Baldur’s Gate: Enhanced Edition to ściema – recenzja Spider’s Web

Gry 18.12.2012
Baldur’s Gate: Enhanced Edition to ściema – recenzja Spider’s Web

Pech chciał, że stopniowo bankrutujące od lat Atari posiada prawa do kilku bardzo ważnych z punktu widzenia historii gier i wycierając sobie nimi gęby próbuje ratować swą mizerną kondycję finansową. Ostatnio zaprosili do współpracy chłopaczków, którzy oryginalnej ekipie BioWare dowozili pizzę i w ten sposób powstała Edycja Rozszerzona Baldur’s Gate. 

Pierwsza część Baldur’s Gate to najlepsza gra w historii. A w każdym razie – moja ulubiona. Przeszedłem ją jakieś 18 razy, więc dla Edycji Rozszerzonej zarezerwowałem przynajmniej dwie kolejne przygody. Ponieważ Wybrzeże Mieczy z sentymentu przebiegam średnio raz na kilka miesięcy (grając mieszanką wojownika, maga i złodzieja przy stosownych modach zajmuje to kilka godzin), być może moje przyjęcie Edycji Rozszerzonej było nieco inne niż w przypadku osób, które ostatnio były tam na przykład w 1999 roku.

Baldur’s Gate to z wielu powodów zasłużone 10/10 i trudno było tę grę jakoś ubarwić. Już nawet dodatek „Opowieści z Wybrzeża Mieczy” pozostawiał pewien niedosyt, ponieważ dodane tam lokacje na swój sposób kontrastowały ze spójną wizją przedstawionych w jedynce krain, a Wieża Durlaga była zwyczajnie… nudna. Amatorskie modyfikacje fabularne do pierwszej części gry łaskawie przemilczę, ponieważ ich poziom w dużej mierze był żenujący. Autorzy edycji rozszerzonej podjęli się zatem dość trudnego zadania, ale świata gry nie wzbogacili w zasadzie o nic wartościowego.

Bugów więcej niż w Kniei Otulisko

Przygoda z Enhanced Edition nie zaczęła się zbyt dobrze. Białe tło, error. Martwa cisza. Dopiero po kilku godzinach kombinowania z jakimś Francuzem na oficjalnym forum gry, udało się odpalić ją po ręcznym zmienianiu wartości baldur.ini i ustawienie zgodności z Vista SP1. Normalnie XX wiek (ale wciąż lepiej niż na Linuksie). Pisałem o tym ekipie Beamdog w dniu premiery i nawet dołączono mnie do dyskusji wraz z programistami, gdzie podałem metodę rozwiązania. Podziękowali, „Cameron właśnie się za to zabierał”, od tamtego czasu minął prawie miesiąc, 5 update’ów, a gra jak się wykrzaczała w pełnym oknie, tak dalej się wykrzacza i bezproblemowe uruchomienie na moim laptopie nie jest możliwe. Na 4 komputery, na których zainstalowałem grę, na jednym nie chciała się odpalić wcale, a na drugim nie wyświetlała połowy elementów interfejsu, w tym czcionek (co ciekawe, oba feralne miały Windows 8, ale to raczej zbieg okoliczności). Forum dyskusyjne dostępne pod baldursgate.com ma całą armię wątków dotyczących złego funkcjonowania gry pod systemem Windows. Mijają dni, a twórcy niczego z nimi nie robią, zmieniają w aktualizacji miejsce położenia kolorowych kamieni.

W trakcie gry również zdarza się masa większych i mniejszych błędów, nikną ikony zębate odpowiedzialne za podróżowanie. Generalnie rzecz ujmując najbardziej psoci się interfejs i jego niedoróbki.

Baldur’s Gate na miarę XXI wieku?

To hasło przyświecało twórcom edycji rozszerzonej. Nie da się ukryć – zwiększyli rozdzielczość, choć patent ten nie robi na mnie dużego wrażenia, gdyż już od dłuższego czasu w Baldur’s Gate grałem za sprawą BG TuTU i BG Trilogy, modów przenoszących silnik „dwójki” także w rejony Wybrzeża Mieczy. Tamta konwersja, mniej odporna na wysokie rozdzielczości, no i jednak amatorska (choć i tak stabilniejsza…) miała też dużo ciekawych opcji, jak chociażby przyspieszenie liczby klatek dzięki czemu bardziej wprawieni gracze mogli sobie trochę przyspieszyć zabawę, a kopalnia w Nashkel była wyzwaniem na kilkadziesiąt sekund.

Jeśli chodzi o resztę powiewu świeżości, to ja go niestety nie zaobserwowałem. Bohaterowie mają gigantyczne problemy z odnajdowaniem ścieżek, przepychają się, tłoczą, męczą we własnym towarzystwie. Ktoś ubzdurał sobie, że przebuduje dobrze znaną od lat mapę przez co poruszanie się po lokacjach przestało być intuicyjne szczególnie, gdy jest ich kilka na niewielkiej powierzchni w lasach na południowy-zachód od Beregostu. Wydaje mi się, że wynika to z faktu dodania dwóch nowych lokacji, ale ktoś tutaj zwyczajnie nie pomyślał.

Kilka innych patentów, jak na przykład kolorowe kółeczka postaci z drużyny, też sprawdzają się tak-sobie. Ktoś chyba chciał poszukać nowości na siłę, zakładał, że przeciętny gracz korzysta z sześciu identycznie wyglądających wojowników, a rozwiązanie jest niepraktyczne. Co więcej, jeśli w naszej drużynie są osoby o czerwonych szatach, dochodzi do wręcz niezręcznych sytuacji.

Ich Troje

Jeśli chodzi o nową zawartość w Enhanced Edition, to jest ona niestety ZNIKOMA, a i nawet w tych lakonicznych nowościach, wybitnie mało błyskotliwa. Gra dodaje nam trzy grywalne postaci – czarnego strażnika (swego rodzaju antypaladyna), który jest jeszcze stosunkowo solidnym sojusznikiem w walce. Na zupełnie drugim biegunie znajduje się jednak czarodziejka o klasie dzikiego maga, która jest chyba najbardziej bezużyteczną formą władania czarami w całej serii Wrót Baldura. Więcej z nią mordowania niż pożytku. Ostatnim nowym bohaterem jest mnich, a więc wybór też niestety w pewnym sensie bezsensowny. Mnich staje się prawdziwą atrakcją na piętnastym poziomie doświadczenia, a więc daleko, daleko za wydarzeniami znanymi z pierwszej części gry. Ów jegomość (dodajmy – bez pancerza!) porusza się 2 razy szybciej od całej drużyny i ściąga na siebie wszystkie ataki. Całe szczęście, że po raz pierwszy w życiu zdecydowałem się zagrać zwyczajnym, ordynarnym wojownikiem, bo z taką drużyną nieudaczników miałbym w innym wypadku niemałe problemy. No dobra, nie miałbym, wymiatam w tę grę, to taka kokieteria z mojej strony.

Każda z nowych postaci ma swoją historię i to właśnie wokół nich kręcą się nowe misje. W przypadku Dorna, czarnego strażnika (podklasa paladyna, a nie wojownika!), wiąże się to z dosłownie kilkoma dodatkowymi walkami w pewnych miejscach. Mnich i dzika magini dodają po nowej lokacji. To właśnie w przypadku tych nowych lokacji najbardziej widoczne jest ubóstwo wyobraźni twórców Edycji Rozszerzonej. O ile w tradycyjnym Baldurze każde miejsce skrywa jakieś smaczki i sekret, w nowych lokacjach idzie się (jak na konsoli) po krętej ścieżce, aż na końcu dochodzi się do tzw. „bossa”. Nawet przypadkowo zabici napotkani NPC nie posiadają żadnego dobytku, a przecież na takich fundamentach opierał się także Baldur’s Gate – szukać, zgłębiać, bo wszędzie może się kryć zbroja +28.

Żeby oddać co cesarskie, rozbudowano nieco interakcje między nowymi postaciami. Troszkę na kanwę gier z cyklu Dragon Age. Co jakiś czas opowiadają nam swoje historie, choć nie są te opowieści fascynujące i możliwy jest nawet romans. Zaskoczyło mnie, że mnich będąc w drużynie z Viconią, wdaje się z elfką w spór teologiczny (choć przez długi czas kompletnie się ignorowali). Twórcom coś tam jednak widocznie w głowie dzwoniło, ale chyba ostatecznie uznali, że nie będą się przemęczać. Łącznie dodatkowej zawartości jest tak mniej więcej na 30 minut gry, a postaci są niestety w większości za słabe i niezbyt przydatne w realizacji ostatecznego celu. Bardziej przeszkadzają, niż pomagają, nie umywając się do Kivana, Korana, Edwina, Dynaheir czy Minsca. Wspominając o Minscu, Boo (uhonorowany choćby przez twórców Mass Effect) przy próbie pogłaskania nie piszczy. Minus 2 do ostatecznej oceny.

Nowa zawartość i The Black Pits

Jeśli chodzi o jakieś zmiany w samej grze, to prawdę powiedziawszy twórcy niemal nie kiwnęli w tej materii palcem. Kowal Grzmiący Młot tym razem targuje się o cenę wykucia pancerza z Ankhega (ale nie dam sobie uciąć głowy, czy aby nie było tego w oryginalnym Baldur’s Gate), a Albert (chłopiec szukający pieska, będący w rzeczywistości szpiegiem z innego wymiaru) po ataku nie przemienia się w Ogrzego Maga tylko w Biesa. Nie widzę za bardzo sensu i logiki w tak kosmetycznych zmianach, których jest bardzo mało, na dodatek ledwo dostrzega je człowiek znający grę niemal na pamięć.

Największym wydarzeniem gry miała być kampania The Black Pits, ale – bez przesady – to nie kampania tylko arenka z potworkami. Bez większej głębi fabularnej rzucona zostaje tam przypadkowa drużyna, która odpiera ataki kolejnych fal potworów. Już na to wpadli, wydali to nawet pod nazwą Icewind Dale – dwa razy – i to zdecydowanie z lepszym polotem, bo trochę jednak biegaliśmy, zamiast ograniczać się do trzech lokacji na krzyż. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić Balduromaniaka wychowanego na gigantycznym Wybrzeżu Mieczy, który daje się zamknąć w klatce prowadzącej absolutnie donikąd.

Warto też nadmienić, że gra doczekała się amatorskiej polonizacji nowych elementów. Tłumacze, jak na amatorów, poradzili sobie z zadaniem poprawnie. Momentami wprawdzie daje się czuć bardziej uliczny, niż literacki styl niektórych wypowiedzi, ale robili to za darmo, starali się, w przypadku Enhanced Edition są ostatnimi osobami, do których miałbym pretensje.

Wersja na iPada

Wydawać by się mogło, że jedynym sensownym powodem dla zakupu Enhanced Edition jest wersja na iPada. Ale i tam twórcy nie dali rady. Mobilna edycja jest wprawdzie tańsza, ale za to ogołocona z niektórych dodatkowych treści, które można kupić w formie… DLC. Sterowanie z kanapy też nie jest wcale aż tak wygodne, jak mogłoby się wydawać. Autorom, co mnie wcale nie dziwi po tym jak poznałem ich mentalność, nie chciało się zbytnio dostosowywać gry do interfejsu dotykowego. Dotkniesz, to dotkniesz, a czy trafisz we właściwą opcję, to już zupełnie Twoja sprawa. W efekcie więcej tutaj złości niż realnej zabawy.

Rozszerzona ściema

Za Enhaced Edition w dniu premiery zapłaciłem 20 dolarów, a więc mniej więcej 67 złotych. Co ciekawe, była to czwarta forma Baldur’s Gate I jaką zakupiłem (dziwnym trafem wpadały w moje ręce kolejne reedycje CDP). Jeśli weźmiemy pod uwagę, że przeciętny gracz ma w swoim domu przynajmniej jeden egzemplarz BG, a na dodatek całą trylogię (no, dylogię z dodatkiem) można kupić za grosze, Enhanced Edition jest produktem kompletnie niewartym uwagi.

Grupka zupełnie niezdolnych programistów postanowiła wziąć w swoje ręce moją ulubioną grę i upatrując w tym biznesu życia, zbić kasę na naiwności sentymentalnych graczy. Nie tylko wzięli gotowy produkt, który znakomicie działa nawet po kilkunastu latach, ale dorobili do niego rzeszę bugów niespotykaną w dzisiejszych czasach wśród profesjonalnych twórców gier. Pod przykrywką nowości wciskają nam oni trzech NPC, z czego dwóch zupełnie nie nadających się w ogóle do realiów pierwszej części Baldur’s Gate i dwie lokacje, które bardziej niż ciekawe przygody, obnażają ubóstwo kreatywności ich twórców. Beamdog, Overhaul – nie wysilajcie się na edycję rozszerzoną Baldur’s Gate II, bo po tym nikt wam już jej nie kupi.

Baldur’s Gate: Enhanced Edition jest złym zjawiskiem, które głośno należy piętnować. Spotykamy się tutaj bowiem z wyjątkowo bezczelną próbą – mówiąc wprost – wydymania starszych stażem graczy. Jedyna grupa osób, która powinna się tym produktem zainteresować to ci, którzy w Baldur’s Gate jeszcze nigdy nie grali i ci, którzy ostatnio grali kilkanaście lat temu. I nawet wtedy, prawdę powiedziawszy i przy założeniu, że gra się w ogóle odpali, można śmiało omijać dodatkową zawartość, bo odstaje poziomem od całej reszty. O ile w ogóle ją zauważą, bo i o to niełatwo.

Ocena Baldur’s Gate – 10/10
Ocena Baldur’s Gate Enhanced Edition – 3+/10

PS. A tak Baldur’s Gate wygląda na darmowych modach przenoszących  go na silnik BG II. Wybaczcie jakość filmu, kręciłem go w czasach, gdy nie było jeszcze stringów.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement