Czeka tylko słajpnę żeby zaczekinować się w tym spocie.

Blog Forum 26.08.2013
Czeka tylko słajpnę żeby zaczekinować się w tym spocie.

Należę do ludzi którzy na co dzień interesują się technologiami. Czytam różne strony, blogi, serwisy opisujące nowe technologie. Nie potrzebuję już tej wiedzy na codzień ponieważ zmieniłem branżę ale dalej lubię być na bieżąco w temacie. Czasem gdy się spotkam ze znajomymi którzy pracują w branży telekomunikacyjnej wymieniamy się opiniami na temat premier nowych urządzeń czy ich zapowiedzi, czasem ktoś z rodziny czy znajomych chce się poradzić co wybrać a co ominąć. Słowem: przydatne hobby.

Możliwe że ten dystans którego nabieram od roku sprawił że zaczyna mnie irytować to angielskie makaronizowanie w każdym zakątku nowych technologii. Nie można dotknąć- trzeba tapnąć, broń Boże nie przesuwaj- lepiej słajpnij, po co się meldować? – nie lepiej się zaczekinować? Doskonale rozumiem że środowisko pasjonatów nowych technologii jest dość specyficzne a cała wiedza jest czerpana z serwisów anglojęzycznych ale pęd do zdobycia jak największej ilości odsłon danej strony poprzez jak najszybsze przetłumaczenie newsa z angielskiego i okraszenia go bylejakim komentarzem wyrządza ogromną szkodę naszemu ojczystemu językowi. Chcemy być najszybsi by zarobić jak najwięcej, pomijając rzetelność, sumienność i kilka chwil na zastanowienie się czy aby sklecony naprędce tekst na pewno zachowuje sens oryginalnej wiadomości.

Wspomniane środowisko składa się z osób wykształconych, mających na codzień styczność z nowymi technologiami oraz kreujących nowe trendy w ich użytkowaniu. Jak każda społeczność tak i ta ma określony język którym się posługuje, zestaw skrótów myślowych ułatwiających i przyśpieszających komunikację z innymi członkami. Wysyłają oni do siebie mesydże, tagują się na fejsie, czekinują razem w tym samym spocie i robią masę innych rzeczy podczas których komunikują się ze sobą mieszanką anglojęzycznego żargonu technologicznego z niegramatyczną polszczyzną. Dla osób postronnych słuchających takich konwersacji brzmi to mniej więcej jak pokraczne tłumaczenie pełnych zdań przez translator Google.

Hermetyczność środowiska wyraża się również w tym do jakiej rangi urastają wydarzenia „w internetach”. Deklaracja Steve’a Ballmera o ustąpieniu ze stanowiska wywołuje w internecie poruszenie na miarę sprawy Madzi z Sosnowca, a każde przedpremierowe zdjęcie urządzenia wykonane przez pracownika chińskiej fabryki bądź testera jest sensacją na miarę nowych zdjęć biustu Dżoany Krupy na Pudelku. I na dobrą sprawę tym głównie żywi się ta branża: plotkami, przeciekami informacji i domysłami snutymi przez domorosłych specjalistów. Dzierżący palmę technologicznej wszechwiedzy blogerzy trzymają się jakichś tam standardów które moim zdaniem mają się nijak do standardów które utrzymywane są przez poważne media, a które schodzą na dalszy plan gdy do gry wkraczają reklamodawcy, sponsorzy, darmowe wyjazdy na konferencje oraz najważniejsze: odsłony oraz unikalni użytkownicy.

Poprzez skupienie się na powyższym cierpi to co powinno być najważniejsze: treść. Jest ona przygniatana krzykliwymi i prowokacyjnymi nagłówkami. Kiedy już klikniemy zainteresowani nagłówkiem to 65% – 80% całości stanowi wprowadzenie do tematu mniej więcej od mezozoiku, a potem w pozostałym udziale procentowym szanowny/a autor(ka) prezentuje kilka zdań przetłumaczonego newsa z The Verge albo All Things D. I nie ma co oczekiwać jakichś wzniosłych przemyśleń, czy nawet prawidłowej kompozycji czy daj Bóg stylu, skoro nieodłącznym elementem są błędy i nie tylko te z gatunku „omsknięcie palca na klawiaturze + brak czasu na choćby jedno przeczytanie tego co wypociłem” ale, co gorsza, błędy gramatyczne i ortograficzne które są karygodne i niedopuszczalne dla osoby publikującej cokolwiek czy to w druku czy w formie cyfrowej.

Ale o co cały ten lament? A o to że środowisko pasjonatów systematycznie się powiększa, technologia zaczyna coraz bardziej wpływać na nasze życia co sprawia że coraz więcej osób zaczyna się interesować tą tematyką. I pal licho tych którzy już są „w”, mnie martwi ten nowy narybek, który musi przedzierać się przez gąszcz kalek językowych nagromadzonych w technologicznej polszczyźnie z braku czasu i umiejętności oraz lenistwa osób które mają wpływ na to jak daną technologię bądź urządzenie opisać i nazwać. I jak powszechnie wiadomo złe wzorce językowe utrwalają się bardzo szybko lecz by je naprostować to czasem i dekada nie wystarczy. Może i Polacy nie gęsi ale o technologiach rozmawiać poprawnie po polsku nie potrafią.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement