Samsung królem, a ja wciąż próbuję wytłumaczyć sobie jego fenomen

Felieton 05.11.2013
Samsung królem, a ja wciąż próbuję wytłumaczyć sobie jego fenomen

Samsung wzbudza mieszane odczucia. Z jednej strony to firma, która sprzedaje większość smartfonów na rynku, ostatnimi wynikami finansowymi bije nawet Apple’a i każdy jej kolejny produkt, zwłaszcza smartfonowy, sprzedaje się co najmniej dobrze. Z drugiej strony koreańska firma kolejny raz chce spróbować swoich sił w podbijaniu świata na własną rękę, choć dotychczas poprzednie próby jeszcze się nie udały, a do tego spotyka się często z mocną krytyką. I niezrozumieniem, na przykład moim.

Gdyby kilka lat temu, w czasach Symbiana i Windows Mobile czy nawet pierwszych iPhone’ów ktoś powiedział, że Samsung stanie się gigantem rynku smartfonów, sprzedającym je w dziesiątkach milionów sztuk kwartalnie, większość z nas puknęłaby się w głowę. Sasmung, mało kojarzony wtedy z telefonami, a jeśli nawet to z tanimi ficzerfonami, o których klienci jednej sieci, u której miałam okazję przez chwilę sprzedawać telefony, mówili tłumnie “szajsungi”, wykorzystał szansę stworzoną przez Apple’a jak nikt inny.

A przecież każdy producent mógł to zrobić. Nokia, LG czy BlackBerry nawet, przy perspektywicznym spojrzeniu na przyszłość i bez wypierania się nieuchronnie nadchodzącej, smartfonowej rewolucji, mogłyby być teraz na miejscu Samsunga. Trzęsąc rynkiem w coraz większym stopniu.

Samsung zrobił dotykowego smartfona już w 2001 roku, ale nie był to jeszcze czas na takie urządzenia.

Dopiero w 2008 roku – w roku premiery pierwszego, quasismartfonowego przecież iPhone’a – świat, a przynajmniej jego część zaczął rozumieć, że oto nadeszło coś nowego. Że urządzenie dotykowe wcale nie musi mieć rysika, a klienci masowi mogą z powodzeniem i przyjemnością o używać.

Samsung Instinct, pierwszy samsungowy “iPhone killer”, który skleconym z Javy pseudosystemem przypominał trochę iPhone’a, ale trzy klasy niżej, był pierwszą próbą windowania się na Apple’u. Nieudaną, ograniczoną geograficznie i pewnie wartą zapomnienia.

Dopiero Samsung Omnia z grudnia 2008 roku, działający na Windows Mobile i posiadający pierwszą, archaiczną już wersję TouchWiza, stał się w miarę poważnym konkurentem dla iPhone’a. W miarę, bo realnej konkurencji dla iPhone’a nie było przez dobre kolejne 2-3 lata, a Omnia miała ekran oporowy – taki, który najlepiej obsługiwać rysikiem, nieco przestarzały już, będący na wykończeniu system operacyjny od Microsoftu i nie zachwycała jak iUrządzenie. Mimo wszystko kolejne Omnie (z Windows Mobile i z Symbianem) szczególnie w krajach takich, jak Polska, gdzie dostanie iPhone’a graniczyło z cudem albo pozbyciem się kilku minimalnych pensji, stanowiły już “biedasubstytut” iPhone’a. Zresztą pamiętam nawet tekst z któregoś numeru CD-Action, w którym porównywano iPhone’a i Omnię i… Omnia wygrała.

samsung omnia i900 mobile

Jednak w czasie, gdy BlackBerry dalej tworzył kolejne klony swoich własnych smartfonów biznesowych z pełną klawiaturą, podczas gdy Nokia babrała się z modyfikacją Symbiana tak, by był w miarę używalny na urządzeniach z ekranem dotykowym i potem tworzyła kolejne potworki, którym blisko było do wygodnego smartfona, ale tak nie do końca, Samsung spokojnie przygotowywał się do podbicia świata mobilnego. I wykoncypował, jak to zrobić.

Pomógł mu w tym Google kupując Androida.

Już pod koniec 2008 roku Samsung wiedział, że Android nadejdzie i że będzie można go wykorzystać przy produkcji smartfonów. W 2008 roku HTC Dream pokazało, że dotykowy smartfon z innym niż od Apple systemem operacyjnym ma jakąś rację bytu, a w kwietniu 2009 roku Samsung sam spróbował Androida.

Samsung Galaxy a następnie Galaxy Spica były pierwszymi rynkowymi eksperymentami Samsunga z Androidem. Udanymi – zwłaszcza Spica rozchodziła się jak cieple bułeczki, zwłaszcza, gdy jej cena trochę zmalała. To był jednak trochę test niemal czystego Androida, badanie, czy Android faktycznie może się przyjąć. Preludium, prowadzące do początku wielkiego sukcesu, który musiał być celowy. Takie rzeczy nie rozgrywają się fartem!

W czerwcu 2010 roku, po kilku miesiącach plotek o supersmartfonie, który jako pierwsze urządzenie z Androidem będzie w stanie zawalczyć z kolejnymi iPhone’ami (3GS), Samsung pokazał Galaxy S. Mocna jak na tamte czasy specyfikacja i duży, czterocalowy ekran, autorska nakładka na system i praktycznie brak podobnej konkurencji wespół z agresywnym marketingiem sprawiły, że Samsung zdobył ogromną przewagę nad konkurentami.

samsung-i5700-galaxy-lite

Nie bez znaczenia była jednak jeszcze jedna rzecz, która z perspektywy czasu jest nawet lepiej widoczna. Galaxy S był kopią iPhone’ów 3G i 3GS. Przypominał je nieco bryłą, a jeszcze bardziej wyglądem systemu. To właśnie Galaxy S stał się tym punktem zapalnym sporu Apple kontra Samsung, w którym Apple zarzucało Koreańczykom bezczelne kopiowanie, a Samsung bronił się wszelkimi sposobami.

Upływ czasu pokazuje, że strategia kopiowania opłaciła się Samsungowi. Wtedy zarzuty wywoływały kontrowersje, które skupiały uwagę na Samsungu jako jedynym producencie zdolnym konkurować z Apple’em, i to konkurującym tak dobrze, że nawet Apple reagował i odpowiadał.

Jednocześnie Samsung trochę na boku eksperymentował z własnym systemem, badą, ale nigdy nie wyszło to poza udziały rynkowe w granicach błędu statystycznego. Pozwoliło jednak nabierać doświadczenia w budowaniu platform mobilnych.

Jednocześnie Samsung zaczął też zabawy z Samsung Apps – własnym sklepem, obecnym obok sklepu z aplikacjami od Google’a. Samsung Apps nigdy nie przebił się jakoś szerzej, ale był, tkwił i zachęcał deweloperów nagrodami i konkursami.

Potem wszystko ruszyło lawinowo. Rozpoznawalny jak żaden inny prócz iPhone’a smartfon, Galaxy S doczekał się hucznej prezentacji następcy. Już nie tak podobnego do iPhone’a, już odróżniającego się bardziej bryłą i rozmiarami, już posiadającego autorskie funkcje Samsunga Galaxy S II pokochał świat. W międzyczasie Samsung zaczął produkować dziesiątki tanich smartfonów pod szyldem marki Galaxy, ale przeznaczonych przede wszystkim do sprzedaży operatorskiej w tanich abonamentach i miksach.

Samsung Galaxy S 3 już nie przypominał prawie w ogóle iPhone’a, tak samo jak Galaxy S 4. Eksperci zaczęli wręcz twierdzić, że Samsung robi wszystko, by odciąć się od łatki kopisty Apple’a, zarówno pod względem wyglądu bryły smartfona, jak i funkcji.

sapphire-black-main

Bo zresztą po co? Machina sprzedażowa rozpędziła się, pociągnęła za sobą sukces wielkiego Galaxy Note’a i dziesiątek tanich smartfonów i nimb „iPhone killera” przestał być Samsungowi potrzebny do sukcesu.

I właśnie w tym momencie tryumfu, gdy kwartalne wyniki finansowe biją własne rekordy, a współtworzony przez Samsunga nowy system operacyjny Tizen nabiera kolorów, Samsung pokazuje, że w zasadzie nie boi się już niczego i wie, że rządzi rynkiem Androida. Że nie boi się nawet Google’a, który przecież wciąż odpowiedzialny jest za rozwój Androida.

Samsung organizuje własną konferencję deweloperską, na której eksponuje autorskie rozwiązania przywodzące na myśl działania Amazonu – Android jest w nich tylko punktem wyjścia, podkładką niezbędną do działania, ale to dodatkowe, producenckie funkcje odgrywają najważniejszą rolę.

W zasadzie Samsung buduje swoją platformę na Androidzie już od dobrych dwóch lat, pokazując unikalne funkcje, udostępniając SDK odpowiedzialne za obsługę rysików czy gestów i tak dalej. Jednak teraz robi to już całkiem jawnie i na dużą, zorganizowaną, publiczną skalę.

Widzę w tym wszystkim jeden intrygujący problem.

Samsung nigdy nie był dobry w finezyjnych zagraniach. To walec, który leci przez rynek dzięki nawałowi funkcji („może jedna na dziesięć faktycznie się przyjmie”), ogromnym budżetom reklamowym, które w tak zwanej branży budzą pytanie o to, czy w takiej Polsce na przykład przy takich wydatkach Samsung faktycznie zarabia na mobile, zaszłym kontrowersjom o kopiowanie Apple i ilości. Ilość, ilość, ilość!

Bada nie wypaliła, bo pewnie sam Samsung w nią nie wierzył, ale poza tym była też niedopracowanym, nie dorastającym do pięt – technicznie i wizualnie – systemem operacyjnym. Większość funkcji dostępnych w Samsungach Galaxy i Galaxy Tabach nie wzbudza nawet w samych właścicielach tych urządzeń żadnych emocji. Ba, często sami nie są świadomi ich istnienia. Samsung Apps nigdy nie stał się jakimś ważniejszym sklepem z aplikacjami i tak dalej i dalej.

Mam więc uzasadnione doświadczeniem wątpliwości odnośnie tego, czy Samsung ma wystarczająco gracji i wyczucia sytuacji, by poprowadzić sprawę własnego SDK na Androidzie w dobrym kierunku. Czyli takim, który uwolni Samsunga od Google’a i pozwoli kiedyś nawet na uniezależnienie się od usług Google’a.

Może jednak to kwestia innego podejścia do wizji rynku i przyszłości. Samsung w swoich działaniach jest wyjątkowy i coraz częściej słyszę od ludzi siedzących wewnątrz branży głosy, że to kwestia koreańskiej filozofii, która ma niesamowicie mocny wpływ na wszystkie lokalne oddziały firmy. Samsung to w Korei Południowej duma narodowa – wytwarza nawet jedną piątą PKB, działa w prawie każdym obszarze gospodarki i mówi się, że ma większą władzę od rządu.

Samsung to firma, której filozofii nie jestem w stanie do końca zrozumieć. W towarzystwie konferencyjno-spotkaniowym krąży pewna anegdota odnośnie polskiego oddziału Samsunga, nie mam pojęcia, czy prawdziwa. Otóż po prezentacji kolejnego iPhone’a do polskiego szefa Samsunga zgłosił się ktoś z centrali z pytaniem, dlaczego nowy iPhone ma większe medialne pokrycie niż przedstawiony w podobnym czasie nowy produkt Samsunga. Na nic zdały się tłumaczenia, że to przecież Apple, że budżet już i tak był przekroczony – Samsung musi być lepszy od Apple i już!

Do dziś nie całkiem wiem, jak to się stało, że mobilny Samsung stał się taki ogromny. Próbuję to sobie tłumaczyć, jak w powyższym tekście, próbuję zmienić zdanie odnośnie urządzeń Samsunga, które dla mnie osobiście nie dostarczają wystarczającej jakości, i jak to powiedział kiedyś jeden z moich rozmówców ma się wrażenie, że interfejs projektowano dla innego kręgu kulturowego, całkowicie odrębnego logicznie od europejskiego.

Jednak Samsung jest wielki i widocznie ma wspaniałe metody.

 

Dygresja: HTC z Dream, potem z wspaniałym jak na stosunek jakości do ceny Desire miało szansę na dobre zakorzenić się w rynku smartfonów i zdobyć przewagę. Okazało się jednak, że budowanie własnego smaku Androida i dosyć unikalnych smartfonów to strategia gorsza od kopiowania.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement