Podatek od kliknięć Arnolda Buzdygana kontra model Spotify dla dłuższych form pisanych

Blog Forum 13.11.2013
Podatek od kliknięć Arnolda Buzdygana kontra model Spotify dla dłuższych form pisanych

Po przeczytaniu artykułu Pani Ewy Lalik „A co, jeśli Arnold ma rację i dostawcy internetu powinni płacić za nasze treści?” zacząłem zastanawiać się jakie byłyby konsekwencje swoistego „podatku od kliknięć” proponowanego przez Pana Buzdygana. Lub w skrócie jak go wykoleić. Nie ma co ukrywać, pozycja większości gazet i czasopism jest taka sobie. Jednak nie wystarczy mieć serce pod właściwej stronie aby znaleźć skuteczne rozwiązanie.

W każdym bądź razie jestem trochę bardziej sceptycznie nastawiony do tantiem internetowych niż Pani Ewa. Żeby krytyka była bardziej konstruktywna chciałbym pokazać problem przez pryzmat Spotify, ponieważ oni już płacą artystom. I to całkiem nieźle. Daniel Ek, założyciel serwisu, podczas festiwalu SXSW 2013 wyjawił, że tylko w tym roku przekażą wytwórniom muzycznym 500 mln dolarów.Niestety nie bezpośrednio artystom, oni przeważnie odsprzedali prawa autorskie do swoich utworów.

Spotify jest jeszcze niewielką firmą, z 24 milionów zarejestrowanych użytkowników regularnie płaci ok. 6 mln. Szacunkowe dane na temat Warszawy mówią o 2,5 mieszkańców więc jest to raptem 2,5 naszej stolicy. Choćby byli to najzagorzalsi fani, nie utrzymają muzyków całego świata. Ale mogąpróbować. Na imprezie Future of Music Summit jeden z prelegentów, David Macias, zauważył bardzo ciekawą rzecz.

Przemysł nagrań muzycznych w Szwecji, według oficjalnych danych IFPI, czerpie 75% dochodów ze sprzedaży cyfrowej, z czego 94% należą do serwisów streamingowych (czyt. Spotify). To znaczy, że 70% dochodów całej branży jest zasługą jednej firmy, która jak się okazuje wynagradza artystów (lub raczej posiadaczy praw autorskich). 70% to również część wpływów jakie Spotify przekazuje wspomnianym instytucjom. Wzrost szwedzkiego rynku muzycznego o 14% w roku 2011 i 12% w 2012 przestaje zatem dziwić, chociaż kraj ten dalej jest światowym centrum „piractwa.” Spotify w tej chwili posiada 15% rodzimego rynku oraz 0,5% w USA.

Przyjrzyjmy się jeszcze na chwilę użytkownikom. 18 milinów z nich woli wersję darmową serwisu i reklamy. Jednak nałożone są na nich ograniczenia w postaci limitu czasu, dwie i pół godziny tygodniowo, oraz możliwości wielokrotnego odsłuchu danego utworu (o ile dobrze pamiętam). Dla odmiany użytkowników internetu nie da się w ten sposób kontrolować. Właściwe to nie da się ich kontrolować w ogóle, ponieważ nie mają kont dających się zablokować. Internet jest zupełnie inną usługą.

Wróćmy do pomysłu Arnolda Buzdygana. Gdyby obowiązek płacenia tantiem został ustanowiony prawnie wtedy należałoby opisać w jakiś sposób powinny działać statystyki stron służące późniejszym rozliczeniom i kto sprawuje nad nimi nadzór. Czy tylko Google Analytics byłoby dopuszczalnym rozwiązaniem? Jeśli nie, to kto miałby prowadzić listę i jak twór o bezwładności ustawy miałby reagować na zmiany rynku?

Zwykłe statystyki łatwo oszukać. Nie trudno sobie wyobrazić grupę internautów, którzy korzystając ze zautomatyzowanych narzędzi będą sobie nabijać liczbę odwiedzin. Wystarczy, że stworzą strony na które codziennie wrzucą parę słów. Oczywiście można to skontrolować. Ale potrzeba do tego całego zaplecza amerykańskiego NSA. Pracownicy Organizacji Zbiorowego Zarządzania Prawami Autorskimi nie będą odwiedzać każdej strony aby stwierdzić jej „prawdziwość.” Nawet jeśli będą latać po internecie to jakim cudem mieliby wartościować pomiędzy ciekawymi wpisami Pani Ewy lub Pana Arnolda, a paroma linijkami bełkotu? Sąd miałby rozstrzygać ewentualne odwołania od ich decyzji?

Nicponie próbujące ograć system nie mogą zostać zbanowani. Więc może Dostawcy Usług Internetowych (ISP) powinni zająć się rejestracją ruchu? Idąc trochę dalej niż obowiązująca ustawa o retencji danych prowadziliby „bilingi” swoich użytkowników. Kto, kiedy i na jaką stronę wszedł. Mam nadzieje, że nie tylko dla mnie jest to pomysł abstrakcyjny.

Moim zdaniem aby pobierać opłaty za treści w sieci należy stworzyć jakąś wartość dodaną. Pozwala to ograniczyć nadużycia i zapewnia pewną kontrolę. Jedna z platform, która chciałaby osiągnąć sukces Spotify, tylko na polu form pisanych, jest Flipboard. Pisał o nim niedawno Pan Mateusz Nowak w tekście „Instagram i Twitter serwują nam nudne reklamy. Za to Flipboard ma naprawdę ciekawy sposób na zarabianie.”

Również Medium pozwala tworzyć własne „magazyny,” chociaż w przeciwieństwie do Flipboard można je zapełniać tylko materiałami zamieszczonymi na nim samym. Najłatwiej myśleć o Medium jako Youtube dla tekstów. Można wrzucić tam własną twórczość, poukładać cudze teksty lub tylko przemknąć przez link podesłany na Twitterze. Oferują one wspaniałą oprawę graficzną i dostęp przez aplikacje mobilne. Za wygodę i świetny design w miarę chętnie płacimy.

Obie te platformy zaczynają eksperymentować z zarabianiem pieniędzy, i jeśli wierzyć słowom założycieli chcą dzielić się zyskami z autorami. Nie są to może „proste” rozwiązania jak „podatek od kliknięć” proponowany przez Pana Buzdygana, leżący moim zdaniem po ciemnej stronie sensu. Jednak umożliwiają szybką reakcję na zakłócenia, funkcjonują w realiach rynkowych oraz mają szansę powodzenia.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement