Żałuję, że te gry już nie powstają

Felieton/Gry 03.01.2014
Żałuję, że te gry już nie powstają

Tęsknię za niektórymi starymi grami komputerowymi. Nie z nostalgii, nie dlatego, że dzisiejsze gry są gorsze. Tu nie chodzi o żadne sentymenty, a o to, że niektóre gatunki gier wymarły i nie mają żadnych następców.

„Dziś już się nie robi takich gier” – tak mniej więcej zaczyna się każda dyskusja o historii gier wideo. Dalszy ciąg rozmowy jest równie przewidywalny. Najczęściej przywoływane są mapy Dooma i Call of Duty i nowe części Need for Speeda, w których wystarczy wcisnąć gaz do dechy i nie robić nic innego, by zająć całkiem przyzwoite miejsce w wyścigu. Zapominamy jednak o tym, że wychodzą też inne shootery, gry wyścigowe i przeróżne inne produkcje, które są ambitne i rozbudowane. Zapominamy o tym, że oprawa audiowizualna jest dużo piękniejsza. Nie pamiętamy o rozbudowanych trybach multiplayer, których kiedyś nie było. Uprawiamy demagogię, dając się ponieść wspomnieniom z dzieciństwa. Gry wideo mają się dobrze, pojawia się dużo naprawdę świetnych produkcji i ciężko jest narzekać na ich jakość w ujęciu całościowym. Nawet jeżeli dany blockbuster jest, delikatnie rzecz ujmując, rozczarowujący.

Nie oznacza to jednak, że nie ma za czym tęsknić. Pewne gatunki gier praktycznie zniknęły z rynku gier wideo. Rzecz jasna, dalej działają tak zwane studia niezależne, produkujące całkiem sympatyczne „indyki” (indie games). Każdy gatunek gier znajdzie tam swojego całkiem przyzwoitego reprezentanta. Nie są to jednak produkcje skazane na sukces. W nich liczy się tylko pomysł, a nie budżet. To jednak, niestety, bywa też problemem. Niezależnego twórcę gier nie stać na to, by wynająć armię grafików, dobrych aktorów do dubbingu, dźwiękowców i tak dalej. W efekcie nawet najlepsze gry indie są jedynie smutnym przypomnieniem tego, co już straciliśmy i co, zdaniem wielkich firm, się „nie sprzeda”. Nie mam nic do „indyków”, w niektóre potrafię zagrywać się godzinami. Tęsknię jednak za produkcjami z danych gatunków, które śmiało mogłyby rywalizować jakościowo z megahitami od Sony, Ubisoftu, Microsoftu, Electronic Arts i całej reszty.

Kosmiczne strzelaniny

xwinga2

Tego gatunku gier brakuje mi chyba najbardziej. Może dlatego, że kocham science-fiction, a za młodu największe wrażenie w filmach zawsze robiły na mnie dobrze zrobione gwiezdne bitwy („Powrót Jedi” do dziś nie ma sobie równych). Dlatego też jak tylko pojawiało się coś dobrego z tej kategorii, od razu było moje. A noce, zamiast na zakuwaniu do klasówek, spędzałem w swoim gwiezdnym myśliwcu.

Wzorcowym reprezentantem tego gatunku były gry LucasArts. Wymagający i trudny X-Wing, taktyczny i rozbudowany, zapewniający setki godzin zabawy Tie Fighter i wreszcie X-Wing: Alliance, który łączył wszystkie zalety poprzedników ze świetną narracją i wartką akcją. Nie można też zapomnieć o sadze Wing Commander i spin-offie w postaci Privateera. Ta gra odnosiła, swego czasu, taki sukces, że aż doczekała się (miernej) kinowej ekranizacji. Gry Descent również były niczego sobie.

Dziś? Nie ma nawet namiastki tych gier. Ich elementy możemy znaleźć w kosmicznych grach MMORPG oraz w arcade’ówkach za grosze. Pewne nadzieje daje Star Citizen, fundowany na Kickstarterze projekt Chrisa Robertsa. Niestety, budowany jest tylko w wersji dla Windows. Posiadacze Xboxa i PlayStation muszą obejść się smakiem.

Rozbudowane strategie, w których nie liczy się refleks

AscendancyPlanetSquares

Dziś typowa gra strategiczna oznacza zabawę w tak zwanym czasie rzeczywistym. Typowym reprezentantem tego gatunku jest Starcraft. Gra, która jak najbardziej wymaga planowania i taktycznego zmysłu. Ale na nic się one nie zdadzą, jeżeli nie posiadasz małpiego refleksu. Bo w czasie, kiedy ty się zastanawiasz i obmyślasz taktykę, wróg się rozbudowuje i wysyła na ciebie siły ofensywne. Ech. Nie oznacza to, że strategie turowe lub podobne w ogóle przestały istnieć. W większości jednak są to rozbudowane klony The Settlers. Nawet znakomita seria Anno wpisuje się nieco w ten trend.

Ja tęsknię za dowodzeniem armią w Panzer Generalu. Marzy mi się budowanie potęgi w kolejnej odsłonie Master of Orion. Na szczęście nowe odsłony gry Civilization cały czas, pisząc kolokwialnie, dają radę. Aczkolwiek porównując Civilization II sprzed wielu lat i takie Civilization: Revolution, robi się nieco… smutno.

Jedno studio, na szczęście, podołało zadaniu. Stworzyło znakomitą grę „Endless Space”, którą musze polecić wszystkim fanom rozbudowanych, kosmicznych strategii. Niestety, jest to perełka w morzu nicości.

Symulatory lotnicze

2097988-vollbild

W dzisiejszych czasach gra o samolotach musi wyglądać jak Ace Combat. Muszę zaznaczyć, że bardzo lubię tę serię, ale nie ma to nic wspólnego z symulatorami samolotów, a z radosną destrukcją setek wrogów.. Tak jak doskonale rozumiem, czemu Microsoft zawiesił projekt „Flight”, bo to już była na tyle malutka nisza, że faktycznie warto ją było oddać twórcom gier indie, tak śmierci bardziej rozbudowanych gier lotniczych już nie rozumiem.

Zwłaszcza, że stworzenie samego, odpowiedniego klimatu nie jest takie trudne. „Chuck Yeager’s Air Combat” operował na prostej grafice wektorowej i dźwiękach pisanych pod karty AdLib lub pod PC Speakera, a mimo to perfekcyjnie tworzył iluzję lotniczych potyczek w Korei i w Wietnamie.

Jane’s F-15 z kolei było grą dużo bardziej taktyczną, czego wymaga się również od pilotów nowoczesnych maszyn, które oprócz działek mających również rakiety naprowadzające, całą awionikę, systemy zagłuszania i tak dalej. Były też gry takie, jak Strike Commander, które zachowywały zdrową równowagę pomiędzy symulacją a strzelaniną, wprowadzając też do gry ciekawą fabułę i „filmowość”. Wszystko się da, można zadowolić każdy rodzaj graczy, odpowiednio balansując samą grę. Niestety, nikt już tym nie jest zainteresowany, poza twórcami niezależnymi.

Gry RPG, w których fabuła nie jest tylko tłem

ss_aa0796c1f5fa4f4b3547cad5f0936bd7a0479816.1920x1080

Dzisiejsze gry RPG dzielą się właściwie na dwa podgatunki. Albo z RPG nie mają one nic wspólnego, poza rozbudowaną fabuła w tle, i wszystko sprowadza się do zaszlachtowania jak największej ilości wrogów (patrz „Mass Effect”), albo zamieniają gracza w ludzki odpowiednik Excela, każąc mu koncentrować się na współczynnikach, miksturach, levelach i tym podobnych, zabijając samą radość z gry.

Kiedyś gry RPG budowano również w inny sposób. Niektóre z nich, takie jak pierwsze Fallouty, można było przejść, nie będąc bezpośrednio odpowiedzialnym za śmierć kogokolwiek. Te RPG-i fascynowały światem, wręcz zachęcały do odkrywania jego nowych zakamarków. Budziły w graczu duszę żądnego przygód odkrywcy. Współczynniki i walka były częścią większej całości. Dziś bardzo niewiele gier spełnia te warunki. Skyrim okazał się jednym z wyjątków, i też nie zaspokoił wszystkich pokładanych w nim przeze mnie nadziei.

To jak to jest z tymi nowymi grami?

Przeczytawszy tę krótką notkę i wybrane przykłady gier, których już nie robią, znowu można dojść do wniosku, że dzisiejszy rynek gier jest do bani. Raz jeszcze: to zły wniosek. Wszystkie wymienione nowoczesne gry, w tym Starcraft czy Mass Effect, to gry znakomite. Rynek jest bogaty i różnorodny, dobrych gier jest mnóstwo i to na wszystkich wiodących platformach. To nie o to chodzi.

Chodzi o to, że część z gatunków przestała być atrakcyjna komercyjnie. Sam nie wiem dlaczego. Może rynek masowy nie domaga się bardziej złożonej, a mniej widowiskowej rozrywki? Może faktycznie ma być tylko szybko, łatwo i bezproblemowo. Z drugiej jednak strony, jeszcze ze dwa lata temu do tego zestawienia trafiłyby przygodówki, gatunek gier, któremu nie wróżyłbym żadnego odrodzenia. Tymczasem pojawia się ich coraz więcej, mimo iż zdecydowanie nie są to ani widowiskowe, ani łatwe gry. Może jednak jeszcze jest nadzieja dla reszty?

Dołącz do dyskusji

Advertisement