EA, Ubisoft i Activision znikną z rynku? Będę walczył z wizją architekta Xboksa do ostatnich sił

Artykuł/Gry 09.08.2013
EA, Ubisoft i Activision znikną z rynku? Będę walczył z wizją architekta Xboksa do ostatnich sił

Ubisoft, EA, Activision-Blizzard – dla przeciętnego gracza obecność tych molochów na rynku wydaje się tak oczywista, jak to, że jutro wzejdzie słońce i ponownie zaczniemy skwierczeć na patelni. O tym, że tak wcale nie musi być, przekonuje Ed Fries, jeden z ludzi odpowiedzialnych za pierwszą stacjonarną konsolę Microsoftu.

Obecność molochów to przecież tradycja

EA SPORTS

Kontrowersyjna teza. Dla mnie, jako gracza, obecność takich wydawców jak EA czy Ubisoft jest fundamentalną częścią roz(g)rywki. Legendarne „Cyny gejm” z logiem EA Sports na moment przed kolejnym meczem ze znajomymi to po prostu obowiązek, część tradycji. Coś jak skrywanie kontrolera przed konkurentem podczas wykonywania rzutów karnych.

Piękne logo Ubisoftu, na moment przed kolejnymi przygodami skrytobójcy Ezio, to nieodłączny element rozgrywki. Zdaniem Eda Friesa, za parę lat aktualny stan rzeczy może ulec gigantycznym zmianom. Architekt pierwszego Xboksa tak komentuje oczekiwane przez siebie zmiany w branży:

Kto wie, czy w przyszłości wciąż będą istnieć wielcy wydawcy? Wcale nie muszą. Być może świat przyszłości będzie wyglądał zupełnie inaczej. Mogą być w nim obecne dziesiątki mniejszych dystrybutorów. Ogromni wydawcy powstali, ponieważ gry były naprawdę drogie, w dodatku istniało wiele problemów dystrybucyjnej natury. Walmart nie chce użerać się z setkami podmiotów, chce rozmawiać z czterema, pięcioma wydawcami. Bardzo wiele zmieniła cyfrowa dystrybucja. Angry Birds, Supercell no i Mojang (twórcy Minecrafta – red.) – to małe grupki rozsiane po świecie. Właśnie stąd pochodzi największa kreatywność.

Produkcje niezależne nie zaczarują rzeczywistości

xbox indie

Ed Fries zdaje się być zachwycony zmianami, jakie zaszły w Microsofcie, jego elastycznością. Chodzi między innymi o możliwość zamiany Xbox One w development-kit oraz rozluźnienie polityki wydawniczej dla twórców niezależnych, którzy maj teraz lepsze warunki, aby działać w obrębie ekosystemu stworzonego w Redmond. Mimo tego, argumentacja Eda ani trochę mnie nie przekonuje.

Większość rzeczy, o których mówi Fries, powiązane są z grami niezależnymi. Nie one są jednak centrum, nie one są sercem komputerowej rozgrywki. Chociaż scena niezależnych producentów rozwija się szybko jak nigdy wcześniej, z mojej perspektywy jest tylko dodatkiem. To ładnie wyglądającą torebką przy produkcjach z najwyższej półki, z rozdmuchanym budżetem, przepiękną grafiką i coraz bardziej filmowym modelem rozgrywki. Nie po to kupuje się konsolę, aby obcować z produkcjami niezależnymi. Najdobitniej pokazała to kickstarterowa Quya, która nie może pochwalić się wzięciem wśród klienteli.

Rynek rozdrobniony = rynek niefunkcjonalny

steam 2

Fries zwraca jednak uwagę na znacznie bardziej ciekawe zjawisko – platformy cyfrowej dystrybucji. Jak słusznie zauważyli czytelnicy Spider’sWeb, na cyfrowym rynku panuje coraz większe rozdrobienie. Steam, Origin oraz Uplay to tylko wierzchołek góry lodowej. Swoje cyfrowe nośniki posiada coraz większa ilość sprzedawców.

Aby zagrać w kupiony przez nas produkt, musimy instalować oprogramowanie coraz mniejszych podmiotów, co by tylko wymienić rodzime sklepy CDP oraz Muve. Nawet klienci na pierwszy rzut oka nie związani z molochami cyfrowej dystrybucji, pasjonujący się niezależną sceną, nie mają wyjścia i muszą korzystać z dodatkowych aplikacji, aby zagrać w pożądane pozycje, czego najlepszym przykładem jest Dasura.

Ze swoimi platformami cyfrowej dystrybucji eksperymentują już nie tylko sprzedawcy i wydawcy, ale również sami twórcy. Za przykład niech posłuży twór rodzimego Techlandu, twórców Call of Juarez oraz Dead Island. Do czego to prowadzi? To bólu tyłka i zgrzytania zębami.

Każdy chce mieć swoją platformę, tylko nikt nie chce z nich korzystać

techland

Jeśli w wizji Eda Friesa mój stacjonarny komputer będzie miał kilkanaście aplikacji, powiązanych z platformami cyfrowej dystrybucji, a do takiej sytuacji można doprowadzić już dzisiaj, nie chcę brać udziału w takiej przyszłości. Steam, Origin, Uplay – kolejne procesy wykorzystują moc obliczeniową komputera, pastwią się nad moim łączem oraz, co najgorsze, skutecznie uprzykrzają zabawę. Na każdym kroku wydawcy chcą mnie przekonać, jak najlepsza z najlepszych, jednocześnie najmniej inwazyjna z możliwych jest ich platforma. Problem w tym, że żadna z nich taka nie jest.

Już jakiś czas temu zdecydowałem się korzystać jedynie z cyfrowej dystrybucji. Głównym argumentem za tym stającym jest właśnie wygoda. Internetowe zakupy odbywają się szybko, oferując mi grę w najnowszej możliwej wersji, bez konieczności użerania się z fizycznym nośnikiem. Kiedy jednak mój komputer zostanie zalany aplikacjami mniejszych wydawców, cała ta idea runie niczym domek z kart. Gdyby nie ikony skrótów prowadzących do konkretnych gier, już teraz mógłbym się zastanawiać, w bibliotece którego dystrybutora posiadam dany tytuł. Z roku na rok jest tylko gorzej.

Wychodzi na to, że jestem Walmartem

walmart

Nie chcę takiej przyszłości. Jestem trochę jak ten Walmart opisywany przez Eda. Tak samo jak lider sprzedaży, jako odbiorca chcę korzystać ze swojej cyfrowej biblioteki. Spójnej i zwartej. Właśnie za to cenię możliwość Steama, która pozwala mi na dodanie do kolekcji gier zakupionych poza sklepem Valve. Już teraz nieustannie przeskakuję między Steamem a Origin, co doprowadza mnie do szału. Ze względu na bezpieczeństwo, nie stosuję wszędzie tego samego hasła. Częste procesy uwierzytelniania to dla mnie wrzód na tyłku, podobnie jak rozbicie posiadanych przeze mnie tytułów na wiele grup.

Chcę wydawców – molochów, jeśli ma się to wiązać ze spójną, cyfrową kolekcją gier. W przeciwnym razie, co jest ogromnym paradoksem, korzystanie z pudełkowych kopii znowu będzie dla mnie bardziej wygodne. Oczywiście o ile instalując grę z płyty nie będę musiał korzystać z dodatkowego oprogramowania do uwierzytelnienia mojego egzemplarza, co jest coraz silniej obecnym trendem. Chociaż zdaję sobie sprawę, że konkurencja działa na rynek ożywczo, co za tym idzie, korzystają na tym sami gracze, w tym przypadku jestem za monopolizacją. Za zmonopolizowaniem mojej kolekcji w ręce jednego podmiotu, niezależnie, kto nim będzie.

Mógłbym się nawet oddać w objęcia tragicznego Origin, o ile miałbym pewność, że dzięki temu z jednego miejsca uruchomię wszystkie posiadane tytuły. Wizja przyszłości snuta przez architekta pierwszego Xboksa ani trochę mi nie odpowiada. Niezależnie, czy mowa o byłych bądź aktualnych pracownikach Microsoftu, wiem jedno. Jeśli chodzi o model grania, o kształt interaktywnej rozrywki, na pewno nie chcę ,aby to w ich rękach znajdowały się patenty na lepszą przyszłość.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement