalizować części ciała jednocześnie oglądając porno, które zawstydziłoby wielu rozpustników sprzed kilku wieków.

Żyjemy w czasach, gdy z jednej strony obserwujemy ludzi wychowanych bez internetu, którzy chcą przekazać nam wartości, ale sami nie wiedzą jak rozmawiać o seksie a z drugiej oglądamy seks w każdym możliwym wydaniu.

Żyjemy w czasach internetu i wydaje nam się, że każda myśl może zostać wypowiedziana na głos bo jesteśmy anonimowi, że tu można zabłysnąć, wylać frustracje i w końcu popuścić wodze politycznej poprawności. Dlatego właśnie dziewczyny, które zostały zgwałcone borykają się z trollami obwiniającymi je za gwałt, z ludźmi, którzy nie boją się napisać w komentarzu mocno kontrowersyjnych i oceniających opinii, których nigdy w życiu nie wypowiedzieliby prosto w twarz.

Slut-shaming polega na ocenianiu, krytykowaniu i sprawianiu, że głównie kobiety czują się winne z powodu odbiegających od ogólnie przyjętych społecznie norm zachowań seksualnych, np. chęci używania antykoncepcji, czerpania przyjemności z seksu, robienia sobie nagich fotek czy nawet zostania ofiarą napaści seksualnej. Slut-shaming to spora część tego, co widzimy po aferze zdjęć celebrytek.

Wyobraźmy sobie aferę taką jak ta, o której wspominam. Wyciekają prywatne, nagie zdjęcia gwiazd. Tylko, że nie są to zdjęcia celebrytek, a celebrytów.

Tak zwane „dick pics”.

Potraficie? Mi jest ciężko. Głównie dlatego, że mało kto chciałby atakować konta w chmurze męskiej części sławnych ludzi. Cena rynkowa nie byłaby tak wysoka. Pewnie ktoś by je kupił, a bohaterowie staliby się bardziej zabawnym tematem niż obiektem publicznego linczu i porad, żeby nie robić takich zdjęć w ogóle. Wiadomo, facet miał chęci, zdarzyło się. Dopóki nie będzie to jakiś znany polityk czy przykładny mąż i ojciec skwitujemy to uśmiechem i rozbawieniem.

Wszystkie te czynniki łącznie z przekonaniem, że w sieci wolno wszystko, skutkują dziwną sytuacją, gdy zamiast obwiniać sprawcę skupiamy się na ofierze, gdy usprawiedliwiamy naruszenie intymności i gdy zapominamy, że sami też mamy wiele na sumieniu. Każdy ma. Nikt nie chciałby, by obce osoby publikowały jego prywatne zdjęcia.

Pocieszające jest to, że wśród przeważającej ilości krytycznych dla celebrytek głosów pojawia się coraz powszechniejsze opinie, że cała ta sprawa jest niesmaczna, że nagie fotki to nic takiego i nie powinno się naruszać prywatności. Mimo wszystko spora część internetu wciąż wyczekuje na kolejne informacje o reakjach gwiazd i ma nadzieję, że pojawi się więcej wideo.

_

* grafika: Shutterstock

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement