PRISM nie zniknie, bo czy w czasach Zimnej Wojny ktoś dobrowolnie zrezygnowałby z posiadania bomby atomowej?

Felieton/Technologie 07.06.2013
PRISM nie zniknie, bo czy w czasach Zimnej Wojny ktoś dobrowolnie zrezygnowałby z posiadania bomby atomowej?

Bawią mnie trochę reakcje na rewelacje o PRISM. Nagle z letargu zaczęły wybudzać się osoby, które jeszcze niedawno śmiały się ze mnie, że mam lekką paranoję, że moje teorie spiskowe są przesadzone, a zresztą nawet jak ktoś nasz szpieguje, to co z tego. Otóż, dużo.

Paradoksalnie ulżyło mi, gdy pojawiły się informacje o PRISM. Potwierdziły to, co od kilku lat powoduje, że zaczęłam wątpić w swoją poczytalność. Potwierdziły, że prawdziwa władza znajduje się w internecie i w rękach nie tylko rządów, ale i wielkich, międzynarodowych firm zajmujących się internetem. Jaka władza? Ogromna. Przeogromna!

Nie chodzi nawet o kartoteki z danymi każdego, kto używa usług firm, które współpracują przy projektach typu PRISM (bo że tych jest więcej, idę o zakład, nie tylko w Stanach, ale i pewnie na Bliskim Wschodzie czy mniejsze nawet w Europie), bo te, jeśli ma się możliwości (a Stany Zjednoczone je mają), można stworzyć tak obfite, że Stalin i jego świta nie wierzyliby w swoje szczęście.

Takie wirtualne kartoteki, do których dostarczamy sami dane, ale i w których mogą znajdować się dane, o których nie mamy pojęcia – z milionów kamer w każdym miejscu, z satelit, z GPS-a, z maili, z systemów bankowych, biletowych, zdrowotnych, podatkowych, z rozmów telefonicznych i tak dalej i dalej – to nie tylko narzędzie do uzyskiwania informacji o konkretnych obywatelach. To potężna podwalina do przyszłej broni przeciwko społeczeństwu, a może raczej do jego kontrolowania.

Słowa-klucze: Big Data.

Big Data – termin dotyczący wszelkich aspektów związanych z analizą (często w czasie rzeczywistym) dużych, różnorodnych, szybko zmieniających się zbiorów danych. (wikipedia)

Big Data to narzędzie XXI wieku, bo nigdy wcześniej nie dostarczaliśmy tak niesamowitych ilości danych na własny temat i nie było możliwości ich łatwego przechowywania i analizowania. Dziś są, ekscytują umysły badaczy, antropologów i socjologów, ale również wszystkich, którzy mają zapędy manipulacyjne i władcze.

Choć Big Data wciąż jest we wstępnej fazie rozwoju, to wiemy już mniej więcej, jak wielkie daje możliwości. Borys Musielak z Filmastera powiedział mi, że dzięki danym, które zbiera jego firma na temat filmów, gustów i zachowań widzów możliwe będzie przewidzenie z ponad 90% dokładnością, jaką obsadę powinien mieć film, jaki scenariusz, gdzie powinny być zwroty akcji, by film się „sprzedał”. W skrócie, możliwe będzie stworzenie idealnego filmu za pomocą algorytmów.

Policja z San Francisco na podstawie danych potrafi przewidzieć z czternastodniowym wyprzedzeniem, w jakiej okolicy zdarzy się przestępstwo i zapobiec mu, wysyłając patrole. Na podstawie zachowania klientek sklepów można przewidzieć, które z nich są w ciąży, kto może być złodziejem, a nawet czy i kiedy pary wezmą rozwód.

W ciągu ostatnich 2 lat ludzkość wygenerowała podobno 90% informacji jakie wygenerowała w całej historii. Od informacji o tym, co zjedliśmy na podwieczorek, po dane na temat masowego przemieszczania się w godzinach szczytu w miastach, nastrojach społecznych w reakcji na konkretne wydarzenia, stanie zdrowia, migracji i tak dalej. Praktycznie każdą kategorię nie tylko życia, ale i zjawisk, da się ująć w mniej lub bardziej poprawny sposób w postaci danych.

Big Data ma swoje wady i nie odpowie teraz na wszystkie pytania, ale jest narzędziem coraz mocniejszym, coraz bardziej istotnym w przewidywaniu przyszłości, zachowań, działań i możliwości.

Mówią, że informacje to władza, a to nie do końca prawda.

Umiejętna analiza informacji to prawdziwa władza i dobrze wiedzą o tym rządy oraz gigantyczne firmy, dlatego już teraz budują podwaliny pod przyszłą dominację. Przecież jeśli na każdego da się zbudować ogromną kartotekę szczegółowych informacji o każdym posunięci, a dzięki big data będzie można przewidywać kolejne posunięcia z nawet mocno ponad dziewięćdziesięcio procentowym prawdopodobieństwem, to jest to sytuacja wspaniała!

Społeczeństwo, które można kontrolować, którego prawdopodobne działania można przewidzieć, jednostki, które można prześwietlić w chwilę, brak granic – bo przecież Google, Apple czy Microsoft nie działają wszędzie – to marzenie każdego, kto chce najpotężniejszej władzy.

W całej sprawie PRISM nie chodzi nawet o naruszenie przez amerykański rząd prywatności milionów ludzi z całego świata – kto nie wiedział, że to się dzieje, jest po prostu głupi – ale o budowanie podwalin do stworzenia systemu, który pozwoli na kontrolę ostateczną.

I w zasadzie teraz, gdy nagle cały świat poczuł się zbulwersowany sprawą PRISM, gdy politycy, łącznie z Obamą na czele, mętnie się tłumacząc, potwierdzając, że tak, że wszyscy jesteśmy szpiegowani, mogę powiedzieć to głośno bez obawy, że znów wyzwiecie mnie od paranoika – postępujące ogłupianie i zobojętnianie społeczeństwa połączone z inwazją na prywatność i coraz lepszymi sposobami na analizę danych są zagrożeniem dla wolności obwatelskiej i największą bronią, jaką znaliśmy. PRISM nie zniknie – jeśli, to zmieni nazwę, zostanie ukryty głębiej, zostanie od niego odwrócona uwaga lub po prostu temat zostanie tak wyeksploatowany, że się nim znudzimy. Zapomnimy, jak zawsze.

Nie ma opcji, by projekty gromadzenia jak największej ilości danych z każdej dziedziny zostały porzucone. To tak, jakby Stany Zjednoczone w czasach Zimnej Wojny ogłosiły, że dobrowolnie pozbywają się wszystkich bomb, całej technologii i inżynierów. Uwierzylibyście?

Kiedyś miałam pomysł, by polskie urzędy, uczelnie i inne oficjalne podmioty nie przyjmowały korespondencji przechodzącej przez zagraniczne serwery. Dalej wydaje się Wam taki absurdalny?

Edit: „Kto ile wie o mnie”:

Spiskowa teoria dziejów. I tak nas zawsze śledzą. ZAWSZE.
Czy kogoś naprawdę zdziwiłoby, gdyby na jaw wyszło, że służby bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych i tak mają dostęp do wszystkiego i zawsze? Chyba tylko Amerykanów, którzy jakimś dziwnym cudem mają klapki na oczach. Watergate czy inne afery udowadniały, że w Stanach niekoniecznie wszystko jest jawne. Zresztą, w Europie też. Bliżej mi jakoś uwierzyć, że odpowiednie osoby i komórki mają dostęp do wszystkiego, sobie tylko znanymi sposobami, niż że trzymają się litery ogólnie znanego prawa i z każdym nakazem lecą do sądu.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement