Tomek Wawrzyczek: Z pamiętnika Młodego Technika, grudzień 1985

28.12.2012
Tomek Wawrzyczek: Z pamiętnika Młodego Technika, grudzień 1985

Święta, święta i po świętach. Czas wracać do pracy, czyli… do przybliżania tego, czym się interesowali pasjonaci techniki popularniej i naukowej trzy dekady temu. Za materiał poznawczy posłuży dziś “Młody Technik” z grudnia 1985 – chyba najlepszy jeśli chodzi o tematykę i jej rozpiętość numer tego pisma w latach 80-tych ubiegłego wieku. Numer ów zaczyna się od holografii.

Holografia optyczna to w dużym skrócie ujmując technika tworzenia trójwymiarowych zapisów obrazów różnych przedmiotów. Czyli fotografia 3D, jak byśmy to dziś prościej choć może mniej naukowo nazwali. Obraz na kliszy rejestruje się przy pomocy lasera. Hologram jest de facto przestrzennym zapisem tego, jak odbija się światło od fotografowanego przedmiotu. Dokładnie to jest obrazem przestrzennym powstającym po oświetleniu hologramu światłem laserowym, choć w praktyce wystarczy światło słoneczne. Prekursorem holografii jest polski fizyk, Mieczysław Wolfke, który w 1920 roku opracował podstawy teoretyczne i opisał proces tworzenia hologramów.

Holografia przez długie lata zarezerwowana była niemal wyłącznie dla naukowców, głównie fizyków. Zaprezentowała się szerzej widowni w latach 70-tych XX wieku, kiedy zorganizowano pierwsze publiczne prezentacje zdjęć holograficznych. Pierwsza produkcja hologramu na masową skalę miała miejsce w 1983 roku, kiedy Master Card umieścił skromny dość hologram na swoich kartach kredytowych. W 1984 roku marcowy numer “National Geographic” jest pierwszym na świecie czasopismem, w którym opublikowano hologram – dokładnie na pierwszej stronie okładki. Magazyn robi to ponownie w listopadzie 1985 roku i w grudniu 1988 roku, kiedy cała okładka przednia i tylna jest jednym wielkim hologramem. Zainteresowanych tematem odsyłam na przykład na stronę http://www.holophile.com/history.htm.

W grudniowym “Młodym Techniku” z 1985 roku pierwszy artykuł poświęcony był holografii i w dużej części opisywał z detalami proces wyprodukowania hologramu, który trafił na okładkę marcowego “National Geographic” z 1984 roku. Dla młodego fascynata techniki tamtych lat holografia, jako stosunkowa nowość w skali światowej, do tego jak efektowna, była tematem samym w sobie arcyciekawym. Miałem okazję naocznie poznać okładkę “National Geographic” z 1988 roku dzięki uprzejmości kuzyna, któremu rodzina mieszkająca za oceanem zafundowała prenumeratę tego pisma, w tamtych czasach niemal niedostępnego w Polsce. Wierzcie mi, to robiło wrażenie! Na pierwszej stronie rozbijający się szklany globus, w powietrzu unosi się mnóstwo mieniących się kolorami tęczy odłamków szkła, z tyłu okładki trójwymiarowy McDonald’s. Tak, ten od hamburgerów. Można się domyślać, że nie znalazł się na okładce “National Geographic” w trzech wymiarach, bo pracownicy magazynu mieli jakiś szczególny sentyment do wieśmaków.

W 1985 roku wydawało się, że holografia w niezbyt odległej przyszłości trafi pod strzechy i w naturalny sposób zastąpi tradycyjną fotografię. Jak pokazuje teraźniejszość, tak się nie stało. Technologia wytwarzania hologramów jest nadal za droga, by mogła znaleźć zastosowanie w produktach masowych. No i sprzęt nie jest w żaden sposób przenośny, więc jeszcze długie lata możecie zapomnieć o zabraniu “aparatu” holograficznego na wakacje. Chyba, że TIR-em. Może to właśnie bariera kosztów i złożoności procesu tworzenia hologramów sprawiły, że będąc niedostępnymi do własnoręcznego wyprodukowania przez przeciętnego zjadacza chleba, hologramy znalazły szerokie zastosowanie w zabezpieczaniu banknotów, kart kredytowych czy dokumentów identyfikacyjnych. Po prostu trudno je podrobić, bo nie ma czym i się nie opłaca.

“Młody Technik” z grudnia 1985 roku poświęcił inny z artykułów pięćdziesiątym (wtedy) urodzinom amerykańskiej “Dakoty”, czyli skonstruowanemu w latach 30-tych XX wieku samolotowi Douglas DC-3, maszynie, która zmieniła oblicze komunikacji lotniczej. “Dakota” w historii lotnictwa odegrała taką rolę, jaką “Garbus” odegrał w historii motoryzacji, jak twierdzą znawcy obu tematów. “Dakota” została zaprojektowana jako uniwersalny samolot pasażerski. Pierwsza wersja przeznaczona była dla 12 pasażerów, co w porównaniu z ładownością dzisiejszych Boeingów i Airbusów jest liczbą dość mikroskopijną. Po ataku Japończyków na Pearl Harbour amerykańska produkcja cywilna przestawiona została na potrzeby wojenne i “Dakota” zadebiutowała w roli wojskowego transportowca. Przydomek DC-3 nadali Brytyjczycy, którzy dostarczane im Douglasy nazwali właśnie “Dakota”.

Poza tematyką naukową stricte popularną “Młody Technik” często zajmował się tematami poważnymi, serio-serio poważnymi. W grudniowym numerze z 1985 poświęcił aż dwa artykuły problemom ekologii, zanieczyszczenia środowiska i nowym źródłom energii. Jak na tamte czasy i tamto miejsce, czyli Polskę z centralnie sterowaną gospodarką, która miała ekologię i zanieczyszczenia środowiska w głębokim poważaniu, “Młody Technik” wykazywał się dużą odwagą i dalekowzrocznością, popularyzując ekologię i odnawialne źródła energii, w tamtych czasach jeszcze raczkujące.

W grudniowym numerze znalazły się aż dwa prezenty dla ówczesnych komputeromaniaków. Pierwszym był artykuł omawiający pomysł wykorzystania dysków optycznych (czyli płyt CD) jako pamięci masowej. Autor artykułu pisał, że “[…] dyski optyczne zrobią najprawdopodobniej w najbliższym czasie wielką karierę”. Miał rację – zrobiły. Dziś już są na emeryturze. Drugim prezentem dla komputeromaniaków był dwunasty odcinek kursu programowania w BASIC-u, w którym wprowadzano początkujących programistów w arkana posługiwania się magiczną instrukcją IF…THEN. W arkana wprowadzał, a jakże, Roland Wacławek – w redakcji “Młodego Technika” odpowiadał za bity i bajty w każdej postaci.

“Młody Technik” trzydzieści lat temu nie był tylko pismem popularno-naukowym. W czasach, kiedy Internet nie istniał, telefonia komórkowa była chyba dopiero w fazie koncepcyjnej, możliwość swobodnej komunikacji ludzi mieszkających z dala od siebie była wręcz niemożliwa, a już z pewnością utrudniona. “Młody Technik” robił za swoistą skrzynkę kontaktową dla ludzi zainteresowanych techniką i jej pasjonatów. Łączył ich ze sobą albo po to, żeby powymieniać się spostrzeżeniami, ciekawostkami i wiedzą, lub by zdobyć brakujące części do konstruowanego właśnie, dajmy na to, radioodbiornika. Komunikacja odbywała się przy pomocy zapomnianej już niemal sztuki pisania listów odręcznie, bo pamiętamy – Internetu nie było, więc i e-maili nie było.

Na koniec zacytuję fragment “wstępniaka” do “Młodego Technika” z grudnia 1985. Tak, żeby wprowadzić nastrój zadumy. Wstępniak zatytułowany był nomen omen “Zaduma”. Odwoływał się do spojrzenia z dystansem na ówczesnie postrzegany postęp technologiczny, który  objawiał się na przykład premierą pierwszej “cyfrowej sekretarki”, czyli urządzenia produkcji IBM, które potrafiło segregować listy na podstawie ich treści. Listy papierowe, takie… “analogowe” znaczy. Cytowany fragment brzmi tak:

Czym przy tak lawinowym postępie technicznym i automatyzacji będzie za kilka lub kilkanaście lat człowiek? Może się okazać, że człowiek przeciętny, niezbyt genialny i twórczy, poczuje się zbędny. Stąd już blisko do frustracji indywidualnej i zbiorowej, jako że – większość z nas jest właśnie przeciętna. Co wówczas? Czy maszyna myśląca i pracująca, wymyślona przez człowieka spowoduje jego degenerację? Czyżbyśmy hodowali żmiję na własnej piersi?

Hmmm… Aktualne pytania jakby, nieprawdaż? Jakby z Lema wzięte. Taki był “Młody Technik” za mojej młodości. Taka była technika. Dziś? Taka sama tyle, że inna.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement