Magiczna latarnia Canona

Felieton/Foto 05.06.2013
Magiczna latarnia Canona

Właśnie nastąpił cud techniki – odżył pięcioletni aparat fotograficzny. Nagle zaczął nagrywać video! Jakby nagle nasz stary laptop zaczął wyświetlać filmy 3D albo parzyć kawę.

Fotograficzny świat obiegła wiadomość, że stosunkowo stara, bo z 2008 r. amatorska „lustrzanka” Canon 50D, uzyskała funkcję nagrywania video. I to tylko dzięki nowemu oprogramowaniu. Niestety, bez dźwięku, bo aparat mikrofonu nie posiada, a stworzenie go programowo na razie przekracza możliwości fotograficznych hackerów. Podobnie jak przekroczenie prędkości światła.

Ta rewitalizacja możliwa była nie dzięki samemu producentowi, czyli Canonowi, ale niezależnemu projektowi Magic Lantern. W ramach Latarni Magicznej programiści od kilku lat wymyślają sposoby, jak z lustrzanek Canona wycisnąć więcej, niż zrobił to on sam. I jeszcze za darmo, co już powinno być wystarczająco irytujące dla producenta.

Początkowo „magicy” koncentrowali się przede wszystkim na rejestracji video. Bo to od kilku lat niezwykle smakowita umiejętność „lustrzanek” Canona. Tu na scenę dumnie wkracza „lustrzanka”, od której to wszystko się zaczęło. To profesjonalny, drogi model Canon 5D mark II – w odróżnieniu od wspomnianego na wstępie amatorskiego i relatywnie taniego Canona 50D. Właśnie dzięki Canonowi 5D mark II rozpoczęła się rewolucja w nagrywaniu video. Do dziś pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobił na mnie nakręcony przez Vincenta Laforeta filmik „Reverie”, prezentujący filmowe możliwości aparatu.

To pierwsza „lustrzanka”, która okazała się bardzo dobrą kamerą. Przede wszystkim za sprawą dużej, pełnoklatkowej matrycy. Znacznie większej, niż te w popularnych kamerach video. Canonowska matryca w połączeniu z jasną optyką potrafiła zarejestrować obraz o płytkiej głębi ostrości – coś zupełnie nieosiągalnego dla tanich kamer video. Nagrywała ostro zarysowane postaci głównych bohaterów i odpowiednio rozmyte tło. To w filmie – podobnie jak w fotografii – ważna cecha dobrego obrazu: skupienie uwagi widza na kluczowym elemencie sceny. Wystarczy obejrzeć dowolny hollywoodzki film albo polski, o ile jego budżet przekroczył sto złotych. Zanim jednak pojawił się Canon 5D mark II takie rzeczy potrafiły tylko profesjonalne filmowe kamery, wielokrotnie droższe od japońskiej „lustrzanki”. I znacznie większe, co też nie jest bez znaczenia.

Canon 5d mark II był jednak równie wygodny do filmowania jak nóż do wbijania gwoździ. Niezależni programiści dość szybko zorientowali się, że sporo można usprawnić. W ramach Magic Lantern powstało oprogramowanie, które między innymi pozwoliło na ręczne sterowanie poziomem nagrywanego dźwięku. Do tej pory aparat robił to automatycznie, co mogło prowadzić do „przesterów”. Żeby było jeszcze cudowniej, usprawnienia nie wymagały bezpośredniej ingerencji w firmware aparatu – alternatywne oprogramowanie rezydowało na odpowiednio przygotowanej karcie pamięci.

Być może jednak najbardziej zaskakującym „udoskonaleniem”, przygotowanym przez lata działalności Magic Lantern, jest właśnie to, co w ostatnich dniach programiści zrobili z Canonem 50D. Przecież ten aparat w ogóle nie nagrywał video! Producent nie przewidział takiej możliwości! Chyba że o niej zapomniał albo nie wiedział, co jest równie prawdopodobne jak to, że jutro zacznie rozdawać swoje aparaty za darmo.

Raczej możliwy jest inny wariant: już wówczas, pięć lat temu, wykorzystanie w pełni hardware Canona 50D pozwoliłoby na sprzedawanie dość taniej „lustrzanki” z możliwościami nagrywania video – o ile tylko w korpus wbudowano by mikrofon. Producent być może jednak uznał, że na razie bardziej opłaca mu się handlować tylko znacznie droższymi „lustrzankami” z możliwością kręcenia filmów. Przełomowego, profesjonalnego i drogiego Canona 5D mark II zaprezentowano we wrześniu 2008 r., miesiąc po premierze stosunkowo taniego, amatorskiego Canona 50D.

Żeby jednak oddać sprawiedliwość samemu producentowi, trzeba przyznać, że on sam również od jakiegoś czasu oddaje do rąk użytkowników nowe oprogramowanie, które za darmo ulepsza sprzęt. Tak było z zeszłorocznym firmware w Canonie 7D. Pozwolił na przykład zwiększyć liczbę zdjęć w serii, zanim się zapełnił bufor. Umożliwił „wywoływanie” raw-ów bezpośrednio w aparacie. Dzięki temu Canon 7D złapał drugi oddech i na dłużej stał się atrakcyjnym towarem na sklepowych pólkach. A przy okazji Canon podniósł rękawicę rzuconą przez Magic Lantern.

PS

Generalnie mam wrażenie, że dałem się sprytnie wmanewrować w fotografię cyfrową. Rzeczywiście oszczędzam sporo pieniędzy na filmach, których nie muszę już kupować. Głównie jednak po to, żeby wydać jeszcze więcej na nowy aparat. W analogowym świecie bez fotograficznych nowości można było żyć znacznie dłużej.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – goo.gl/ZaNek Empik – goo.gl/UHC6q oraz Amazon – goo.gl/WdQUT oraz Apple iBooks – goo.gl/5lCGN

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement