Piotr Lipiński: NIE KUPUJ LUSTRZANKI, czyli pochwała oszczędności

Felieton/Foto 18.10.2013
Piotr Lipiński: NIE KUPUJ LUSTRZANKI, czyli pochwała oszczędności

Wakacje uczą. Głównie oszczędności. Niestety z opóźnieniem. Refleksja nadchodzi podczas lektury historii konta. Rzędy cyferek poprzedzonych minusami wywierają wrażenie porównywalne z dramatami Szekspira. Pora pomyśleć, na czym oszczędzić w przyszłym roku. Ludzie w końcu nie tym są bogaci, co zarobią, a czego nie wydadzą.

Można oczywiście odmówić sobie kolejnej butelki wina albo porcji owoców morza, ale to droga dla słabeuszy. Zahodujmy prawdziwego węża w kieszeni i zrezygnujmy z czegoś istotnego, czyli elektronicznego.

Ken Rockwell – fotograf znany ze swoich dość kontrowersyjnych opinii – wywołał niedawno burzę w świecie Canona, stwierdzając, że wielu użytkowników nie dostrzeże różnicy między drogą, pełnoklatkową „lustrzanką”, a najtańszą, tak zwaną „cropową”. I udowodnił to publikując stosowne zdjęcia.

Canon EOS 70D

Porównanie wzbudziło emocje w fotograficzno-sieciowym świecie. Wydało się obrazoburcze, jakby ktoś uznał, że w komputerze nie potrzebuje więcej RAM-u. „Lustrzanka” z pełną klatką – czyli matrycą o rozmiarach kadru filmu małoobrazkowego – to wciąż przedmiot pożądania wielu fotografów. Tych, którzy na co dzień używają aparatów „cropowych”, z mniejszą fizycznie matrycą. Tymczasem Ken Rockwell zdawał się udowadniać, że między tymi sprzętami nie ma poważnej różnicy. Co więcej – wykazywał, że nawet przykręcenie bardzo drogiego obiektywu niewiele wniesie w zestawieniu ze „szkłem” bardzo tanim.

Dość łatwo dostrzec pewne wady testu.

Na przysłonie 8, jakiej użył Rockwell, niemal każdy obiektyw jest ostry i różnica między drogim a tanim rzeczywiście się zmniejsza. Jest to równie odkrywcze jak fakt, że nie tylko w Warszawie stoją hotel Marriott oraz Pałac Kultury.

Sprawdzian nie zmienia faktu, że droższy aparat i droższy obiektyw pozwolą na zrobienie lepszego technicznie zdjęcia, kiedy wokół zrobi się ciemniej – co zresztą potwierdza sam Rockwell. Albo kiedy fotografujemy biegnącą gazelę, a nie stojący słoik z ogórkami.

Jednak na ten test możemy też spojrzeć inaczej. W wakacyjny, słoneczny dzień, automatyka aparatu często wybiera właśnie coś w pobliżu przysłony 8. Amator, korzystający z automatycznych ustawień, rzeczywiście nie dostrzeże na zdjęciach różnicy.

Olympus OM-D EM1-krople

Ken Rockwell swoim badaniem próbował zmienić sposób myślenia – i to uważam za cenne – że powinniśmy na aparaty i obiektywy wydawać jak najwięcej pieniędzy, bo dzięki temu zrobimy lepsze zdjęcia. Ruszamy w podróż życia, więc połowę budżetu przeznaczamy na świetny sprzęt. A potem brakuje nam na wspomniane już wino czy owoce morza.

To faktycznie bzdura.

Poszedłbym jednak dalej przekonując, że wiele osób zrobiłoby tym lepsze zdjęcia, im mniej pieniędzy by wydało.

Cała masa fotografów skorzystałaby, gdyby swoje „lustrzanki” wywaliła do śmieci i kupiła sobie „kompakty”. Bo na wakacjach nie o sztukę chodzi, ale żeby było ostro.

To jest główny problem okazjonalnego fotografa – żeby na zdjęciu wszystko wyszło wyraźnie. Żadne tam cuda z portretową głębią ostrości, kiedy oko modelki jest piekielnie ostre, a ucho już się rozmywa. Na wakacyjnej fotce wyraźna musi być i żona, i wieża Eiffla.

Kupujemy teleobiektyw

Właśnie do takiego rodzaju zdjęć stworzono „kompakty”. Przeważnie rejestrują niemal wszystko ostro, czy jest blisko fotografa, czy daleko. „Lustrzanki” bywają wybredne. Marudzą, żeby właściciel poustawiał guziki i kółeczka na korpusie, jeśli chce uzyskać satysfakcjonujący obraz, a nie jakieś artystyczne bohomazy. Czasami nie ratuje nawet „zielony” program.

Przydałoby się również, żeby zdjęcie było poprawnie naświetlone, czyli niekoniecznie całe czarne. Niestety te durne „lustrzanki” czasami zupełnie tego nie rozumieją.

Być może wynika to z faktu, że sprzedawcy w trosce o prowizję postanowili przekonać każdego, że najlepiej posiadać przynajmniej dwa obiektywy.

W efekcie jednego dnia wakacyjny fotograf używa szerokokątnego, a kolejnego dnia sięga po teleobiektyw. Klnąc przy tym, że wieczorem musi te „szkła” w ogóle zmieniać. Tak nieszczęśliwie się składa, że kiedy trafia do ciasnego muzeum, pstryka „ciemnym” teleobiektywem, bowiem akurat ten wystaje z przodu aparatu. Na dokładkę z dokręconym filtrem polaryzacyjnym, bo sprzedawca doradził, że z nim kolory będą ładniejsze. Nie wspominał tylko, że ów filtr zabiera sporo światła i należy go odkręcać, kiedy robi się ciemniej.

Lumix GX1 2

„Kompakty” uwalniają od rozterek, jakiego obiektywu użyć, bowiem mają tylko jeden przymocowany na stałe. Czasami znacznie „jaśniejszy”, niż wiele wynalazków sprzedawanych w pakiecie z „lustrzankami”.

„Kompakt” jest wygodny. Spotykam ludzi, którzy zwiedzając Paryż, Londyn czy Stambuł ciągną ze sobą „lustrzanki”, co chwilę narzekając na ich ciężar. A przecież na ulicach zatłoczonych miast lepiej sprawdzają się auta „kompaktowe” – trzymając się zbliżonego nazewnictwa – niż bolidy formuły 1.

Szczególnie dobrze w roli zastępcy naszej „lustrzanki” mogą sprawdzić się „kompakty” klasy premium.

Oferują bardzo dobrą jakość zdjęć. Na dokładkę pozwolą nawet zaszpanować przed kimś objuczonym „lustrzanką”, że naszym kieszonkowym aparatem też możemy fotografować w „manualu” i korzystać z lamp systemowych.

W końcu jednak niewielki „kompakt” trafia jak Napoleon na swoje Waterloo. Kiedy zdjęcia powiększy się do maksymalnych rozmiarów, „kompakt” wyraźnie przegrywa z „lustrzanką”. Chociaż to zupełnie bez znaczenia, gdy ktoś po wakacjach pokazuje fotki na ekranie komputera albo zamawia „pocztówkowe” odbitki.

Zaryzykowałbym taką tezę: jeśli ktoś idzie do sklepu, aby tam mu doradzono wybór aparatu, powinien jak ognia unikać „lustrzanek”. Bo jeśli sam nie wie, czego chce, to w żadnym razie nie potrzebuje drogiego i skomplikowanego sprzętu. Wbrew temu, co prawdopodobnie usłyszy od sprzedawcy, to dla niego wyprodukowano „kompakty”.

Sony NEX-5T

W fotografowaniu „kompaktem” nie ma też niczego wstydliwego. To nie zawody kulturystyczne, gdzie im większy rozmiar, tym lepiej. Rynek elektroniki jednak wie swoje. „Kompakty” sprzedają się coraz gorzej, bo coraz lepsze są aparaty w „komórkach”. Ale to już zupełne inny temat.

Nie zamierzam oczywiście przekonywać, że „kompakt” to najlepszy aparat dla każdego i w każdej sytuacji. Smutna prawda jest niestety taka: jeśli ktoś potrafi posługiwać się głębią ostrości, wie, kiedy użyć preselekcji przysłony a kiedy czasu, lepsze efekty uzyska kupując „lustrzankę”. Albo modnego ostatnio „bezlusterkowca”.

A oszczędzać będzie musiał na winie i owocach morza. Chociaż może lepiej rzucić się w wir życia i liczyć na giełdową hossę.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – goo.gl/ZaNek Empik – goo.gl/UHC6q oraz Amazon – goo.gl/WdQUT oraz Apple iBooks – goo.gl/5lCGN

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement