Piotr Lipiński: W SIECI PAJĄKA, czyli nasze splątane życie

Felieton/Technologie 25.10.2013
Piotr Lipiński: W SIECI PAJĄKA, czyli nasze splątane życie

Roku Pańskiego 2000 miłościwie nam panowali prezydent Aleksander Kwaśniewski i premier Jerzy Buzek. Zima była sroga, a lato gorące. Albo odwrotnie, kto by tam bowiem pamiętał tak zaprzeszłe dzieje. Rok był ci niezwykły okrutnie, jakoż w kraju naszym przepięknym nad Wisłą poniechano budowy wozu cudownego, zwanego Fiatem 126p. Choć z postury zdawał się skromny, to w środku mieścił multum człeków i sprzętów, a to za sprawą sprytnego zakrzywienia czasoprzestrzeni.

Nie o tym jednak dziś będę prawić, a o dziwach stukrotnie bardziej niezwykłych. Otóż w roku onym pewnego dnia oganiając się od żubrów, niedźwiedzi i wilkołaków sięgnąłem do kieszeni kożucha, ażeby wyjąć – imaginujcie sobie waćpanny oraz waszmoście – Internet. Gawiedź nadziwić się nie mogła, jakież to nowinki przyniosły wiatry z odległych krain.

Nim jednak wrócę do tych odległych dni, kiedy tylko Nostradamus i królowa Saby mogli bajać o świecie, w którym Internet hula w powietrzu, a nie trzyma się kabli, wspomnę o tym, co dziś splątuje me myśli. A są tym właśnie owe przeklęte druty wszelakie.

Gdyby nie kable, życie byłoby mniej poplątane. Człekowi może bowiem brakować grosza, urody a i dość często mądrości. Ale jednego ma pod dostatkiem – kabli. Utkwiliśmy w sieci – a jakże – pająka.

Kable od lat oplatają mnie niczym węże grupę Laokoona. Zaciskają się coraz mocniej i duszą o duszę wołając.

Rozpanoszyły się po całej mej izbie. Najwięcej zalęgło się ich w komodzie, gdzie upchnięte i bezpotrzebne czekają na moment, gdy zakrzyknę: – Pójdźcie ku mnie, gdyż nadszedł czas waszej próby.

Azaliż nie wpadł na zmyślną ideę żaden plugawy handlarz, by kupczyć różnymi cudactwami z dodatkową opcyją – płatną ma się rozumieć – „bez kabla”? Ileż to ja już mam takich samych przeklętych węży, które przybywały do mnie z odległych miejsc, znad morza i gór, gdziem zakupił je mimochodem licytując bogactwa wszelakie.

Powiodłem mym wzrokiem dookoła i dostrzegłem grozę mego uwiązania. Kiedy zgaśnie nasza galaktyka, nazwy te niczego nie powiedzą przybywającemu z gwiazd czytelnikowi. Dziś jednak wymieniam je, by oddać prawdę o moim okrutnie spętanym losie.

Komputer. Zewnętrzne dyski. Czytnik kart. Huby. Tablet graficzny. Kalibrator. Głośniki. A nawet – co zda się absurdem – przewodem podłączona ładowarka bezprzewodowa. Wszystko to uwiązane jedno do drugiego, a na koniec jeszcze do gniazdka z życiodajnym prądem.

Czyż nie zasłużyliśmy na lepszy los?

Moją głowę wypełniają górnolotne marzenia o świecie pięknym i wzniosłym, w którym znikną wszelkie te węże. W tej utopijnej krainie nie będziemy potrzebowali niczego łączyć ze sobą przewodami, a nawet prąd będziemy czerpali bezprzewodowo. Ta wizja dziś wydaje się jednakowoż tak fantastyczna, jak opowieści Guliwera z odległych krain.

Lecz ja już wiem, że największe fantazje i iluzje potrafią przerodzić się w prawdę. Jako że sam dożyłem tego, co zdawało się nieosiągalne, jak gorący lód. A przyszło szybciej, niźli osesek potrafi dorosnąć.

I tu zacznę na nowo snuć opowieść z owego roku 2000. Onego czasu zamarzył mi się Internet bezprzewodowy. W którym zanurzy się cały świat. Internet wiszący w powietrzu.

Mądrzy ludzie, co szkołę niejedną pokończyli, od jakiegoś czasu potrafili już połączyć dwie zmyślne machiny, telefon komórkowy oraz laptopa, by z dala od swych domostw dostawać się do Internetu.

Ale roku onego dwutysięcznego pojawiło się coś zupełnie nowego.

Skreśliłem wówczas o tym zajmującą powiastkę dla magazynu „Gazety Wyborczej”. A zaczynała się ona tak:

„Na plaży żona natarła ciało olejkiem do opalania, synek grzebał łopatką w piasku, a ja z kieszeni wyciągnąłem Internet.

Od niedawna Internet można już nosić przy sobie. Żeby do niego zajrzeć, wystarcza sam telefon komórkowy. Musi to być jednak specjalny telefon, wyposażony w przeglądarkę WAP (Wireless Aplication Protocol). WAP czyta się łap, na plaży więc miałem Internet w łapie”.

O bogowie! Cóż to były za dziwy!

Internet cały czas ze sobą w „komórce”! Któż mógł w takie cuda uwierzyć i nie paść trupem ze zdumienia!

nokia wap

Bo i wyobraźnia była wówczas niezmiernie potrzebna. Wszak cały ten Internet trzeba było oglądać na ekranie, który – imaginujcie to sobie – miał 5 linijek wysokości. Takim to dysponowała jedna z moich machin, zwana Siemensem C35. Szczęśliwie niekiedy dzierżyłem też w dłoni, niczym rękojeść miecza świetlnego, ówczesny szczyt techniki, dumnie ochrzczony mianem Nokii 7110.

Korporacje ówczesnych magików, zwane Plus, Era i Idea, kusiły zachętami na całe płachty papieru w czytadłach pospolitych: „Internet w kieszeni”. Jednakże już po kilku wschodach i zachodach Słońca wiedziałem, że to ułuda i mydlenie oczu. Brzmiało to bowiem tak, jakby ktoś sprytny zachwalał: „Sprzedam Pałac Kultury”, a jedyną jego posesją była pałacowa iglica.

W machinach zwanych „komórkami” nijak nie dawało się oglądać całego Internetu, jak w ówczesnych wielofunkcyjnych pudłach, zwanych komputerami. Do WAP-owania strona musiała być odpowiednio przygotowana, a mało która lebiega chciała się za to zabrać.

Okrutne ponad ludzką miarę i bolesne jak łamanie kołem było też to, że magowie winszowali sobie za każdą minutę połączenia z owym kalekim Internetem. Bo Anno Domini 2000 w Polsce nie działał nawet GPRS!

Zresztą co to były za strony – na mniejszych wyświetlaczach pojawiały się czasami na raz tylko trzy słowa.

Rysunki były ubogie jak gry telewizyjne sprzed dziesiątek lat. Z wielkim podziwem zobaczyłem na stronie z Niderlandów wyrafinowane zbytki: podskakujący na patelni kotlet i maszerującą mrówkę.

Wyciągając WAP z kieszeni człek zacny mógł się jednak porozumieć z inną nie mniej uczciwą osobą. Śląc popularnego w owych czasach i po dziś dzień, a jakże, e-maila. Licha i podła była to jednak możliwość, bowiem sporządzenie takiego pisma zajmowało i dziesięć minut. A i tak nigdy nie stało mi cierpliwości, aby posługując się zaledwie kilkunastoma klawiszami wystukać więcej niż jedno zacne zdanie. Tak, tak, w owych czasach ludzkość musiała żyć z klawiaturkami ubogimi a tępymi.

piwo kable

Ale przyszłość jawiła się w jaśniejszych barwach. Jedni lichwiarze obiecywali już, że wkrótce przez WAP będzie można sprawdzać stan konta, a nawet płacić swe ziemskie rachunki.

WAP po paru latach okazał się ślepą uliczką, o której dziś nie układają ballad nawet najgorsi poeci.

Mnogą radość z niego mieli jedynie ci, którzy gotowi byli do wielu poświęceń, aby tylko skorzystać z cudów przekraczających pojmowanie ludzkiego rozumu. Pospolity lud nie pokochał tego przodka prawdziwie powietrznego Internetu.

Lecz zamierzchłe dzieje WAP-u przychodzą mi dziś na myśl, gdy marzę o przecięciu gordyjskiego węzła wszelkich kabli, które oplotły me życie. Wszak w roku, gdy WAP pojawił się na naszym ziemskim padole, przebiegła mnie myśl, jak piękny byłby świat, gdyby prawdziwy Internet otaczał nas zewsząd niczym poranna mgła wisząca w powietrzu. Ale jakże mieć sieć w każdej „komórce”? Myśl owa była wówczas odważna i zgoła trudna do pojęcia. Wydawała się możliwa do spełnienia za dziesięć albo i może dwadzieścia ludzkich pokoleń. A stała się prawdą już po kilku tarłach łososia.

Może więc jeszcze za mojego żywota ziści się też dzisiejsze marzenie o świecie bez żadnych kabli? O jakże piękny stałby się nasz los! Do boju więc o wyzwolenie! O jednym jednakże pamiętajcie zacni ludkowie: nie ma wolności bez elektryczności.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – goo.gl/ZaNek Empik – goo.gl/UHC6q oraz Amazon – goo.gl/WdQUT oraz Apple iBooks – goo.gl/5lCGN

Zdjęcia The Spider Web close up oraz Battery charger and wires tech mess pochodzą z serwisu Shutterstock.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement