Internet Rzeczy to nie tylko ogrom możliwości, to także obawa o dane miliardów ludzi

Felieton 25.05.2014
Internet Rzeczy to nie tylko ogrom możliwości, to także obawa o dane miliardów ludzi

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

W dobie technologii ubieralnej, inteligentnych piekarników, które same przygotowują za nas pieczeń oraz aplikacji, które odpowiedzą nam na nasze najskrytsze pytania, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że Internet jest wszędzie. Jest w naszym domu, poza nim, a tak naprawdę ciągle przy nas, we włączonym smartfonie. W większości gospodarstw domowych przynajmniej jedno urządzenie jest w stanie się z nim połączyć, a nierzadko posiadamy kilka przedmiotów, które mają dostęp do Sieci. Internet to my.

Internet Rzeczy (z ang. Internet of Things, w skrócie IoT) to wyrażenie użyte pierwszy raz w roku 1999 przez Kevina Ashtona, brytyjskiego inżyniera, a określające po prostu koncepcję czy raczej zjawisko istnienia różnych przedmiotów, które same są w stanie przetwarzać, gromadzić i wymieniać dane w oparciu o Sieć. Internetem Rzeczy określimy więc wszystkie urządzenia, które mają bezpośredni dostęp do Sieci, i które dzięki pobieraniu i wysyłaniu do niej informacji, służą nam w różnych dziedzinach życia. Będą to wszelkie smartfony, telewizory, zegarki czy nowoczesne samochody.

Rewolucja cyfrowa przy tym, to jeszcze nic. Za chwilę dożyjemy momentu, w którym wszystko wokół nas będzie nie tylko nowoczesne, nie-analogowe, a cyfrowe, ale także zintegrowane z Siecią. Według danych AMD w roku 2015 na świecie będzie 15 miliardów urządzeń połączonych z Internetem, a do roku 2020 (czyli raptem 5 lat później!) liczba ta wzrośnie do 50 miliardów. Tak szybki przyrost, i co za tym idzie – rozwój, może być możliwy tylko dzięki Sieci i nowoczesnym technologiom wdrażanym z dnia na dzień w coraz to inne przestrzenie i przedmioty codziennego użytku. Kiedyś przełomy dokonywały się na przestrzeni lat (wynalezienie druku, powstanie kolei czy telegrafu), dziś robimy to za pomocą prawie że jednego przycisku.

Internet Rzeczy to ogrom możliwości, który jest poniekąd równoznaczny z zadowolonym, długo żyjącym i teoretycznie bezpiecznym społeczeństwem.

Wyobraźcie sobie tę pewność, że zamknęliście zamek i możliwość dostania informacji na smartfona, gdy ktoś próbuje przy nim majstrować. Te rozwiązania dostępne są już dziś, choć raczej kojarzyć je będziemy z hotelem Blow Up Hall 5050, niż z naszymi mieszkaniami i sytuacją, gdy nerwowo przeszukujemy plecak czy torebkę w poszukiwaniu kluczy. A co z dziedziną medycyny? Jak bardzo ułatwić, ale i przedłużyć życie mogłyby urządzenia monitorujące stan zdrowia pacjenta, które w jednej chwili mogą dać sygnał lekarzowi, że dzieje się coś złego? Albo na przykład monitory dla osób starszych (coś na wzór tzw. elektronicznej niani dla dziecka), zintegrowane z siecią, które pomagałyby seniorom w wykonywaniu prostych czynności i zawiadomiłyby pogotowie w przypadku upadku, braku oddychania? To wszystko jest w zasięgu ręki.

Przykładami urządzeń podłączonych do Internetu, o której do tej pory się nam nie śniło są rozwiązania zaprezentowane przez Intela na targach CES 2014 Wówczas Intel zaprezentował komputer Edison wielkości karty pamięci SD. Ma być on stosowany między innymi w projekcie „Pielęgniarka 2.0”. Polega on na tym, że dziecko będzie nosić specjalne ubranko Mimo wyposażone w komputer Edison. Będzie ono kontrolować parametry dziecka, na przykład temperaturę jego ciała. By ubranko dziecka nie wyglądało śmiesznie i nie przypominało dziwnego gadżetu, Edison będzie wszystkie informacje wyświetlał na smartfonie, tablecie lub na… kubku do kawy. Ten ostatni będzie miał bardzo prosty wyświetlacz, na którym zapali się uśmiech, gdy z dzieckiem będzie wszystko w porządku i smutna minka, gdy coś będzie nie tak.

internet ludzie komputer laptop notebook

Dokładnie obrazuje to, że dzięki Internetowi Rzeczy sieć przestała być zarezerwowana dla urządzeń stricte komputerowych i niebawem do Internetu będą podłączone też nasze ubrania, samochody, pralki, lodówki, domy i… wszystko, co się nam tylko wymarzy. W wykorzystaniu Internetu zaczyna nas ograniczać tylko jedno – nasza wyobraźnia. Doszliśmy w końcu do takiego momentu, w którym o rozwoju techniki nie decyduje coraz większa moc obliczeniowa, a tylko to, jak będziemy w stanie ją wykorzystać. Ogromne firmy i pojedynczy wynalazcy prześcigają się w rzucaniu nowych pomysłów i odkrywaniu kolejnych zastosowań sieci. Wróciliśmy do czasów, w których monopolu na dokonywanie zaskakujących i potrzebnych odkryć nie mają już tylko wielkie korporacje, ale też zwykli ludzie.

Niestety, oprócz udogodnień i świetlanych wizji przyszłości, za Internetem Rzeczy kryje się także niebezpieczeństwo.

Ogromna liczba urządzeń, które zamknąć można we wspomnianym określeniu, Internet Rzeczy, to nie tylko problem kwestii utylizacyjnych, pewnego obniżenia wartości samej rzeczy, zdawałoby się, ekskluzywnej, ale także problem bezpieczeństwa i ochrony naszych danych. Wraz z kilkukrotnym wzrostem liczby przedmiotów połączonych z Siecią, przybywa jednocześnie danych, które są potrzebne do ich prawidłowego funkcjonowania. Organy regulacyjne w Federalnej Komisji Handlu USA, Komisji Europejskiej czy innych organizacjach mówią o złych stronach IoT w kontekście właśnie bezpieczeństwa naszych danych. Trudno przewidzieć zachowania przedsiębiorców czy innych jednostek, które będą miały do nich dostęp. Trudno zresztą przewidzieć zachowania i reakcje samych użytkowników, którzy po prostu mogą być nieświadomi tego, że poszczególne urządzenia połączone z Siecią są w posiadaniu informacji o nich czy o innych bliskich im osobach.

internet rzeczy

Już dziś właściwie nie zdajemy sobie sprawy z niebezpieczeństw i zbyt lekko podchodzimy do tematu (z drugiej strony przejawiamy także postawy, świadczące o obsesyjnej manii prześladowczej). Sama jakiś czas temu dałam się nabić w butelkę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po wejściu na maila zobaczyłam, że w serwisie Badoo mam nieodebranych kilkanaście wiadomości od mężczyzn, którzy rzekomo chcą mnie poznać. Nie przypominałam sobie, abym kiedykolwiek rejestrowała się na tej stronie, więc z szałem w oczach przeszłam na stronę mojego profilu, której adres otrzymałam w e-mailu. Na Badoo widniało to samo zdjęcie co na Facebooku i rzeczywiście w skrzynce leżały sobie niewinnie nieodebrane mniej lub bardziej niewybredne wiadomości od panów. Konto udało mi się (mam nadzieję!) usunąć po dość długim procesie klikania, ale niesmak pozostał. Jakaś aplikacja na Facebooku sprawiła mi niespodziankę. A co jeśli chciałaby być równie uprzejma i udostępniłaby kod do mojego mieszkania, albo pin mojej karty płatniczej w ramach postu o dokonanych przeze mnie zakupach dzięki jakiejś aplikacji?

Prawnie te kwestie nie są jeszcze uregulowane. Ale bezpieczeństwo w ramach IoT zależy od nas wszystkich.

Firmy takie jak AMD i ARM współpracują nad rozwojem technologii TrustZone, dzięki której przedsiębiorstwa i ich klienci będą mogli dbać o bezpieczeństwo swoich danych oraz dokonywanych transakcji, o wiele lepiej niż jest to możliwe aktualnie. Rozwiązanie to może być wykorzystywane w nowoczesnych smartfonch i tabletach. Z technologii bazującej na TrustZone korzystają też układy Beema i Mullins wyposażone w procesor ARM dedykowany właśnie zastosowaniom bezpieczeństwa. Technologia ta podzieli używane przez nas aplikacje na bezpieczne oraz normalne. Będzie monitorować cały system, ale przede wszystkim skupi się na tych drugich i zadba o to, by żadne dane nie wyciekły z urządzenia.

Trzeba mieć na uwadze, że dostęp do niektórych informacji nawet o prywatnych osobach jest już na wagę złota, a co dopiero szczegółowe dane międzynarodowych firm. Część danych musi bezwzględnie podlegać rygorystycznej ochronie, która nie powinna móc być złamana. Czas zweryfikuje, jak poradzimy sobie z tą nadchodzącą wielkimi krokami rewolucją IoT. Czy będziemy potrafili odnaleźć się w tej sieci połączeń i wiedzieć, co dzieje się z naszymi danymi? Stracimy nad nimi kontrolę? Najbardziej obawiam się chyba tego ostatniego, bo niestety już dzisiaj ma się wrażenie, że to nas nie czeka, a po prostu – dzieje się.

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Zdjęcia pochodzą z serwisu Shutterstock.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement