Dzień w oparach chemii, czyli moja przygoda z techniką mokry kolodion

Artykuł/Foto 07.10.2013
Dzień w oparach chemii, czyli moja przygoda z techniką mokry kolodion

Dziś chciałbym, żebyśmy zwolnili. Usiedli wygodnie, wzięli do ręki kubek herbaty lub grzanego wina i zapomnieli o technologiach. Żadnych megapikseli, żadnych gigabajtów. Zamiast nich – człowiek i aparat. I mnóstwo chemii między nimi, dosłownie i w przenośni.

Pod koniec września miałem niesamowitą przyjemność uczestniczyć w warsztatach fotograficznych zorganizowanych przez Andrzeja Górskiego (zapraszam na jego stronę Wet Collodion) w ramach fotograficznego festiwalu Białystok Interphoto. Warsztaty te dotyczyły zagadnienia dla mnie całkowicie nowego, choć opierały się o technikę bardzo starą, bo stosowaną w fotografii 150 lat temu. Technikę, która nie ma absolutnie nic wspólnego ze współczesnym wykonywaniem zdjęć. Gdybym miał ją do czegoś porównać, kierowałbym się w stronę alchemii, lub jakiegoś rodzaju magii, chociaż całość ma mocne, naukowe, chemiczne podstawy. Mowa tu o technice…

Mokry kolodion

Zanim przejdę dalej, obejrzyjcie poniższy film. Pokazuje on proces wykonania całego zdjęcia w technice mokry kolodion. Całość trwa 11 minut.

Polecam też drugi film, mówiący o tej samej technice, ale w nieco większej skali. Film o człowieku, który chciał zbudować największy aparat, ale zamiast tego zbudował wehikuł czasu.

Wielki Format

Wielkie zdjęcia wymagają Wielkiego Formatu. Tak też jest w przypadku mokrego kolodionu. Na pewno kojarzycie grafiki porównawcze pokazujące wielkości matryc, które umieszczam przy testach aparatów cyfrowych. Zapomnijcie o tym wszystkim. Podczas warsztatów fotografowaliśmy Wielkim Formatem z płytą (czyli de facto: matrycą) wielkości 18 x 24 cm oraz 13 x 18 cm.

 

Pod tym względem właściwie nie ma porównania do małego formatu. Pamiętacie zwykłe klisze 24 x 36 mm? Już z tak małego negatywu dawało się zrobić ogromną, szczegółową odbitkę. W Wielkim Formacie materiałem wyjściowym jest płyta wielkości 18 x 24 cm, zatem porównanie jest miażdżące. Mało która odbitka (finalne zdjęcie) ma wielkość 18 x 24 cm. Tutaj w tym rozmiarze mieliśmy nie odbitkę, a negatyw – materiał wyjściowy.

W fotografowaniu wielkim formatem niesamowite jest to, jaką szczegółowość uzyskują zdjęcia. Naświetlone zdjęcie w tak dużym formacie oddaje szczegóły, jakich nie widać gołym okiem. Dosłownie. Negatywy można oglądać nawet pod mocną lupą, a i tak ma się wrażenie, że nie dokopało się do najmniejszych detali.

kolodion-9

kolodion-10

Podczas warsztatów fotografowaliśmy na szklanych płytach. Jeżeli były przezroczyste, końcowym rezultatem był szklany negatyw. Ma on ciekawe właściwości – oglądany pod słońce ma odwrócone kolory (jak negatyw), a oglądany na czarnym tle ma naturalne kolory (a raczej odcienie szarości), jak pozytyw. Takie zdjęcie ze szklanej płyty można przenieść na papier za pomocą stykówek, lub zeskanować. Niestety po tych czynnościach zdjęcia dużo tracą ze swojej magii i trójwymiarowości.

W drugiej części warsztatów fotografowaliśmy na szklanych płytach pokrytych z jednej strony czarną warstwą. W takim przypadku naświetla się finalne zdjęcie, nie ma możliwości zrobienia z niego odbitki (chyba, że poprzez skanowanie).

Proces

Jak widzieliście na filmikach wyżej, cały proces wykonania jednego zdjęcia trwa (w sprawnych rękach!) ponad 10 minut. Czy to dużo, czy mało? Zależy od punktu widzenia. Aparatem cyfrowym w tym czasie można wykonać setki, jeśli nie tysiące zdjęć.

Z drugiej strony, kiedy w świecie fotografii pojawiła się technika mokry kolodion, była ona niczym polaroid, prawie natychmiastowa. W końcu można było wyjść z aparatem w plener, a nawet fotografować ludzi. Proces wykonania zdjęcia skrócił się z godzin do minut. Technika mokry kolodion okazała się na tyle „szybka”, że A. J. Russel (1830-1902) i A. A. Hart (1816-1908) fotografowali przy jej użyciu oblicze wojny secesyjnej.

kolodion-12

Wbrew pozorom, w technice mokry kolodion nie jest trudne samo fotografowanie. Największe wyzwanie to utrzymanie precyzji, zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Chemia musi działać przez ściśle określony czas, inaczej wszystkie starania idą na marne. Liczy się także precyzja rozprowadzenia kolodionu po płycie.

Ale jak to się właściwie odbywa? Proces dzieli się zasadniczo na dwie części – przygotowanie aparatu oraz samej płyty.

Aparat

Wszystko zaczyna się standardowo, od wybrania kadru. Niestandardowe jest samo narzędzie, czyli wielkoformatowy aparat. Jest to zasadniczo wielka, drewniana skrzynia, wyposażona w nie tak wielki obiektyw i w mieszek służący do ustawiania ostrości. Z tyłu znajduje się matówka.

kolodion-11

Pierwsze spojrzenie na obraz zrzutowany na matówkę Wielkiego Formatu było najbardziej niesamowitą rzeczą, jaką widziałem w swojej fotograficznej karierze.

Matówka ma wielkość szklanej płyty, zatem obserwujemy obraz wielkości 18×24 cm. Obraz jest odwrócony z lewej na prawą i dodatkowo z góry na dół. Oglądanie świata na takiej matówce jest czymś nieprawdopodobnym, tego nie da się opisać. Do tej pory fotografowałem aparatami cyfrowymi, oraz analogowym małym obrazkiem i średnim formatem. Uwierzcie, że żaden aparat, w tym średni format, nie jest w stanie nawet zbliżyć się do Wielkiego Formatu. To jest coś, co każdy fotograf musi zobaczyć na własne oczy.

Po przygotowaniu aparatu matówkę się wyjmuje, a w jej miejsce wkłada się kasetę z umieszczoną wewnątrz szklaną płytą. I w tym miejscu przechodzimy do drugiej części procesu.

Płyta

Przygotowanie szklanej płyty wymaga nie lada zdolności. Zaczynamy od wylania kolodionu na płytę. Kolodion to zasadniczo klej, dzięki któremu warstwa światłoczuła może się przykleić do powierzchni płyty. Kolodion jest w stanie ciekłym, ma konsystencję podobną do oleju. Sprawne pokrycie nim szklanej płyty wymaga dużej precyzji i wprawy. Trzeba się spieszyć – po kilkunastu sekundach kolodion zaczyna zasychać. Jeżeli w tym czasie nie zdążymy pokryć płyty jednolitą warstwą płynu, zdjęcie się nie uda.

kolodion-14

Następnie płyta z kolodionem musi przez minutę poleżakować, po czym trafia do kąpieli w azotanie srebra. Płytę wkłada się do specjalnego, światłoszczelnego tanka z tym światłoczułym płynem. Od tej pory musimy działać w ciemności. Po upływie trzech minut wyciągamy z tanka uczuloną na światło płytę i ładujemy ją do kasetki. Kasetkę z kolei ładujemy do aparatu, a całość jest już bezpieczna. Naświetlamy zdjęcie (w pochmurny dzień trwa to jakąś minutę), po czym wracamy do ciemni. Czas na chemiczne czary-mary.

Magia

Muszę powiedzieć, że mam raczej skromne doświadczenie jeśli chodzi o ciemnię. Do tej pory wywoływałem jedynie filmy małoobrazkowe i średnioformatowe. Mam swój koreks, swego czasu sam przygotowywałem chemię do wywoływacza. Mimo to, dopiero wywoływanie mokrego kolodionu pokazało mi, co znaczy prawdziwa praca w ciemni.

Podczas wywoływania mniejszych formatów wszystko dzieję się w zamkniętym koreksie. Wkłada się do niego naświetlony materiał, kilka razy się nim potrząsa, kilka razy miesza, i po paru minutach wyciąga się wywołany negatyw.

W mokrym kolodionie (i generalnie przy wielkim formacie) cały proces przebiega na oczach fotografa. W ciemni wyjmuje się szklaną płytę z kasetki, po czym wkłada się ją do kuwetki. Wlewa się na nią wywoływacz i w tym momencie dzieje się magia. Po kilkunastu sekundach z czarnej powierzchni zaczyna wyłaniać się zdjęcie. Ten moment jest absolutnie magiczny. Po kolejnych kilku sekundach wywoływacz zastępuje się przerywaczem, a następnie utrwalaczem. Całość na koniec ląduje w kąpieli wodnej.

Ciemne pomieszczenie oświetlone słabą czerwoną żarówką, opary chemii, mnóstwo płynów, nieodłączna adrenalina, w końcu ciekawość połączona z niepewnością – to wszystko tworzy razem jedyny w swoim rodzaju klimat.

Kiedy w takich warunkach można zobaczyć, jak na własnoręcznie przygotowanej i naświetlonej czarnej płycie pojawia się wykonane wcześniej zdjęcie, jest to najlepszym uczuciem, jakie może poczuć fotograf. Uczestniczenie w każdym etapie tworzenia zdjęcia sprawia, że do fotografii podchodzimy zupełnie inaczej, niż do cyfrowego zdjęcia.

W mokrym kolodionie i w Wielkim Formacie można się zakochać. Całkowicie rozumiem ludzi, którzy przesiadują całymi dniami w ciemni i są pochłonięci kolodionem do reszty. Hobby jest wymagające, praco- i czasochłonne, bardzo kosztowne (odczynniki chemiczne…), ale także nieprawdopodobnie fascynujące.

Jeżeli kiedyś będziecie mieli okazję spróbowania tej techniki, lub ogólnie pracy z Wielkim Formatem – nie zastanawiajcie się. Tylko ostrzegam, można w tym przepaść do reszty.

Zapraszam do obejrzenia fantastycznej fotorelacji z warsztatów autorstwa Moniki Gilewskiej.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement