Piotr Lipiński: Wygoda zamiast jakości

25.12.2012
Piotr Lipiński: Wygoda zamiast jakości

Podobno na uszy zakładają kartony i jedzą kapustę, żeby lepiej słyszeć basy. Tak powiadają o audiofilach, czyli miłośnikach odtwarzania dźwięku w najwierniejszej postaci. Tyle w tym prawdy, co kiedyś w opowieściach o czarnej wołdze. A dziś o ludziach, którym po upojnej nocy z piękną kobietą podstępnie wycięto nerkę.

Ale jedno co do audiofilów jest pewne: cierpią od dnia, kiedy pojawiły się „empetrójki”. A już szczególnie gdy rynek podbił iPod. Bo wówczas pięknie poukładany świat miłośnika dźwięku  stanął na głowie. Przez wiele lat ludzie dążyli do tego, żeby muzyka w domach brzmiała jak najlepiej. I nagle nastąpił przewrót – melomani porzucili świetnie grające płyty kompaktowe na rzecz kiepskich „empetrójek”. Apple tworząc nowy sposób kupowania i słuchania muzyki jednocześnie zepsuł jej jakość.

To wydawało się nielogiczne. Przecież do tej pory każdy kolejny nośnik muzyki brzmiał lepiej od poprzedniego. Najpierw królowały płyty winylowe, które z odtworzenia na odtworzenie coraz bardziej trzeszczały, aż w końcu z trudem udawało się wyłowić muzykę wśród zakłóceń. Pojawiły się taśmy – wielkie szpule i małe kasety. Magnetofony wzbogacano o coraz lepsze systemy korekcji szumów. Wreszcie nastał czas płyty CD, dającej do dziś znakomitą jakość dźwięku.

Aż nagle trach! – i w internecie zagościły „empetrójki”.

A potem Apple pokazał iPoda wraz ze swoim odpowiednikiem „mp3”. Ludzie znowu zaczęli słuchać kiepsko brzmiącej muzyki. Jakby cofnęli się w czasie.

Muzyka z ważącej 128 kilo „empetrójki” grała nędznie – głośniki komputerowe zresztą były na tyle kiepskie, że wyższy bitrate „empetrójki” i tak by niewiele poprawił. Jednak iPody i inne przenośne odtwarzacze miały olbrzymią zaletę – były znacznie wygodniejsze od walkmana czy discmana. Choć mniejsze, to umożliwiały noszenie ze sobą dużo większych kolekcji muzyki. Okazało się, że dla ludzi wygoda i łatwość dostępu do ulubionych kawałków jest ważniejsza od perfekcyjnej jakości dźwięku. Pomijam sprawę tego, że „empetrójki” łatwiej było pozyskać za darmo, niż płyty CD, bo to na upartego też dałoby się to zaliczyć do kategorii „wygoda”. Ściągnięcie muzyki czasami trwa szybciej, niż znalezienie w domu starej kasety. Poza tym przeciętne jakościowo pliki sprzedawały się świetnie w iTunes Store – rzecz więc nie tylko w „piractwie”.

Ta „komputerowa” rewolucja mogła być zaskoczeniem. Niewiele wcześniej zapowiadało się, że nastąpi inny przełom, który powinien zadowolić audiofilów. Niedługo przed eksplozją „emeptrójek” producenci usiłowali wprowadzić na rynek dwa nowe standardy o jakości dźwięku jeszcze lepszej, niż Compact Disc. Były to płyty Super Audio CD i DVD-Audio. Poniosły sromotną klęskę. Przyczyny można doszukiwać się w tym, że zbyt długo ze sobą rywalizowały i melomani zwlekali z zakupem sprzętu, nie wiedząc, który standard wygra. Ale może ludzie po prostu nie potrzebowali lepszej jakości dźwięku? Albo znudziło im się płacenie po raz kolejny za to, co już kiedyś kupili?

Kiedyś nabyliśmy trochę cudzej własności intelektualnej w postaci płyty gramofonowej jakiegoś zespołu, potem kasetę, bo można ją było zabrać w podróż, następnie CD, bo brzmiał lepiej. A teraz proponują nam jeszcze lepszą jakość na SACD albo DVD-Audio. Jeszcze dłuższą „drogę” przy tym samym tytule mogli przebyć miłośnicy nagrań koncertowych: płyta, kaseta, cd, vhs, dvd, blu-ray. Oczywiście, każda wersja wnosiła coś dodatkowego, z reguły chociażby poprawiała właśnie jakość dźwięku. Ale ile razy można płacić za niemalże to samo?

Na dokładkę wszystkie te nośniki miały poważną wadę – z czasem niszczały.

A nawet dziś skopiowanie płyty winylowej, zanim trzaski zagłuszą cały dźwięk, to sporo zachodu. Po pierwsze trzeba mieć gramofon. Mój nie działa od wielu lat, a w piwnicy stoją setki winyli, które zapewne nigdy już nie zagrają.

„Empetrójki” nie tracą z czasem na jakości, chociaż mogą całkowicie zniknąć wraz z awarią dysku. Ale wykonanie kopii zapasowej gotowych plików jest znacznie szybsze, niż archiwizowanie płyt albo kaset.

Rezygnacja z lepszej jakości dźwięku na rzecz wygody posługiwania się kolekcją muzyczną to dowód na to, że ludzie są raczej melomanami, niż audiofilami. Kochają muzykę a nie dźwięki. Jak kiedyś powiedział mi jeden z miłośników dźwiękowej perfekcji, audiofilowi sprawi przyjemność odsłuchanie nagrania młota pneumatycznego pod warunkiem, że zabrzmi maksymalnie wiernie. Audiofil potrafi przekroczyć granicę absurdu – kupi za 20 tysięcy złotych kabel do gniazdka z prądem. Tak, do gniazdka z prądem, a nie do głośników, co jeszcze brzmi rozsądnie. Gdyby mu starczyło pieniędzy, to pewnie dokupiłby elektrownię, żeby mu dostarczała doskonale czysty prąd, cokolwiek by to nie miało znaczyć. I taka osoba z pewnością sięgnie po płytę SACD. Reszta wybierze „empetrójkę”.

Podobną drogę pogarszania jakości odbywają też książki, które w formie ebooków również wyglądają gorzej, niż w papierze. To efekt tego, że użytkownik dopasowując dla swojej wygody rozmiar czcionki powoduje zmianę całego formatowania ebooka. Nagle pojawiają się nierówne linie tekstu, wiszące na końcu samotne litery „i” albo „a”. Jednak w tym przypadku również wygoda zaczyna wygrywać z edytorsko wysoką jakością.

Oczywiście, w komputerze można zapisać dźwięk w doskonałej postaci – tak jak można zrobić idealnie sformatowanego ebooka w formacie pdf. Dawno zgrałem całą kolekcję CD na dysk w formacie bezstratnej kompresji. Ale niestety wszystkiego przerzucić do smartfona już nie mogę – pamięć urządzenia jest zbyt mała. A ebookowego pdf-a na „komórce” też nie da się normalnie czytać, bo ekran jest niewielki. I tu dochodzimy do zasadniczej sprawy. Godzimy się na pogorszenie jakości muzyki albo ebooków nie dlatego, że nam na niej w ogóle nie zależy. Akceptujemy ze względu na ograniczenia techniczne – stosunkowo nieduże pamięci w przenośnych urządzeniach, wolne łącza GSM do streamingowania muzyki. W zamian zyskujemy wygodę posiadania przy sobie dużej kolekcji piosenek albo książek. Ale kiedy terabajty pamięci i megabity transmisji wciąż będą tanieć, w internetowych sklepach zapewne pojawią się pliki z bezstratną kompresją i znowu zacznie się wyścig na jakość.

Ale może pewnego dnia zaczniemy inaczej rozumieć pojęcie „posiadania”?

Większości płyt, które kiedyś kupiłem, w ogóle nie słucham. Po co więc zajmują miejsce choćby na dysku, nie mówiąc już o półce? Oczywiście jestem przywiązany do ich materialnej formy, podobnie jak do mojej papierowej biblioteki. Płyta to też oprawa graficzna, którą można nacieszyć oko. Zastanawiam się jednak, czy kolejne pokolenia będą również odczuwały potrzebę posiadania w wersji materialnej czegoś, co można mieć w pamięci komputera.

Bo właściwie po co nam ta kolekcja gromadzona na dyskach, jeśli moglibyśmy wszystkiego posłuchać bezpośrednio z sieci? Po co nam ebook cały czas na czytniku, skoro moglibyśmy go w dowolnej chwili wypożyczyć? „Posiadanie” w przypadku plików komputerowych w gruncie rzeczy ma niewielkie znaczenie. I tak nie ma przecież czego wziąć do ręki. Plik w komputerze to wyłącznie treść, oddzielona od materialnej formy.

Może więc największą przyszłość mają serwisy streamingujące muzykę? Dziś oferują również wersje mocno skompresowane, w umiarkowanej jakości. Ale za stały, miesięczny abonament uzyskujemy dostęp do tak wielkiej kolekcji płyt, jakiej nie zdołalibyśmy uzbierać przez całe życie. Odkrywanie nowych wykonawców nigdy nie było tak łatwe. Po raz kolejny może się okazać, że miłośnicy muzycy przedkładają wygodę nad jakość. Może w przyszłości będziemy wydawać proporcjonalnie coraz więcej na transmisję danych, a coraz mniej na dyski?

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – http://goo.gl/ZaNek  Empik – oraz Apple iBooks – http://goo.gl/5lCGN

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement