„W centrum szczęścia znajduje się niezbywalne prawo do bycia pozostawionym samemu sobie”

28.11.2012
„W centrum szczęścia znajduje się niezbywalne prawo do bycia pozostawionym samemu sobie”

“Privacy is the right to be left alone” – nasuwa mi się to często, gdy poruszam się po Internecie. W erze social media tego “left alone” jest coraz mniej, a guru Sieci wciąż wierzą, że społecznościowe będzie dosłownie wszystko, a Facebook to dopiero początek rewolucji. Z drugiej strony stoją osoby, które świadomie wybierają społecznościowy niebyt, albo starają się ograniczyć go do minimum.

Web 2.0 Suicide Machine, nie działający już projekt sprzed dwóch lat jest idealnym przykładem anty-społecznościowego ruchu, który wciąż nie ma większego znaczenia, jednak wydaje się rosnąć w siłę. Suicide Machine był bardzo prosty w obsłudze: wystarczyło podać swoje loginy i hasła do sieci społecznościowych: Facebooka, Twittera i LinkedIna, a “maszyna” kasowała za nas konta w tych serwisach, wyświetlając na dodatek znikające internetowe życie. Niczym w opowieściach, które mówią, że chwilę przed śmiercią całe życie przelatuje przed oczami.

Twórcy Suicide Machine próbowali przekonywać, że czas jest zbyt cenny, by marnować go na wirtualne kontakty z ludźmi, którzy nas nawet nie obchodzą i lepiej spożytkować go z rodziną i przyjaciółmi.

Niektórzy, zwłaszcza fascynaci mediów społecznościowych, mówią o takich osobach dosyć kolokwialnie – świry. Przecież dziś nie wypada już kwestionować ważności społeczności w sieci. Kilka lat temu może tak, ale teraz w dobie Facebooka na giełdzie i z miliardem użytkowników, w erze Instagrama, Twittera, Pinteresta i Google+ społecznościowe jest wszystko – od Sieci, przez parkowanie, czytanie, po planowanie podróży, słuchanie muzyki, oglądanie filmów, po wybieranie prezentów.

I to właśnie wydaje się największym problemem dla anty-społecznościowych osób. Zwracają one uwagę, że nacisk na tworzenie kolejnych warstw społecznościowych aktywności zmniejsza wartość tychże. Na przykład ta banalna muzyka. Kiedyś podrzucaliśmy znajomym konkretny utwór czy album, który wyjątkowo nam się spodobał, a znajomi słuchali go, by poznać nasze gusta. Dziś Spotify czy inny serwis streamingowy przesyła informację o każdym słuchanym utworze, informacje te wyświetlają się znajomym z Facebooka pośród setek innych informacji od kolejnych znajomych. Siłą rzeczy pojedyncza informacja staje się mniej wartościowa.

Zresztą to tylko wierzchołek góry lodowej. Andrew Keen w swojej książce “Digital Vertigo” świetnie punktuje, dlaczego rewolucja społecznościowa nie ma racji bytu – na przykład przez fakt, że media społecznościowe zabijają indywidualność. Człowiek owszem jest zwierzęciem stadnym i ma potrzeby społecznościowe, jednak oprócz tego ma potrzeby prywatności – tej rozumianej jako “right to be left alone”. “(…)w centrum szczęścia [rozumianego całościowo] znajduje się niewymierne prawo do bycia pozostawionym samemu, w oderwaniu od społeczeństwa – prawo, które umożliwia nam, bytom ludzkim, pozostać prawdziwymi wobec samych siebie”. Według Keena społeczności tego nie umożliwiają a udowadnianie swojego statusu społecznego poprzez wizerunek w mediach społecznościowych to ślepy zaułek zdigitalizowanego świata, chwilowa moda, która prędzej czy później minie. Zresztą już mija – społeczności coraz częściej opierają się na zamkniętych kręgach i intymnych kontaktach kilku osób, co przecież przeczy idei społecznościowej rewolucji.

Jak będzie? Czy social media to trwały trend czy chwilowa moda? Silicon Valley musi wmawiać światu, że to trwały trend, bo na zachłyśnięciu się społecznościami zbudowano teraz warte miliardy biznesy. Jeśli jednak to napompowana bańka, która w końcu pęknie, a grupa świadomie odcinających się od społecznościowego boomu będzie w kolejnych latach rosła, może okazać się, że trzeba będzie na nowo definiować erę internetu.

Która to już by była? Web 3.0?

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement