Piotr Lipiński: KONIEC PAPIEROWEGO ŚWIATA, czyli czemu Majowie mieli jednak rację

09.01.2013
Piotr Lipiński: KONIEC PAPIEROWEGO ŚWIATA, czyli czemu Majowie mieli jednak rację

31 grudnia 2012 r. – warto zapamiętać tę datę. To koniec świata, jaki znamy od prawie pięciuset lat. Świata papierowej prasy.

W grudniu ubiegłego roku po raz ostatni ukazało się drukowane wydanie amerykańskiej edycja „Newsweeka”. Jeden z najbardziej znanych na świecie tygodników będzie od tej pory ukazywać się w USA tylko w wersji cyfrowej. Może więc rok 2012 może znajdzie się w podręcznikach historii jako symboliczna data, oznaczająca koniec pewnej ery. Być może Majowie w pewnym sensie mieli rację!

Oczywiście, w przypadku prasy droga od papieru do bitów to nie rewolucja, a ewolucja. Nie łudźmy się, że już w tym roku czytelnicy „Teletygodnia” zaczną cieszyć się elektroniczną prasą. Mimo promocji w „Biedronce” jeszcze przez wiele lat tablet nie stanie się czymś tak popularnym jak szczoteczka do zębów. Mówiąc serio: równie powszechnym jak telefon komórkowy. A dopiero wtedy możemy spodziewać się gwałtownego odwrotu polskich wydawców od papieru.

Tymczasem przypomnijmy sobie, jak w ostatnich latach Internet zmienił świat mediów. Niekoniecznie na lepsze.

Kryzys w „papierze” jest bolesny. „Gazeta Wyborcza” w szczycie popularności drukowała niekiedy milion egzemplarzy dziennie. Obecnie ukazuje się ich prawie cztery razy mniej. Spadkowy trend odnotowują wszyscy – od lewa do prawa. Krzywa obrazująca nakłady drukowanej prasy wyraźnie zmierza do zera.

Ale konkurowanie płatnego „papieru” z darmową siecią spowodowało nie tylko znaczący spadek przychodów tradycyjnych wydawców. Co gorsza, „zepsuło” też jakość dziennikarstwa. W ciągu ostatnich lat znacząco skróciły się teksty w drukowanych czasopismach. Prasa próbowała w ten sposób upodobnić się do portali internetowych, w których rządzą krótkie materiały.

Gazety, ze względu na spadek dochodów, zmniejszały też często objętość, co również wymusiło coraz skromniejsze teksty. A wreszcie – wydawcy coraz mniej płacili dziennikarzom, co także sprzyjało „produkcji” krótkich, niezbyt głębokich notek. To dość wyraźny proces na przestrzeni ostatnich piętnastu lat. Nastąpił „rozkwit” publicystyki – komentatorom wystarcza jeden fakt, aby międlili go długimi tygodniami. Przeglądając prasę utwierdzam się w przekonaniu, że w wielu wypadkach wystarczyłoby drukować nazwiska dziennikarzy. I tak z góry wiadomo, co napiszą.

Po drodze nastąpiła „inflacja” mediów. Coraz więcej tytułów, zalew kanałów telewizyjnych, niezliczone źródła internetowe. Konkurencja wymusiła na gazetach dorzucanie płyt i noży, aby prasa oferowała jakąś „wartość dodaną”.

Czy papierowe media przetrwają?

Być może staną się czymś tak wyszukanym, jak płyty winylowe. Ale nawet to nie jest tak oczywiste, bo druk i kolportaż sporo kosztują. Poniżej pewnego nakładu całe przedsięwzięcie się nie opłaca. W początkach polskiego kapitalizmu, ponad dwadzieścia lat temu pracowałem w młodzieżowym tygodniku „Na przełaj”. Zbankrutował mimo tego, że sprzedawał kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy. Wówczas dla wydawcy był to zbyt mały nakład, aby się opłacał.

Nie zamierzam jednak wieszczyć całkowitego upadku, Sodomy, Gomory, Apokalipsy i końca „Klanu”. Radio nie wyparło prasy, telewizja radia, Internet nie wyprze więc też żadnego z wcześniejszych mediów. Ale już je zmienił i proces ten będzie postępować.

Czy prasa odnajdzie się w cyfrowym świecie? To nie tylko zmiana nośnika, ale też podejścia do idei czasopisma. Internet to ciągły proces – strony w sieci mogą się zmieniać z minuty na minutę. Gazeta to chwila odciśnięta w czasie – w końcu następuje moment, że wydanie zostaje zamknięte i wysłane do drukarni. Ale nie należy przy tym zapominać, że istnieje też podobieństwo między drukowaną prasą a siecią. Duże codzienne gazety zwykle w ciągu dnia miały kilka wydań – strony „żyły”, zmieniały się w miarę napływania nowych informacji.

Główna różnica między papierowym a elektronicznym wydaniem to chyba jednak nie treść, ale coś zdawałoby się mniej ważnego, czyli forma. W przypadku czasopism layout, czyli graficzna oprawa tekstów, to znak rozpoznawczy. Tak ważny, że graficy debatują miesiącami nad wszelkimi korektami, bo czytelnicy bardzo przyzwyczajają się do wyglądu swoich ulubionych czasopism i z reguły na każdą zmianę początkowo reagują alergicznie.

A w cyfrowych wydaniach o jednolity layout będzie zdecydowanie trudniej, niż na papierze.

Tablety czy też czytniki e-ink różnych firm mają nieco inne proporcje ekranów, różne rozdzielczości. Ponadto utarły się dwa najpowszechniejsze rozmiary ekranów – w okolicach 10 i 7 cali. To tak duża różnica, że wydania na obu muszą się różnić. Na razie rzadko to dostrzegamy, bo wydawcy nie przygotowują edycji na wiele urządzeń. Jednak dotychczasowe koncentrowanie się na platformie Apple i iPadzie raczej biznesowo nie sprawdzi się na dłuższą metę. A olbrzymie różnice wizualne występują już dziś przy dwóch „prasowo” najpopularniejszych urządzeniach – większym i kolorowym iPadzie oraz mniejszym i czarno-białym Kindle.

Początkowo w ogóle skok między sporą powierzchnią papierowej gazety a niewielką elektronicznego czytnika może być deprymująca. Ale to kwestia przyzwyczajenia. Kiedy ponad dwadzieścia lat temu „Gazeta Wyborcza” zaczęła wychodzić w stosunkowo małym formacie – takim jak i obecnie – jej konkurenci, „Rzeczpospolita” czy „Polityka” ukazywali się w znacznie większym. Dziś uznalibyśmy go za gigantyczny. I kiedy oba tytuły swoje rozmiary zmniejszyły, wydawało się to szokujące. Tymczasem czytelnicy docenili zmianę ze względu na większą wygodę – kto kiedyś w autobusie przewracał dawne olbrzymie płachty „Polityki” albo „Rzeczpospolitej”, wie o co mi chodzi.

Uparcie zwracam uwagę na sprawę layoutu z jeszcze jednego, bardzo ważnego powodu. Otóż gazeta przez rozkład materiałów podpowiada nam, które informacje są ważniejsze, a które mniej istotne. Te najważniejsze znajdziemy na pierwszej stronie, na „czołówce”. To istotna cecha gazet, bo dziennikarze, korzystając ze swojej wiedzy i doświadczenia, hierarchizują dla nas przebieg codziennych wydarzeń. Gdybyśmy w czasopismach dostawali tylko chronologicznie uporządkowany strumień informacji, prasa nie różniłaby się od czytnika rss. Choć sam lubię czytać wiadomości właśnie w postaci takiego strumienia, to jednak szybciej orientuję się, co wydarzyło się ważnego, gdy spojrzę na pierwszą stronę jakiegokolwiek papierowego dziennika. Ale hierarchizowanie newsów i powiązań między nimi staje się graficznie trudniejsze, gdy czytelnicy korzystają na zmianę z dziesięciocalowych tabletów, siedmiocalowych czytników i czterocalowych smartfonów.

Kiedy coraz więcej wydawców będzie decydować o przeniesieniu swoich tytułów do sieci, tam już będą na nich czekać konkurenci, którzy wystartowali ze swoimi czasopismami od razu w sieci. Po dwóch latach działania, w połowie grudnia 2012 r. wydarzyła się spektakularna porażka – padł pierwszy duży tytuł, który koncern Ruperta Murdocha wydawał od początku wyłącznie w wersji elektronicznej. „The Daily” wychodziło najpierw w wersji na iPada, potem na Galaxy oraz w Facebooku. Powód klęski był prosty – pieniądze. Pismo traciło rocznie 30 milionów dolarów, choć mogło się pochwalić stutysięczną grupą subskrybentów. Grudzień ubiegłego roku to więc nie tylko symboliczna data nowej ery w życiu prasy – ale też poważnego ostrzeżenia dla tych, którzy uważają, że sieć to obietnica nowego, lepszego świata. Internet bowiem ma też inną stronę. Dzięki niemu coraz szybciej kontaktujemy się ze znajomymi, którzy przez niego coraz rzadziej mają pracę.

Tradycyjni wydawcy w sieci spotykają konkurentów, którzy od razu wystartowali w Internecie.

Zaglądam do kilku fajnych, polskich tytułów fotograficznych „Pokochaj fotografię”, „doc! photo magazine”, „Fotogea”. Od dawna czytam specjalistyczny „iMagazine”, a ostatnio „Android Magazine”. Wszystkie te tytuły łączą dwie cechy – są darmowe i rozpowszechniane tylko w formie elektronicznej. Szukają swojego modelu na zarabianie pieniędzy. Ale „darmowość” nie jest wcale rozwiązaniem skazanym na klęskę. W ostatnich latach znaczną część rynku zagarnęło darmowe papierowe „Metro” – dziś zajmuje trzecie miejsce pod względem czytelnictwa, po „Gazecie Wyborczej” i „Fakcie” .

A może dziennikarze w ogóle już nie będą potrzebni? W końcu Monteskiusz, twórca trójpodziału władzy, nie uznawał ich za równie znaczącą siłę w państwie, jak władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza. Dopiero później utarło się powiedzenie, że media są czwartą władzą.

Dopóki jednak będziemy głodni nowych informacji – dziennikarze będą potrzebni. Pytanie tylko, czy wystarczy nam „papka”, przepisywana z PR-owych materiałów, czy będziemy skłonni zapłacić za głębsze teksty. Kawior niestety kosztuje więcej od kaszanki, choć kolor ma podobny.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – http://goo.gl/ZaNek Empik – oraz Apple iBooks – http://goo.gl/5lCGN

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement