Najważniejsze w tygodniu: Google+ – miasto duchów, czy świetnie sprofilowany serwis społecznościowy

09.12.2012
Najważniejsze w tygodniu: Google+ – miasto duchów, czy świetnie sprofilowany serwis społecznościowy

W ostatnich dwóch tygodniach w sieci było dosyć głośno na temat Google+ zwanego też „miastem duchów”. Zaczęło się od powiązania sklepu Google Play z plusowymi kontami. Następnie Google ogłosił, że jego społecznościówka ma już ponad 500 mln użytkowników. W ostatnich dniach atmosferę rozgrzał wywiad z Viciem Gundotrą i uruchomienie społecznościwoych grup w Google+. Gdy tylko na naszym redakcyjnym forum padł pomysł, aby to właśnie G+ był tematem tygodnia, wśród blogerów zawrzało. Niestety nie wszystkie argumenty, które padły nadawały się do publikacji, ale udało nam się przygotować cywilizowaną wersję naszej dyskusji.

Jakub Kralka: Moralny niepokój obudziła we mnie koleżanka Ewa Lalik, gdy pytała wczoraj, czy wypada śmiać się z Google+. Ewa ma rację, nie wypada i to wcale nie dlatego, że tak mówi Ewa. Tak mówiła Mama w całej liście swoich długich przykazań savoir vivre’u: synku, nigdy nie wolno śmiać się z niepełnosprawnych. A Google+ z całą pewnością takim właśnie niepełnosprawnym serwisem społecznościowym jest i choć nie najbardziej w historii, to na pewno aspiruje do miana historycznej klapy.

Nie wiem sam czy bardziej rozczulający są nieliczni fani serwisu, którzy jego ułomność próbują argumentować „elitarnością Google+” (najlepiej a contrario, jednocześnie chwaląc się publicznie, że pozapraszali sobie do znajomych na Facebooku pokaźną grupkę idiotów) czy jednak samo Google, które w pewnym momencie tak bardzo uwierzyło w swoją internetową pozycję, że bezpardonowo zerżnęło cały serwis Zuckerberga wzbogacając go w zasadzie jedynie o słuszną ideę kręgów.

Człowiek z iPhone’em zadzwoni do człowieka z HTC One X czy nową Lumią. Człowiek na Google+ nie pogada zbyt wygodnie z posiadaczem Facebooka czy Twittera (i vice versa). Stąd wynika potrzeba tworzenia unikalnych serwisów społecznościowych. Twitter broni się dzięki wsparciu olbrzymiej rzeszy celebrytów, którzy komunikują się ze swoimi fanami, ma też popularną grupę hashtagów umożliwiając lakoniczne, ale jednak masowe debaty. Google+ nie ma niczego czego nie miałby Facebook czy Twitter, a które w momencie jego startu miały już setki milionów użytkowników. Czemu ktoś miałby od nowa budować sieć połączeń w serwisie, który nie oferuje niczego nowatorskiego?

Rozczula Google także zabawnymi statystykami publikowanymi od czasu do czasu, choć do kont w swoim serwisie społecznościowym zmusza niemal przy każdej możliwej okazji (a to w poczcie, a to na YouTube, a to na Androidzie). To złudne statystyki, miasto martwych dusz jak trafnie określił to grono Maciek Gajewski.

Google ma już na koncie kiepską kalkę MySpace’a, kiepską kalkę Twittera, nieudany, ale innowacyjny Google Wave, a teraz z oburzeniem dziwi się, że nie potrafi kolejny raz już w historii animizować społeczności, która żywcem czerpie z Facebooka, ale jest od niego gorsza – bo nie oferuje niczego nowego, na dodatek jest lata świetlne do tyłu pod względem kapitału ludzkiego.

Potencjał Google jest tak ogromny, że Google+ nie wolno przekreślać tak długo, jak on istnieje – gigant zawsze ma teoretyczną chociaż możliwość odwrócenia karty. Na chwilę obecną serwis jest jednak kolejną wielką porażką Google na polu społecznościowym i ta porażka rośnie za każdym razem gdy firma publikuje swoje kuriozalne statystyki, na dodatek gdy mamy świadomość, że w swoich infografikach brzytwy chwyta się TA firma.

Google już od lat nie wymyśliło niczego innowacyjnego. Może czas schować się w kącie i pójść na zakupy, kiedy na horyzoncie jutro, za miesiąc lub za 5 lat pojawi się coś, co będzie miało pomysł i możliwości na detronizację Facebooka?

Ewa Lalik: Kubo – jakim cudem o Google+ wypowiada się człowiek, który w zasadzie nigdy go nie spróbował? Bo to jest bardzo interesujące. To, że nie poświęciłeś nawet 3 minut swojego cennego, wszakże jednak nie bezcennego czasu nie znaczy, że serwis jest miastem duchów.

Bo nie jest. Zamiast patrzeć ślepo na słupki aktywności i i milionowych strumieni bezsensownych postów z aplikacji (pozdrawiam Twittera z autopostami z Foursquare, Instagrama, Gomiso, Fimastera i wszystkich innych serwisów generujących tony bezsensownych danych) warto przy okazji zastanowić się, co tak naprawdę jest największą wartością serwisu społecznościowego.

Facebook czy Twitter hołdują pustemu hasłu „I update, therefore I am”, czyli manii pustego informowania świata o rzeczach mało wartościowych. Oczywiście – niesie to ze sobą ogromną wartość, ale nie dla użytkowników, a dla marketerów wpychających jak najprościej swoje produkty i usługi gdzie tylko się da, oraz dla osób robiących sobie z tychże serwisów, cóż, czat.

Kubo, czytając Twoje posty na Facebooku oraz komentarze ludzi moje życie nie staje się lepsze. Twoje także. W zasadzie nie dostaję żadnych informacji, prócz tego gdzie wychodzisz na piwo i czy zaliczyłeś kolosa (albo coś równie banalnego). W konsekwencji obecności Twojej, Tobie podobnych, dziesiątek marek, firm próbujących za wszelką cenę angażować i znajomych z liceum czy internetu szybko okazuje się, że najciekawszą i najbardziej angażującą treścią są posty Life With Dogs – słodkie szczeniaczki są zawsze w cenie.

Google+ natomiast, jeśli poświęci się kilka minut na ogarnięcie i nie zrezygnuje po stwierdzeniu „nie ma tu mojej cioci i kumpla z uczelni” staje się serwisem pełnym ciekawych treści. Nie trzeba nawet nic postować, wystarczy przyjrzeć się dyskusjom – żadna inna „masowa” sieć społecznościowa nie angażuje w taki sposób, nie wywołuje tak wielu dyskusji na poziomie.

Na Google+ wydaje się żyć zasada „I update therefore I’m NOT”, czyli nie masz nic do powiedzenia, to czytaj i wrzucaj wtedy, gdy jest to warte. Dlatego muszę się zgodzić z jednym – dla Google+ jako takiego nie ma miejsca w dobie światowej biegunki społecznościowo-crosspostowej.

Jednak, drogi Kubo, nie doceniasz siły przenikania usług w ekosystemie Google’a. Nazywaj to wymuszaniem aktywności – ja czuję za to wymuszoną aktywność na Facebooku, gdy kolejny trzeci serwis wymaga ode mnie posiadania konta na Fejsie. I na nic tłumaczenia, że chciałabym usunąć z niego konto – jeśli to zrobię, stracę dostęp do wielu trzecich serwisów. Powiedz mi proszę, kto bardziej wymusza?

Jakub Kralka:
Koleżanko droga, pierwsze zaproszenie do G+ kupowałem sobie na eBayu jak Ty myślałaś, że „Pająk” to ksywka Grzesia Marczaka. I powiem Ci coś Ewo, tak by Ci utkwiło w głowie, jeśli ktoś coś spieprzył to na bank to było Google.

Ewa Lalik: Byłam #pierwszypolak na Google+, bo Przemysław Pająk był wtedy na wakacjach.

Maciej Gajewski: Nie za bardzo rozumiem skąd panuje przekonanie, że ludzie, który zalogowali się na Google+ i zaczęli z niego korzystać nagle doznają jakiegoś olśnienia. Że jego magia działa w tak intensywny sposób, że każdemu podnosi się iloraz inteligencji o dziesięć punktów. Przynajmniej. Albo że ogólnie Plus przyjmuje tylko osoby o wyższym ilorazie inteligencji. Obie teorie to, rzecz jasna, wierutna bzdura.

Drugą zbiję na samym początku. Spójrzcie na nasze awatary, drodzy Czytelnicy. No, teraz już wiecie, że ludzie o dowolnym iq mogą uczestniczyć w życiu Google+. Natomiast sam Plus również nie podnosi naszego ilorazu inteligencji. Nie ma jak. To platforma bardzo przypominająca Facebooka i nie ma się co oszukiwać, że jest inaczej, bo obie firmy równo od siebie „rżną” rozwiązania. Jak tylko na rynku pojawił się Google+ ze swoimi Kręgami, nie minęło kilka chwil, a już u Facebooka pojawiły się Listy. W tym tygodniu, dla odmiany, blogosfera zaczęła się ekscytować Społecznościami, czyli zerżniętymi od Facebooka Grupami. Obie platformy są identyczne a jeżeli w czymś się różnią, to jedna w przeciągu kilku tygodni skopiuje rozwiązanie od drugiej. Przy czym większość różnic zazwyczaj wypada na niekorzyść Google+ z uwagi na jego młody wiek.

Dlatego też dopóki Google+ nie pokaże czegoś naprawdę rewolucyjnego, dopóty pozostanie o nim opinia miasta duchów, gdzie przeciętny użytkownik nie ma żadnej motywacji do przebywania. Co ma mi bowiem do zaoferowania Google+? Ma kilka mocnych punktów, których nie ma Facebook. Ale to są niuanse. W porównaniu do Fejsa, brakuje tam ludzi. Dla mnie jest to absolutny bezsens i zaprzeczenie sensu jej istnienia, ale rozumiem pogląd entuzjastów Google+, że „mniej znaczy lepiej”.

Nie mając znajomych na Google+, nie mamy tam co robić. Jest nuda, pusto, flaki z olejem. Więc zaczynamy szukać nieznajomych, Mądrych Ludzi lub ciekawych. Celebrytów, naszych autorytetów, i tak dalej. Są bardzo łatwo dostępni, bo nie są oblegani przez tłumy tak, jak Facebook. Ci nieliczni dyskutanci również chętnie nawiązują z nami kontakt, bo czemu nie? Przecież i tak większość osób siedzi na Facebooku, więc dodajmy tę obcą osobę do Kręgów: niegłupio gada, więc będzie ciekawiej.

To właśnie stąd pochodzi złudzenie, że na Google+ są Mądre Dyskusje, a na Facebooku śmietnik. To, ponownie, wierutna bzdura. Obie platformy nie generują treści, ani w żaden sposób nie promują rodzaju wrzucanych treści. Obu zależy na tym, byśmy wrzucali wszystko i jak najwięcej. Google+ jednak nie jest potrzebny większości z nas (chodzi mi o ogólną populację, a nie Spider’s Web i jego Czytelników). Im mniejszy stóg siana, tym łatwiej znaleźć igłę. Entuzjaści Plusa muszą więc zrozumieć: albo ten portal na zawsze już pozostanie niszowym rozwiązaniem, co owym entuzjastom na pewno powinno odpowiadać, albo zamieni się w drugiego Facebooka. Ja osobiście liczę na trzecie rozwiązanie: że Google w końcu obudzi się z korpo-letargu i zacznie być innowacyjny, tak jak przed laty, zamieniając Google+ w coś ciekawego, innowacyjnego, oferującego mi dużo więcej, niż Facebook. Bo póki co, biednie to wygląda.

krelaTomasz Krela: Firma z Moutain View ma problem z Google+ od samego początku tego projektu i nie sądzę aby to uległo w przyszłości zmianie. Serwis ten jest wynikiem poczucia obowiązku i zimnej biznesowo-PRowej kalkulacji. To dziecko nie zrodziło się z pasji czy też miłosnych uniesień, a z poczucia, że tak trzeba postąpić. Jak dobrze wiadomo ciężko zarazić innych do swojej idei, gdy jest ona pozbawiona dawki szaleństwa i miłości. Gdy powstał FB, to G+ musiał powstać, co w zasadzie, obserwując obecny rozwój wypadków, przekreśla szansę uczynienia go czymś więcej niż kolejny serwisem społecznościowym. Również Google, integrując konta użytkowników kolejnych swoich usług z G+, buduje obraz miasta duchów. Bo te osoby nie stają się częścią G+ z wyboru, a z konieczności. Google nie ma ręki do społeczności, poprzednik G+ – Orkut przyjął się jako tako jedynie w Ameryce Południowej. G+ przyjął się wśród osób świadomie szukającej alternatywy dla FB, a nie dla ludzi którzy pojawiają się w danym miejscu dlatego, że jest fajne w opinii swoich znajomych. Google+ jest zbyt przewidywalny, grzeczne, poukładane, jednym słowem nudne…nie posiada pierwiastka historii o założycielu w klapkach i szlafroku – a bez szaleństwa nie ma sukcesu.

Piotr Grabiec: Google+ to bardzo fajny serwis społecznościowy, gdzie nie ma mojej społeczności, tylko zbiór przypadkowych osób. Zauważył ten mechanizm zresztą Maciek – nie ma tam moich znajomych nie-geeków, to żeby zapełnić stream dodaję każdą osobę, która pisze ciekawie na interesujący mnie temat.

Tylko tak naprawdę praktycznie wszyscy pasjonaci internetu i technologii, których obserwuję na G+, postują też na Fejsie i/lub Twitterze. Wszyscy znajomi ze szkoły i okolicy oraz najbliższa rodzina siedzi tylko na FB, który daje im wszystko, czego potrzebują. Zdjęcia, chat, posty o tym jak było w szkole.

I zupełnie nie rozumiem, jaki jest problem z wrzutkami treści z Foursquare, Instagramu, Tumblra itp. na Fejsa i Twittera. Jeśli używa się ich rozsądnie, to jest to wartość dodana: ocena nowego odcinka serialu, zdjęcie kotka które zawsze chce się oglądać, nowy ciekawy post na blogu. Takich treści właśnie chcę. A jeśli ktoś spamuje każdym checkinem, to po prostu go usuwam z listy. A przez zamknięte API serwisu Google sam podcina sobie gałąź, na której siedzi, bo nie zwabi na serwis użytkowników popularnych aplikacji.

To, jakie treści widzimy w serwisach społecznościowych zależy bardziej od nas, niż od innych, bo to my wybieramy, co chcemy tam widzieć! Mój wall na FB jest dużo ciekawszy od ściany na G+. Tu jest więcej ludzi, a ja nie zdaję się na algorytmy tylko starannie dobieram źródła. Źródła, których na G+ nie ma.

Wkurza mnie, że Google oferuje fajne usługi jak np. Google Now, ale zamyka jest tylko na Google+. Co z tego, że aplikacja poinformuje mnie o urodzinach znajomych z tego serwisu, jak moich znajomych tam praktycznie nie ma?

Mateusz Nowak: Google+ jest świetny. Tak samo jak świetnych jest wiele innych serwisów społecznościowych np. GoldenLine LinkedIn czy Fotka.pl. Każdy z nich celuje w odpowiednią grupę odbiorców i dobrze na tym wychodzi.

Google+ nie precyzuje tematycznie grupy do której chce dotrzeć. G+ jest społecznością użytkowników usług Google, ale otwiera się również na osoby z zewnątrz.

Google+ świetnie łączy się z wyszukiwarką, mailem, czy też Bloggerem. Ostatnio zacząłem bawić się blogiem na blogspocie i zastosowano tam genialną integrację platformy blogowej z kontem na G+.

Wiem, że Kuba wychodzi z założenia, że Facebook jest najlepszy bo tam są wszyscy – przynajmniej ja odbieram tak Twoje zachowanie. Dla mnie Facebook ma jedną główną wadę. Znajomi.

Na Google+ czy Twitterze nie muszę nikogo zapraszać do zawarcia związku „przyjacielskiego”, aby rozpocząć wspólne dyskusje i wzajemne śledzenie swoich wpisów. Na Facebooku mam wszystkich znajomych z podstawówki, liceum i studiów. Są w śród nich dobrzy znajomi jak i osoby z którymi nigdy nie miałem większego kontaktu.

Wyrzucenie kogoś z grona znajomych jest czymś znaczącym – ja to tak odczuwam. Jednak od followowanie czy odkręgowanie kogoś już tak nie boli.

Uwielbiam Google+ za integrację z usługami. Za rozwinięte funkcje społecznościowe, tagi, hangouty i wiele innych funkcji. Społecznościówka Google pozbawiona jest spamu „zobacz co zrobiła przed ślubem”, „pokazał fujare na weselu”, czy „udostępnij zdjęcie skatowanego psa to facebook zapłaci pierdylion dolarów na budowę schroniska”.

Oczywiście mogę kasować znajomych, którzy to udostępniają. Ale wtedy zatracę najlepszą funkcję Facebooka, czyli to, że są na nim wszyscy.

Ja nie chce mieć wszystkich w gronie śledzonych osób. Dlatego wybieram Twittera i Google+.

Piotr Grabiec: Jeśli tak stawiasz sprawę – główna wada: znajomi – to wszystko jasne. Nie szukasz serwisu do kontaktu z osobami które znasz, tylko do wyszukiwania ciekawych, nowych treści.

Tylko po co w takim razie społeczności użytkowników usług Google takie funkcje, jak wydarzenia z photo stream i wspomniane powiadomienia o urodzinach w Google Now? Google pozycjonuje swój serwis jako globalny, dla wszystkich. Czasem zapomina, że mało kto go aktywnie używa. Tam wszystkich nie ma i już nie będzie. Google+ zostanie właśnie serwisem dla geeków.

Na fejsie nikogo ze znajomych nie trzeba wyrzucać, starczy ukryć z tablicy. Nadal jednak można wysłać do tej osoby wiadomość, zaznaczyć ją w publicznym poście, zaprosić na wydarzenie. Dla osób spoza listy znajomość masz możliwość subskrypcji. Widzisz kogo chcesz, kiedy chcesz, jednocześnie nie zamykając się na możliwości.

Twitter może koegzystować z Facebookiem ze względu na inną formę: pełny social network vs. wyłącznie krótkie statusy, żywe dyskusje w czasie rzeczywistym, ale nadal jest on niszowy.

Facebook wygrał wyścig i przez parę lat nikt, nawet Google mu nie zagrozi. Tak jak Apple na rynku mobilnym będzie lecieć do przodu jeszcze długo, jeśli nie innowacyjnością, to siłą rozpędu.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement