Piotr Lipiński: MÓJ PIERWSZY RAZ Z INTERNETEM, czyli zanim wymarły dinozaury

23.01.2013
Piotr Lipiński: MÓJ PIERWSZY RAZ Z INTERNETEM, czyli zanim wymarły dinozaury

I po co komu cały ten Internet? Przecież nie ma w nim niczego użytecznego – mógłby pomyśleć ktoś dwadzieścia lat temu. Czyli wtedy, gdy pierwszy raz zobaczyłem sieć. Ja jednak zapałałem miłością głęboką i jak na każdą miłość przystało – całkowicie niezrozumiałą. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Internet, poczułem, że mój świat już nigdy nie będzie taki sam. Wszystko się zmieni, ludzie zakończą wojny, a kosmici przestaną spiskować z rządem Stanów Zjednoczonych.

Dzień właśnie budził się do życia, czyli była jedenasta w południe. Wstałem wściekły, bo mój kolega – dokładnie Leszek K. Talko, niech go sieć wreszcie napiętnuje – spóźniał się okropnie. Zamierzaliśmy pojechać na pierwsze spotkanie z owym Internetem, małą albo dużą literą pisanym. Byliśmy umówieni w Instytucie Fizyki na Hożej w Warszawie, gdzie już sieć dobrze znali nie tylko z opowieści, ale i z praktyki. Prawdopodobnie fizycy wybierają ten kierunek studiów, bo pierwsi mogą bawić się nowymi gadżetami elektronicznymi typu Internet albo akcelerator cząstek. Dziennikarze zaś – czyli ja i ów okropny Talko – zostają nimi ponieważ mogą późno wstawać i nie muszą się znać na niczym.

Pomaszerowałem do najbliższej budki telefonicznej – ten szczegół służy oddaniu faktu, że działo się to w epoce brązu bądź też w trzeciorzędzie, w każdym razie w czasie, kiedy jeszcze nie było telefonów komórkowych. Kulturalnie nawrzeszczałem na kolegę. Miałem do tego pełne prawo, bo drzwi w pobliskim komisariacie były już otwarte, czyli z pewnością od dawna panował dzień. Na noc policjanci ze strachu zamykali się od środka. Ten szczegół dla odmiany odkrył Mariusz Szczygieł, z którym w owych latach wynajmowałem piętro w domu pewnego starszego pana – niedawno przeprowadziłem się z piwnicy na owo piętro.

Leszek K. Talko oczywiście zaspał i rzecz jasna nie widział w tym niczego zdrożnego. Po jakimś czasie wreszcie dotarł do mnie swoim fiatem 125p, który chwilowo służył do przewozu zaledwie dwóch osób, bo tylne siedzenia przywaliła moja makulatura. Przeprowadzając się z piwnicy na piętro postanowiłem wyrzucić stare gazety, to znaczy zapakowałem je do auta kolegi Talko, a on miał się ich pozbyć na śmietniku. Tylko jakoś mu się nie chciało i jeździł z nimi już od kilku miesięcy, dzięki czemu nigdy nie brakowało mu lektury. Aż mu wreszcie ukradli kierownicę od samochodu i w ogóle przestał jeździć. Ale to już było w zupełnie innej epoce, chyba na świecie pojawiły się nawet procesory Pentium.

W każdym razie dotarliśmy do fizyków i siedzieliśmy przed monitorem pokazującym cały ten Internet.

Wrażenie było, hmm, takie sobie. O ile pamiętam, to na ekranie wyświetlała się mapa Polski, były tam jakieś punkciki. Może węzły sieci? Albo miejsca nawiedzane przez duchy? Jak ktoś wie, niech da znać w komentarzach.

Ponieważ nie takie rzeczy już w życiu oglądaliśmy – ja na przykład widziałem krowę z dwiema głowami – znakomicie robiliśmy mądre miny. Internet wówczas wydał mi się piękną i całkowicie niezrozumiałą dziewczyną. Czyli taką w sam raz, aby się zakochać. Sieć kusiła mnie jak tajemnicza kobieta. Mamiła niejasnymi obietnicami.

Popstrykaliśmy coś w tym Internecie, po czy wróciliśmy do „Gazety Wyborczej” na obiad.Tymczasem okazało się, że niczego pisać nie musimy, bo zrobił to już ktoś inny. A po diabła poważnej redakcji dwa teksty o czymś tak bezużytecznym, jak Internet.

Jakiś czas później Internet zawędrował do mojego redakcyjnego komputera. Odbyło się to w ten sposób, że przyszedł informatyk, coś podłączył, postukał w klawiaturę i powiedział: gotowe. Mniej więcej z równym przejęciem, jakby zreperował drukarkę.

Działo się to z pewnością gdzieś w pierwszej połowie lat 90., ale kiedy to opowiadam, czuję się jak staruszek, któremu mylą się daty, szczegóły oraz żony.

Jak na świeżego Internautę przystało zajrzałem na stronę, od której wielu zaczynało, czyli na Playboy.com.

Witryna ładowała się niemiłosiernie długo, gdyż dominowały zdjęcia, a nie tekst. Do obsługi służyła bodajże przeglądarka Netscape a nie jakiś Internet Explorer, ponieważ w owych czasach Microsoft sądził o Internecie to samo, co Apple później o drugim przycisku myszy – że są niepotrzebne.

Ale właśnie wtedy odkryłem, że w sieci jest coś pożytecznego – erotyczne obrazki. Co w zasadzie wieszczyło, że w Internecie kryje się ogromny potencjał, który tylko czeka na uwolnienie. Tak mnie to wciągnęło, że nawet napisałem reportaż o seksie w sieci. Nieskromnie dodam, że był to prawdopodobnie pierwszy tekst w rodzimej prasie, w którym padło spolszczone określenie „mejlować””. Z czego nic nie wynika, bo ten rodzaj pisowni i tak nie przyjął się.

Zaczęło się przeglądanie stron z oprogramowaniem, ściąganie, instalowanie i testowanie. Przez mój komputer przeszły setki – co ja mówię setki, pewnie były ich tysiące – nowych i całkowicie zbędnych programów. Pewnie ze sto do przeglądania grafiki, z pięćset gier i znowu ze sto klientów poczty.

Owładnęła mną ta mania z niejasnych powodów. Kiedyś komputery w ogóle mnie nie interesowały. Gdy w 1990 r. – w mojej epoce przedinternetowej – napisałem pierwszy tekst dla „Gazeta Wyborczej”, jej redakcja szczyciła się tym, że nie miała ani jednej maszyny do pisania. Życie dziennikarza było wówczas ciężkie, bo większość pracowała właśnie na maszynach, które nie posiadały opcji „kopiuj-wklej”. A „Wyborcza” miała już komputery. Tylko trzeba było ustawić się w kolejce do któregoś, żeby przepisać swój materiał. Podobne „ogonki” tworzyły się także do nielicznych telefonów, bo „Gazeta” mieściła się w lokalu po żłobku. A przecież dzieci nie potrzebowały dużo linii telefonicznych.

Pewnego dnia postanowiłem kupić komputer. Było to ściśle związane z faktem, że ożeniłem się, dostałem od koleżanek i kolegów przemalowaną na różowo „Syrenkę” (taki samochód, który już wówczas uchodził za zabytek) oraz dowiedziałem się, że żonaty mężczyzna powinien częściej bywać w domu. A jak już kupiłem komputer, to okazało się, że ten dość często się psuje. Moja redakcyjna znajoma ukuła tezę, że czas, jaki oszczędzamy dzięki komputerom, poświęcamy na ich naprawę i konfigurację.

Postanowiłem zostać samowystarczalny, bo najbliższy informatyk znajdował się w odległości 60 kilometrów ode mnie.

Do dziś czuję dreszcz podniecenia, gdy samodzielnie instalowałem kartę dźwiękową Gravis Ultrasound. Wciąż pewnie w piwnicy leży dyskietka ze sterownikami. Za jakieś 10 lat oprawię ją i powieszę na ścianie.

Tak jak nasi ojcowie grzebali w gaźniku samochodu, tak wielu chłopców z mojego pokolenia polubiło mieszanie w komputerze. Świat podzielił się na dwie grupy – tych, którzy uwielbiali zmienianie wnętrzności komputera i tych, którzy zakochali się w testowaniu oprogramowania. Cała reszta to były dziewczynki, które nie lubiły komputerów, bo te występowały tylko w jednym, szarobeżowym kolorze.

Do czego służyły komputery w redakcji „Gazety Wyborczej”? Pracoholikom – do pracy, a reszcie do gier. Teraz nastąpi moja słodka zemsta za to poranne spóźnienie się na oglądanie Internetu. Otóż kiedyś wyjeżdżając na urlop zostawiłem kolegę Leszka K. Talko usiłującego przedrzeć się przez jakiś okrąg w „Indiana Jonesie”. Kiedy wróciłem po dwóch tygodniach, tkwił w tym samym miejscu. Bardzo mu współczułem, bo ów Leszek K. Talko odkrył straszną prawidłowość, że w pracy nic tak nie męczy, jak udawanie, że się pracuje. Ja na urlopie wypocząłem i mogłem skupić się na nowej grze.

Czasami komputery służyły do bardziej twórczych zadań.

Na przykład pisania bat-ów, które wykonywały bezsensowne rzeczy. Pewnemu koledze napisaliśmy takiego bat-a, że po uruchomieniu komputer wysyłał do całej sieci wyznania miłosne, a następnie wyłączał się. Uważaliśmy, że to bardzo zabawne, jedynie kolega był odmiennego zdania. Ale on kiedyś poproszony, aby wyłączył komputer z redakcyjnej sieci po prostu podszedł do gniazdka z prądem i wyciągnął z niego wtyczkę. Słynął zresztą z wielu technologicznych patentów. Ponieważ na potęgę kradziono wówczas samochody, każdy musiał mieć autoalarm. Ale kolega uważał, że w jego mieście nikt mu auta nie ukradnie – bo był znanym dziennikarzem – a jak wyjeżdżał do stolicy, to jako autoalarm zostawiał w wozie rodziców.

O ile komputery od początku do czegoś się przydawały – bo między wstukiwanie tekstów można było na nich pograć – tak Internet niestety nie nadawał się do niczego. Cudownym wynalazkiem wydawał się mail, docierający do odbiorcy na drugim końcu świata po kilku sekundach – a przecież jeszcze niedawno, żeby zadzwonić za granicę, trzeba było zamówić rozmowę i czekać kilka godzin. Cóż z tego, skoro nie było do kogo mailować. Z poczty elektronicznej korzystali przede wszystkim informatycy, a ich wewnętrzne przeżycia koncentrowały się na wnętrznościach najbliższej maszyny. Żyć z pisania o nich zupełnie się nie dawało. Wówczas jeszcze określenie Internauci miało sens, bo dotyczyło tylko niektórych, a nie jak dziś całej masy ludzi.

Prawdziwy przełom nastąpił w momencie, kiedy w Internecie pojawili się ci, którzy nie byli informatykami, a ogrodnikami, księgowymi albo poetami. Jakoś tak pod koniec ubiegłego stulecia. Nie stało się to oczywiście z dnia na dzień, ale w reporterskiej pracy dało się zauważyć – adres emailowy miało coraz więcej osób, od których można było dowiedzieć się czegoś ciekawszego, niż parametry nowej płyty głównej. Na pewno przełomem był 0202122, czyli numer dostępowy Telekomunikacji, który stał się mostem, po którym zwykli ludzie dostawali się do współczesnej ziemi obiecanej.

Po drodze było mnóstwo pierwszych razów.

Pierwsze zakupy w amerykańskim Amazonie, pierwsze na eBayu. Pierwszy komunikator ICQ, czyli I seek You. No i wirusy, wirusy, wirusy. Z nieco dziwnego tworu Internet stawał się użytecznym narzędziem. I już niedługo dzięki sieciowym sklepom nie trzeba było wychodzić z domu, żeby pozbyć się naszych pieniędzy.

Ten przydługi wstęp służy jednemu celowi – zaproponowaniu, aby Szanowni Komentatorzy opisali swój pierwszy kontakt z siecią. Moglibyśmy w ten sposób stworzyć historyczne źródło dla pokoleń, dla których sieć jest czymś tak naturalnym, jak prąd w gniazdku i Tomasz Lis w telewizji. Bo od pierwszego kontaktu z siecią nasze życie zmieniło się bezpowrotnie, ale dostrzec to może tylko ten, kto pamięta dinozaury i żył w epoce przedinternetowej.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – http://goo.gl/ZaNek Empik – oraz Apple iBooks – http://goo.gl/5lCGN

źródło grafiki: news.cnet.com

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement