Nintendo w Polsce? Nie ma takiego pojęcia, może będzie

Artykuł/Gry 12.02.2013
Nintendo w Polsce? Nie ma takiego pojęcia, może będzie

Miałem w tym miejscu opisywać ostatnie nowości ze stajni Nintendo, ale promowanie japońskiej firmy i ich produktów w Polsce nie ma najmniejszego sensu. Większość z Was nigdy nawet nie zobaczy namiastki tych gier na sklepowych półkach, a najwięksi fani, żeby je zdobyć, umęczą się bardziej niż Frodo przez trzy tomy Władcy Pierścieni. 

Wszystko dlatego, że choć od oficjalnego wejścia Nintendo do Polski minęły już prawie 3 lata, jej działania na lokalnym rynku zasługują na coś na kształt „złotej maliny” w kategorii public relations i marketingu. Firma nie tylko nie nawiązała z graczami żadnej istotnej więzi, nie tylko miała w nosie dobrze funkcjonującą dystrybucję swoich własnych gier czy konsol, ignorowała nawet branżową prasę, która była jej ostatnią nadzieją i szansą na zaznaczenie swojej obecności w kraju. Choć Sony i Microsoft nie rozpieszczali polskich graczy, dość wspomnieć ile czekaliśmy na lokalną wersję wciąż nieco upośledzonego Live’a, to pod względem traktowania naszego rynku i jego uczestników, na tle japońskiego konkurenta, śmiało można by było ich przytulić i przybić piątkę.

Aż trudno uwierzyć, że Nintendo od lat znajduje się w wielkiej trójce producentów konsol, jest niemalże monopolistą wśród producentów gier na swoje urządzenia, a na rynku tym funkcjonowało od lat i to jeszcze w czasach gdy Bill Gates modlił się, żeby Windows w ogóle odpalił, a w głowie mu zupełnie nie było konstruowanie jakiegoś tam Xboksa. Mowa o rynku, który wprawdzie przez długi cień słynął z pecetowego konserwatyzmu, ale zarazem na rynku znanym jako miłujący nowinki technologiczne, otwartym na wszelkie nowości, o długiej tradycji w świecie gier i wreszcie – o blisko czterdziestomilionowym narodzie posługującym się jednym językiem w jednym z najszybciej rozwijających się państw nie tylko regionu, ale i całej Unii Europejskiej.

To nie jest tak, że cały świat fanatycznie kocha Nintendo. To przede wszystkim wielki bastion w Azji, który jednak ma siłę samopopularyzacji dzięki serwowaniu w swoich konsolach innowacyjnych technologii. Nintendo Wii było trochę inne niż Playstation 3 i Xbox 360, Nintendo DS poszło w innym kierunku niż Playstation Portable, a i wydane jakiś czas temu Wii U raczej nie znajdzie naśladowcy w konkurencyjnych platformach. Z tego względu na zachodzie konsole Nintendo często wybiera się jako ten „dodatkowy” gadżet. Polakom takiej szansy się nie daje, ponieważ jeśli nawet wejdą w posiadanie konsoli, to zdobycie atrakcyjnych gier często zmusza do zakupów za granicą lub ewentualny akt łaski ze strony bardziej zaradnego sklepu. O powszechności i prężności rynków Xboksa i Playstation nie może być jednak mowy.

nintendo-fb

Warto przy tym zauważyć, że nieprawdą jest stwierdzenie, że Nintendo kiedykolwiek było tak naprawdę w Polsce. Koncern starając się rzucić Polakom „ochłap” swojego zainteresowania, zatrudnił zewnętrzną firmę – i to z Austrii – Stadlbauer. Współpraca trwałą przez kilka lat, a jej skutki były – delikatnie mówiąc – opłakane. Oficjalny facebookowy fanpage Nintendo Polska powinien być prezentowany jako przykład źle prowadzonego fanpage’a. Wiecie, internet zniesie wszystko, w tym jednak wypadku mówimy o sytuacji gigantycznej w skali świata firmy, która aspiruje do miana naprawdę poważnego gracza – choć jeśli jakiś Polak mi w to nie wierzy, to trudno go za to winić.

Stadlbauer rozprowadzał w naszym kraju ułamek wszystkich tytułów Nintendo, w większości wypadków nie decydując się nawet o promocję. Ot, rzucając je na sklepowe półki, tak jak rzucałoby się – powiedzmy – papier toaletowy, gdyby nie fakt, że – mimo wszystko – każdy z nas potrafi zanucić „miękki jak aksamit”. Firma miała w nosie wiele fanowskich stron o Nintendo, a nawet te największe media traktowała często z poważną nonszalancją. Ktoś mógłby powiedzieć, że to dobrze, a zbyt bliskie relacje dystrybutora i dziennikarzy rodzą dodatkowe niebezpieczeństwa. Święta prawda, jednak w przypadku w zasadzie braku jakichkolwiek stosunków, dziennikarze nie mieli nawet skąd czerpać wiedzy na temat aktualnych premier, wyników sprzedaży w Polsce (raporty nie były publikowane), a o jakości samych gier mogli sobie co najwyżej poczytać na GameSpocie, bo o namacalnym kontakcie nie mogło być mowy. Egzemplarze recenzenckie? Pół biedy, ale przecież wielu tych gier dziennikarz nie mógł sobie w sklepie nawet kupić. Czego by nie mówić o złych nawykach wydawców i prasy o grach, sytuacja z Nintendo była patologiczna i to wyłącznie z winy Stadlbauer.

Stadlbauer będący zresztą swoistym redystrybutorem gier Nintendo na Polskę, był sytuacją niezdrową także dla cen tych gier, dlatego większość z nich – nawet lata po premierze – wciąż stoi w miejscu. Jeśli zaś pojawiały się jakieś promocje – najczęściej działo się tak w wyniku rynku wtórnego lub sklepów, które w miarę możliwości wietrzyły magazyny, biorąc zresztą ciężar tej promocji raczej na siebie niż japońsko-austriacki tandem. Nintendo wprawdzie miało jakąś specjalistkę od wizerunku, której współczuję trudnego zadania zawodowego, bo przy większości zadawanych pytań bezsilnie rozkładała ręce z odpowiedzią, że góra tak chciała.

Mój sąsiad uczy się w podstawówce i w zeszłym roku nauczył się HTML-a. Ma taką stronę, na którą lubią sobie od czasu do czasu zaglądać (a zapraszał mnie z wielkim entuzjazmem) dla pośmiania się jego z pierwszych podrygów w sieci. Kiedyś napisał jak bardzo nienawidzi się uczyć, a potem popsuł mu się komputer, wyjechał na wakacje i kolejną aktualizację ze zdjęciami kota dodał chyba w okolicy listopada. To wciąż wygląda lepiej niż strona Nintendo Polska, gdzie jakiś niewidoczny duszek podmienia wprawdzie czasem grafiki na nowsze, ale próżno tam szukać wartościowych i aktualnych informacji. Wydaje mi się też, że sąsiad wspominał na swojej stronie coś o konsoli Wii U, nintendo.pl chyba nadal nie jest jeszcze gotowe na takie rewelacje.

nintendostrona

Reasumując fakty, Nintendo ma w nosie blisko czterdziestomilionowy naród, który przeżywa właśnie najpewniej najszczęśliwszy okres w całej swojej historii, bogaci się i chce wydawać pieniądze na takie zbytki jak gry i konsole. Wejście firmy do Polski nie związało się z żadnymi konsekwencjami, a ją samą reprezentował niezbyt udolny austriacki dystrybutor, który zapewniał mało premier, fatalną promocję i brak nawiązania minimalnej więzi z ewentualnymi fanami. To cud, że w Polsce wciąż jest tych kilkuset w porywach do kilku tysięcy śmiałków, którzy swojej przygody z japońską firmą nie zakończyli na GameBoyach.

Jedyny pozytywny akcent w tej historii to to, że dosłownie przed kilkoma dniami Nintendo ostatecznie zrezygnowało z usług Stadlbauera i szuka właśnie nowego reprezentanta, rozmawiając między innymi z polskimi firmami. Być może stanie się to dobrym krokiem w kierunku ostatecznego rozwiązania tego upokarzającego polskich graczy problemu, choć zmiany na nic się nie przydadzą, jeśli „góra” nie wyposaży się wreszcie w odrobinę dobrej woli.

Jest jeszcze jedna kwestia. Choć Playstation 3 było konsolą droższą od Xboksa 360, a my jesteśmy narodem, który lubi promocje, to jednak bastion zwolenników czarnulki jest nad Wisłą zaskakująco duży. To efekt tego, że przez ostatnie dekady wychowywali się oni najpierw na Playstation, a potem na Playstation 2. Czy po latach dominacji rynku przez duet Sony-Microsoft, Nintendo (zakładając cud i wizerunkową rewolucję) będzie w stanie łatwo i szybko przekonać do siebie graczy? Czy może być mowa o sentymencie z czasów Gameboyów i podrabianego Pegasusa? Moim zdaniem nie i nawet mnie to nie smuci. Była zbrodnia, musi być kara.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement