Piotr Lipiński: MÓZG MI OSZALAŁ, czyli nie lubię Facebooka

Felieton/Technologie 11.04.2013
Piotr Lipiński: MÓZG MI OSZALAŁ, czyli nie lubię Facebooka

Przepraszam, nie jestem Napoleonem. Nie potrafię robić kilku rzeczy na raz. Na dokładkę co chwilę innej. A świat uparcie tego wymaga. Zmusza, żebym myślał inaczej, niż mój pradziadek, a nawet ojciec.

Prezentacja Facebooka Home i rocznica premiery pierwszego telefonu komórkowego – to najkrótsze podsumowanie ubiegłego tygodnia. Pierwsza „komórka” ważyła ponad kilogram, a Facebook Home nie waży nic, bo to program. Znajdzie się jeszcze parę różnic, ale oba te wydarzenia i „urządzenia” spinają symboliczną klamrą okres, kiedy ludzki umysł zaczął działać inaczej. Nagle mu odbiło i zamiast zajmować się tym, co najważniejsze, co chwilę skacze do tego, co najświeższe.

Nastała epoka, kiedy istotne jest to, co ostatnie

Ostatni telefon, ostatni mail, ostatni SMS. Dostając najnowszy komunikat rzucam poprzednie zajęcie i koncentruję się na nowym. Do czasu, aż nadejdzie kolejny „news”. Jeśli zaś zlekceważę wezwanie, to czuję męki piekielne, jakbym popełnił śmiertelny grzech zaniechania. Zaznaczam więc chociaż „do załatwienia” – co już na chwilę odrywa mnie od bieżącego zajęcia, tracę koncentrację i wszystko mi się miesza. Wspominałem chyba, że nie jestem Napoleonem?

Dawniej życie toczyło się prosto – mężczyźni wychodzili upolować zwierzynę, a kobiety wkładały ją później do gara. Mężczyźnie celującemu w łeb lwa nie dzwoniła nagle „komórka”. Kobiecie odmierzającej sól nikt w głowie nie mieszał emailem. Ale potem zaczęła się technologiczna rewolucja, odezwała się pierwsza „komórka” i ludzkie myślenie przestało być linearne, a stało chaotyczne.

Początkowe objawy tego dziwactwa poczułem, kiedy w moim życiu pojawił się pager. W Polsce umarł zanim się jeszcze na dobre narodził, za to stał się ulubionym gadżetem w amerykańskich serialach.

Dostawałem komunikat na małym ekraniku, że ktoś chce się skontaktować, więc pędziłem do najbliższej budki telefonicznej i oddzwaniałem. Choćbym miał akurat coś ważniejszego na głowie. Było to dość rozpraszające. Na przykład kiedy nocną porą zbierałem materiał do reportażu o erotycznym klubie „Cats”, żona dopytywała za pomocą pagera: „Czy aby nazbyt się nie przepracowujesz?”.

Skoro jednak redakcja wyposażyła mnie tak nowocześnie, to powinienem się podporządkować – uznałem. I jeśli ktoś używa tego pikającego pudełeczka w celu skomunikowania się ze mną, to musi mieć poważną sprawę. Tak poznałem na czym polega elektroniczna smycz.

budka telefoniczna

Szaleństwo przyszło jednak razem z „komórkami”

Dawno, dawno temu, ale jednak w tej galaktyce, pisałem reportaż o WAP-ie (wizjonerom wówczas wydawało się, że z Internetu da się korzystać na czarnobiałym ekranie wielkości znaczka pocztowego). Umawiałem się na spotkania ze specjalistami od GSM-u. Z zaskoczeniem odkryłem, że rozmówcy po kilka razy przekładali terminy. Nigdy wcześniej nie zdarzyła mi się taka seria. Owszem, czasem ktoś zmienił datę albo godzinę, ale było to równie rzadkie, jak niebieska trawa.

Wyjaśnienie wydawało się proste – wszyscy rozmówcy mieli swoje „komórki” i numer „komórkowy” do mnie. Od przełożenia spotkania dzieliło ich 9 cyfr i parę słów. Cóż za cudowny świat, w którym kogoś można zawrócić w pół drogi na rozmowę!

Przy wykorzystaniu telefonu naziemnego była to zdecydowanie bardziej skomplikowana operacja. Poważnie. Choć dziś trudno w to uwierzyć. Dlatego przypomnę krok po kroku, jak to się działo.

Każdy kilka razy się zastanowił, zanim zmienił termin spotkania. Odnalezienie mnie pod redakcyjnym, stacjonarnym numerem, równało się wygranej w Totolotka. A przekazanie informacji przez sekretarkę – zanim pojawiły się pagery i „komórki” – też trwało wiele godzin. „Komórka” pozwoliła dowolnie demolować plan dnia, żeby najpierw zająć się tym, co akurat wylądowało na biurku.

Facebook Home to kolejny pomysł na odwrócenie uwagi od tego, co istotne

Kilka lat temu Facebook zaczął pożerać sieć, wpuszczając na cudze strony swojego wirusa o nazwie „Like”. Dziś zamierza zawładnąć też naszą realną codziennością. Chcesz sprawdzić w kalendarzu, co na dziś zaplanowałeś? Sięgasz po smartfona i bum – najpierw atakuje cię fotka cioci Zosi. No dobra, tapnę, żeby „zlajkować”, może ciocia z wdzięczności upiecze ciasto. Jurek zaczepia, co słychać. Obgadujecie wczorajszą imprezę. Mniej więcej po godzinie orientujesz się, że telefon wziąłeś do ręki tylko po to, żeby sprawdzić, czym miałeś się dzisiaj zająć. Wygrywa – jak zwykle – Facebook. Rośnie średni czas spędzany w serwisie – parametr, który robi wrażenie na reklamodawcach. A my czujemy się tacy nowocześni i mobilni jak piłka waląca o ściany podczas squasha.

likefb

Nie chcę wchodzić w rozważania na temat poczucia czasu w różnych kulturach, bo to sprawa dla antropologa. Ciekawe jednak, czy smartfony wpłynęły na ludzi, żyjących dotąd zgodnie z hasłem, że wszystko zostanie załatwione „maniana”, czyli jutro. Albo „inshallah”, czyli jak Bóg pozwoli.

Ja w każdym razie czuję się osaczany przez pikające urządzenia – zaczynam się gubić, co do mnie mówią. iPhone z Nexusem ścigają się, który szybciej powiadomi o nowej poczcie – pewnie zależy to od fazy Księżyca. A ostatni w peletonie nie chce być też zwykły komputer. Mógłbym w którymś z tych urządzeń wyłączyć dźwięki, ale nie zawsze wszystkie pikadła mam ze sobą i nie chce mi się co chwilę zmieniać konfiguracji.

Ostatnio przez kilka minut szukałem maila, który zabrzęczał gdzieś na biurku. Po wnikliwym śledztwie okazało się, że to nie mail, tylko wiadomość z Facebooka, która co prawda się odezwała, ale za chwilę gdzieś tam schowała. Jak żyć, Facebooku, jak żyć?

Powinienem elektroodgłosy dokładniej przypisać konkretnym zdarzeniom – zaproponuje fachowiec od organizacji czasu. Będzie tylko gorzej – odpowiem, bo już teraz na te dźwięki reaguję jak pies Pawłowa.

W cyfrowym świecie jest jednak jedno urządzenie, które wycisza cały ten zgiełk

I nie jest to wcale guzik z napisem on/off. To czytnik ebooków.

Dlaczego na Kindle czyta się książki lepiej niż na tablecie? Czy to tylko kwestia przyjemniejszego dla oka ekranu? Sądzę, że wątpię.

Czytając na Kindle nasza wyobraźnia koncentruje się na istotnych sprawach, czyli na tym jednym, opisywanym świecie. Walczymy ze smokami, skradamy w cieniu Wielkiego Chińskiego Muru, albo oddajemy w objęcia pana Greya. I Kindle nam w tym nie przeszkadza. Sięgając po tablet jesteśmy co chwilę brutalnie wyrywani z tego interesującego świata przez powiadomienia o mailach, facebookach, tweetach. I tracimy kontakt z panem Greyem.

Można to wszystko w diabły wyłączyć. Albo wyjechać do lasu, gdzie sieć nie ma zasięgu. Tyle że z życia wśród drzew trudno się utrzymać, o ile nie jest się leśniczym, kłusownikiem albo małpą w zoo.

Pozostaje adaptacja do chaotycznego świata. Jeśli więc słyszysz z drugiego pokoju: – Kochanie, w telewizji mówią, że ten pulchny młodzieniec z Korei obiecał podesłać nam kilka rakiet, to nie musisz od razu rzucać wszystkiego. Przynajmniej dopóki nie jesteś prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – goo.gl/ZaNek Empik – goo.gl/UHC6q oraz Apple iBooks – goo.gl/5lCGN

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement