„Warsaw Shore” – telewizjo, chcemy jeszcze!

Felieton/RTV 11.10.2013
„Warsaw Shore” – telewizjo, chcemy jeszcze!

MTV kręci „Warsaw Shore – Ekipa z Warszawy„. Show ma pokazywać…, pal licho, co ma pokazywać. Będą bijatyki, seks, kłótnie i beztroska podlewana alkoholem. Ten amerykański i autorski format MTV zapoczątkowany przez „Jersey Shore”, wydaje się tak naprawdę dobrą drogą dla telewizji, jeśli ta konkurować ma z niezwykle popularnym nad Wisłą disco-polo. To tylko wyjście naprzeciw przyszłości telewizji linearnej – przyszłości czarnej i nieszczęśliwej.

Wykopowicze śmiali się wczoraj, że widownię MTV i Vivy można byłoby zmieścić w jednym, dużym bloku i że Polacy nie przepadają za programami o randkach, chlaniu i degregoladzie. Tylko, że powinien to być śmiech przez łzy. Zacytuję Wirtualne Media:

Najchętniej oglądaną pozycją w kanałach muzycznych we wrześniu 2013 roku był program „Pożegnanie lata w Iłowie”, który na antenie Polo TV obejrzało 229 tys. widzów. Ogółem pozycje z tej stacji w zestawieniu dziesięciu topowych programów zajęły aż dziewięć miejsc. Jedną lokatę zajął program z oferty Eski TV.

Kto przetrwa całą godzinę tego wideo ze słuchawkami na uszach, a potem streści warstwę liryczną utworów ma u mnie piwo, a nawet trzy (podpowiedź: w drugiej połowie pojawia się Limahl).

dlaczego ja

O gustach niby się nie dyskutuje, ale bądźmy szczerzy. Nie bez powodu TVN jakiś czas temu podążył za Polsatem i ściga go w produkowaniu mockumentary, które często opisywane są tak: W każdym odcinku „Zdrad” opowiadana jest historia innej pary, w której jeden z partnerów podejrzewa drugiego o zdradę. Widzowie mogą zobaczyć jak w odkryciu prawdy pomaga mu prywatny detektyw, a pomocy udziela psycholog. Serial paradokumentalny reżyserowany jest przez Okhiła Khamidova i produkowany przez firmę Tako Media.

„Dlaczego ja?”, „Ukryta prawda”, „Pamiętniki z wakacji”, „Surowi rodzice”, „Zdrady”, wszystko to poganiane serialami, w których aktorzy-amatorzy prowadzą przeróżne śledztwa, wspierane fałszywymi rozprawami sądowymi i programami, w których sztuczne panie po wielu botoksach uczą innych jak żyć, gotować, sypiać z mężem czy wyprowadzać psa w dobranych do torebki butach.

Wieczorami oczywiście polskie, skopiowane z zagranicznych formatów seriale albo autorskie tasiemce, których akcję z całego sezonu dobrzy scenarzyści zmieściliby w jednym czterdziestominutowym odcinku. Rano śniadaniówki – opowieści o grzybicy stóp przeplatane gotowaniem, modą, internetem jako ciekawostką i doprawione zabawnymi komentarzami prezenterów, którzy i tak dorabiają sobie na boku prowadząc konferencje na przykład firm technologicznych (pozdrawiamy Samsunga). W weekend do wyboru paleta różnych talent show, bo lubimy popatrzeć na tych mniej i bardziej zdolnych, i ich perypetie. Obowiązkowy program informacyjny, w którym na zagraniczne i ważne z punktu widzenia świata i szerzeniu wiedzy informacje poświęca się chwilę, by na koniec dowalić trzy i pół minutowym, prześmiewczym, satyrycznym materiałem o minimalnej wartości informacyjnej.

Że ja sprawiam wrażenie rozczarowanej ogólnopolskimi, ogólnodostępnymi i nawet płatnymi kanałami? Niemożliwe!

Nie jestem rozczarowana, bo doskonale wiem, że telewizja próbuje znaleźć swoje miejsce w mediach i swoją widownię. „Warsaw Shore”, którego uczestnicy bezpardonowo chwalą się tym, że uwielbiają uprawiać seks w publicznych miejscach, rozbierać się na parkiecie, pić do nieprzytomności i imprezować bez żadnych granic jest po prostu zwieńczeniem prób walki o odchodzącego, zwłaszcza młodego widza. Pal licho, że to format zagraniczny – weźmy taką „Miłość na Bogato”, która na Kafeterii wywołuje głębiokie pytania:

kafeteria

 

 

Niby dlaczego TVN CNBC zmienia się w TVN Biznes i Świat? Bo pieniądze, bo format zbyt wąski na i tak kurczącą się widownię telewizji. TV Biznes też zmieniła się przecież w tym roku w Polsat Biznes  i emituje bardziej przystępne dla masowego odbiorcy materiały.

Kilka, kilkanaście a nawet kilkadziesiąt tysięcy osób oglądających kanał telewizyjny to przecież mało. Zwłaszcza w takim natłoku i wobec faktu, że tylko internetowi rosną budżety reklamowe.

Widza trzeba przyciągnąć, bo widz sobie pójdzie gdzie indziej. Do internetu na przykład. Tam gdzie ma swoje ulubione seriale i programy dostępne od ręki – legalnie lub mniej legalnie, gdzie nikt nie narzuca mu godzin emisji i jeśli raczy reklamami, to na z góry ustalonych, jasnych zasadach.

Paweł Okopień pisał ostatnio o wrzuceniu w smart TV możliwości oglądania telewizji nadawanej na żywo. Piękny to symbol – telewizja jako dodatek do telewizora przesyłany przez internet, obok treści VOD.

Co miałoby królować w takiej telewizji na żywo? Przecież nie poważne reklamy, a zapełniacze przestrzeni, które włącza się, gdy nie chce się oglądać nic konkretnego.

Na przykład „Warsaw Shore”, „Miłość na Bogato” i „Dlaczego ja?”, dla ludzi, którzy nie radzą sobie z tymi internetami.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement