Jak nie dać się Google Glassom

Felieton/Technologie 24.08.2013
Jak nie dać się Google Glassom

Google Glass dorabia się niezłego hype’u — pojawiają się kolejne filmiki z tym, jak to fajnie dyktować polecenia (chcę zobaczyć filmik ze Szkotami, których nie rozumiała Siri), przez jakichś zawodowych fotografów, którym pięknie udało się uchwycić miejski krajobraz z zagonionymi przechodniami, aż po pierwsze porno z udziałem Jamesa Deena oraz Andy San Dimas (punkty dodatkowe dla tych, którzy zapamiętali ją z filmu „Drive”). Ale, podobnie jak w filmie „Niezniszczalny” z Brucem Willisem, każde ekstremalne zjawisko — w tym przypadku zachwyt — powoduje powstanie przeciwnego bieguna. Tam właśnie, niczym Superman w swojej twierdzy na Antarktydzie, siedzę między innymi ja.

Żeby dyskurs nam się nie wykoleił niczym pociąg spod Santiago de Compostela, odrzućmy w tym miejscu całkowicie kwestię „po co” — to nieistotne; usiądźmy i rozważmy tao możliwości, jakie będą mogli mieć ludzie nie chcący mieć nic wspólnego z tym urządzeniem Google’a oraz byciem przetwarzanym w czasie rzeczywistym.

Niektórzy już zaczęli nad tym pracować i tak powstały specjalne okulary z diodami LED-owymi utrudniającymi kamerom rozpoznawanie twarzy poprzez oślepienie ich. Wykorzystuje się tu ciekawe zjawisko: ludzie postrzegają trochę inne widmo i w ogóle nie widzą, żeby przytroczone do twarzy diody emitowały jakiekolwiek światło. (Dla nieprzekonanych: weźcie pilota telewizyjnego i postrzelajcie nim w stronę obiektywu aparatu, a na wyświetlaczu zobaczycie, że dziad świeci!). Pomysł fajny i dość sprytny, wykonanie niestety przypomina na razie studencki prototyp, ciężko więc pojawić się w czymś takim w miejscu publicznym. Do tego, jak słyszałem, systemy rozpoznawania ludzi potrafią to zrobić już na podstawie kształtu uszu. No cóż, do okularów dołączy się kolczyki. Jak ktoś ma tunel, to tylko trzeba w niego wetknąć diodkę. Wreszcie jakieś praktyczne zastosowanie kolczyków.

anti-glass
Anti-Glass uniemożliwiające rozpoznanie sfotografowanej osoby

Można też próbować podejścia asertywnego i powiedzieć: „Albo pan zdejmie to ustrojstwo z twarzy, albo nie będziemy dalej rozmawiać”. Gorzej, kiedy Google Glassy będzie miał na twarzy nasz przełożony, albowiem możemy wtedy usłyszeć: „To w jakie pierwsze miejsce zanosisz CV?”.

Jako stały bywalec bali karnawałowych i innych imprez przebieranych, mam w domu piękną kolekcję masek: Jason Voorhees z „Piątku trzynastego”, Michael Myers z „Halloween”, V z „V jak vendetta” czy Ghostface z „Krzyku”. Myślę, że jak parę razy pojawię się na zebraniu w kolejnej masce, to glassowcy odpuszczą. (Swoją drogą, w masce Myersa mogę zostać powitany słowami „Witamy, panie Shatner”, jeżeli system rozpoznawania twarzy będzie miał dostatecznie elastyczne kryteria).

Dla tych, którzy nie wiedzą, czy będą potrzebowali maski, zostanie stworzona wersja składana, oparta na patencie windstoppera — normalnie będzie zwinięta wokół szyi, może nawet ucharakteryzowana na fular, ale w razie konieczności można szybko naciągnąć na całą twarz. Wycięcia na oczy oraz przewiewny materiał zagwarantują nam, że będziemy cokolwiek widzieć i się nie udusimy.

Widziałem już w Internecie przykłady makijażu utrudniającego fejs rekognyszyn — malujemy wokół oczu i ust gigantyczne piksele rodem z Commodore C64. Sztuczna inteligencja powinna teoretycznie zgłupieć. Rozwiązanie dla kobiet, aczkolwiek i w przypadku mężczyzn sprawa nie jest całkowicie przegrana, ponieważ na złośliwe uwagi kolegów „Dlaczego się dzisiaj umalowałeś?”, można odpowiedzieć, że od dzisiaj życzylibyśmy sobie, żeby mówić do nas Chelsea. Albo Loretta.

W całym tym zamieszaniu najwięcej spokoju mają muzułmanie skryci za gęstymi brodami i wszelakimi odmianami burek oraz czadorów. To też dobra zagwozdka: jak z tym sobie poradzi Google Glass?

Podsumowując, które rozwiązanie jest najlepsze? Żadne. Tylko dywersyfikacja daje nam szansę na przetrwanie. Można zresztą łączyć rozwiązania, na przykład: maska plus kolczyki plus asertywna postawa. I jesteśmy kryci. A Wy, jakie macie pomysły? (Uwaga, każdy, który poruszy kwestię „po co”, która nie jest przedmiotem tego felietonu, wykonuje dwadzieścia pompek).

Przy okazji: cześć, będę pisywał tu felietony.

Aubrey

PS LED to skrót od „light emitting diod”, jeśli więc chciałeś, zacny Czytelniku, napisać, że „diody LED” to błąd językowy fachowo zwany pleonazmem, to muszę Cię rozczarować, ale właśnie Cię ubiegłem. Ha ha ha. This was a art of trolling.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement