Mój przyjaciel… dron?

Felieton/Sprzęt 01.10.2013
Mój przyjaciel… dron?

Autorem tekstu jest Marcin Świerczek.

Ostatnio nie ma tygodnia bez medialnej wzmianki o dronach. Z jednej strony obserwujemy prawdziwy nalot informacji o wykorzystaniu tych urządzeń przez cywilów, z drugiej, czołówki portali informacyjnych obiegają newsy o kolejnych ofensywach i kolejnych zabitych w dronowych atakach. Szkoda tylko, że doniesienia z frontu spychane są w niebyt przez tytuły w stylu: „dron twoim dostawcą pizzy”. Brakuje w międzynarodowym społeczeństwie prawdziwej debaty na temat wykorzystaniu tej technologii poza terytorium wroga. Zresztą nie tylko tam.

“Rozprzestrzenienie się tych maszyn, które uprawiają za nas szpiegostwo, a nawet wojnę, to jest tak naprawdę ten sam świat, co w moim filmie. To nie jest żadne science fiction, to się dzieje dzisiaj” – mówiło o dronach przy okazji premiery “Niepamięci” reżyser Joseph Kosinski. Akcja filmu rozgrywa się w 2077 roku na doszczętnie spopielonej Ziemi, sceneria żywcem inspirowana wojennym, pakistańskim krajobrazem. Nie będzie spoilerem jeśli napiszę, że jednym z najistotniejszych komentarzy społecznych jaki niesie “Niepamięć” jest właśnie lęk przed dronami. To one, jako przejaw zdalnie sterowanej agresji wroga są bezpośrednim przeciwnikiem granego przez Toma Criuse’a bohatera. “Niepamięć” to dystopia, która uświadamia jak bardzo dzisiejsze działania zbrojne na Bliskim Wschodzie mogą przełożyć się na sposób prowadzenia wojen w przyszłości. To również jeden z nielicznych wyraźnych głosów nawołujących do analizy zasad stosowania dronów.

Prezydentura Baracka Obamy zostanie w pewnym stopniu zapamiętana jako okres niespotykanej aktywności tych maszyn.

To za jego zgodą włączono do wojny z terroryzmem tajny, nadzorowany przez CIA program wykorzystania bezzałogowców z licencją na zabijanie. Od stycznia 2009 roku, czyli od kiedy Obama wprowadził się do Białego Domu przeprowadzono blisko 400 ataków, w których ginęli rzekomo najwięksi wrogowi Ameryki. Razem z nimi setki cywilów. Kwestia dronów, to po aferze z NSA obecnie największy wizerunkowy problem prezydenta USA, z którym musi się zmierzyć na własnym podwórku. Cały czas odbija mu się czkawką. Gdy pod koniec sierpnia wygłaszał przemówienie z okazji 50. rocznicy słynnego wystąpienia Martina Luthera Kinga, Twitter obiegł prześmiewczy hastag: #ihaveadrone. Gdy kilkanaście dni później amerykański kongres debatował nad zgodą na interwencję zbrojną w Syrii, o ironio w tym samym czasie, tysiące kilometrów dalej, w Pakistańskim Dargah Mandi doszło do kolejnego nalotu dronów. Efekt? Co najmniej siedmioro zabitych i kilkunastu rannych.

dron wojskowy

Po co przywołuję tutaj Syrię?

Międzynarodowa ingerencją w wewnętrzny konflikt w Damaszku jest o tyle istotna, że reżim Baszara el-Asada, wykorzystując gaz bojowy złamał jedną z najważniejszych nowożytnych zasad prowadzenia wojny. Takie działania nie mogą pozostać bez stanowczej odpowiedzi, gdyż mogą stanowić pretekst dla jeszcze śmielszych akcji zbrojnych. Warto się w tym miejscu zastanowić czy czegoś podobnego nie dokonał Obama wprowadzając na front drony. To porównanie jest o tyle naciągane, co chyba też trafne, bo znajduje swoich orędowników również po stronie amerykańskiej. Dron to broń z samej swojej natury wyzuta z miłosierdzia i niepozwalająca na bezpośredni odwet.

W wojnie z terroryzmem też nieskuteczna. Za mało precyzyjna, przez co w atakach giną cywile, co tylko nakręca spiralę nienawiści. Więcej, swoim zaawansowaniem technologicznym drony reprezentują mocarstwo absolutne. Uświadamiają terrorystom z jak potężnym wrogiem ci mają do czynienia. Brak równych szans, sprawia, że strona słabsza zawsze będzie uciekała się do ataków straszniejszych i bardziej bezwzględnych. W skrócie – będzie siała terror.

W zeszłym roku do kin trafił dramat “Flying Blind”. Był to zagraniczny debiut Kasi Klimkiewicz, przedstawiona w nim bohaterka zawodowo zajmuje się konstrukcją dronów. Między jednym, a drugim projektem zakochuje się w młodym muzułmaninie, później dowiaduje się, że jej dzieła przysporzyły mu wielu krzywd. W filmie drony są wyrazistym symbol bezwzględnej władzy Zachodu nad resztą świata, a raczej próbą zdobycia takowej, próbą, która w każdej chwili może odbić się na nas rykoszetem. Nie tylko w fantazji filmowców. Nie dziwią więc starania zmierzające do wyrównania szans w tym specyficznym wyścigu zbrojeń, które podejmują m.in. Iran oraz Chiny. Ci pierwsi są już ponoć blisko odkodowania oprogramowania, na którym pracuje zarządzające dronami CIA, drudzy opracowują swój własny tani UAV.

Póki co Amerykanie z dronów wciąż chętnie korzystają, ale do końca nie wiedzą co z nimi począć.

Gdy w kwietniu tego roku Pentagon wyskoczył z pomysłem specjalnego medalu, dla pilotów bezzałogowców oraz dla innych cyberżołnierzy, organizacja weteranów podniosły raban. No bo jak że to tak, odznaczać kogoś, kto nigdy nie postawił stopy na polu walki? Ostatecznie Chuck Hagel, sekretarz obrony zapewnił, że jeśli taki medal rzeczywiście powstanie, to w hierarchii wyróżnień amerykańskiej armii będzie zajmował pozycję niższą niż Purpurowe Serce, odznaczenie przyznawane wszystkim rannym w walce.

dron

Liczne kontrowersje wzbudzają również próby wprowadzenia dronów do użytku cywilnego.

Już teraz bezzałogowce pomagają badać huragany, wykorzystywane są w przemyśle filmowym, muzycznym, w handlu nieruchomościami, przy usługach kurierskich. Nawet PETA postanowiła zastosować je przy dokumentacji ludzkiego bestialstwa w stosunku do zwierząt. Chętnie sięgają po nie służby porządkowe przy patrolowaniu granic oraz miast. To oczywiście wzbudza uzasadnione obawy w kontekście prawa do prywatności. W końcu czy drony nie są kolejny okiem wielkiego brata? Tak samo jak inny wojskowy wynalazek – internet, mogą przysłużyć się większemu dobru, ale też złu. Uspokajają tutaj nieco zabiegi władz stanowych USA, które przed wakacjami w Texasie i Illinois dość drastycznie ograniczyły możliwości wykorzystania dronów. Szczerze mówiąc mam nadzieję, że taka tendencja się utrzyma.

Do 2015 roku FAA (ang. Federalna Administracja Lotnictwa) ma ustalić zasady na jakich drony mają funkcjonować w przestrzeni publicznej. Trzeba tutaj rozwiązać nie tylko kwestie związane z ochroną prywatności, podstawowym problemem jest to, jak nad całą flotą zapanować by nie stanowiła ona zagrożenia dla ludzi. Tak naprawdę nie ma wypracowanych żadnych środków bezpieczeństwa na wypadek ataku małego drona w strefie publicznej. Przekonała się o tym jakiś czas temu Angela Merkel, której wiec wyborczy w Drezden został zakłócony przez wyposażoną w UAV Partię Piratów. Nikt nie mógł tego mininalotu nie tylko przewidzieć, ale też zatrzymać i lepiej sobie nie wyobrażać do czego mogłoby dojść, gdyby urządzenie było uzbrojone w niewielki ładunek wybuchowy i kierowałby nim jakiś szaleniec.

Bohaterka filmu Klimkiewicz w swej krótkowzroczności tłumaczy, że zastosowanie dronów w armii jej nie interesuje, chodzi jej o samo “piękno lotu”. Nie wiem jak wy, być może doszukuję się tutaj Skynetu na siłę, ale cały czas nieswojo czuję się z myślą, że nad moją głową mogą kiedyś latać urządzenia, które powstały z myślą o szpiegowaniu i zabijaniu ludzi. Wciąż chciałbym móc patrzeć w niebo bez takiego lęku.

Zdjęcia Illustration of a combat drone flying over barren mountainsDrone aircraft launching an air to ground missile oraz Drone being rolled into position as a static display pochodzą z serwisu Shutterstock. 

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement