Mój artykuł o tym, jak zacząć biegać przeczytało już ponad 70.000 osób – Mateusz Jasiński, TreningBiegacza.pl

04.10.2012
Mój artykuł o tym, jak zacząć biegać przeczytało już ponad 70.000 osób – Mateusz Jasiński, TreningBiegacza.pl

Mateusz Jasiński to mały wielki człowiek. Dosłownie i w przenośni. Dlaczego? O tym przekonacie się z niniejszego wywiadu. Wzrostem mógłby się równać z Leo Messim, pasją do sportu prawdopodobnie też. Oprócz tego zaraża innych. Rozdaje swoje uzależnienie do biegania na prawo i lewo prowadząc serwis TreningBiegacza.pl.

Kim jesteś i czym zajmujesz się zawodowo?

Jestem romantykiem. Mam 164 cm wzrostu, ale nie mam z tego powodu kompleksów, bo Napoleon też był karłem. Szumnie określam się redaktorem naczelnym TreningBiegacza.pl. Jestem dumnym pracownikiem agencji SM – Socializer i rozwijam skrzydła jako account w królestwie Łukasza Misiukanisa. Poza tym, bloguję w natemat.pl i  prowadzę treningi biegowe dla korporacji. W weekendy i w każdej wolnej chwili rozwijam projekt run-log.com, w którym drzemie tak okrutny potencjał, że powoli zaczynam się go bać. Niebawem Endomondo podkuli ogon i wykupi u mnie udziały.

Jako że SpidersWeb czytają młode dziewoje interesujące się fejsbukiem, rzucę ciekawostką, że jestem założycielem jednego z popularniejszych fanpage na Facebooku, czyli Poprawnej Polszczyzny. O reszcie nie wspomnę, bo przeciętny czytelnik dojdzie do wniosku, że nie mam czasu na sen. To poniekąd prawda, ale zdaję sobie sprawę, że w życiu trzeba zasuwać by zarobić na pierwsze Porsche.

Czy na rynku serwisów online jest jeszcze miejsce dla serwisów taki jak ten, którego jesteś redaktorem naczelnym?

Oczywiście. Miejsce jest zawsze, ale trudno jest znaleźć odpowiednie osoby, które mogłyby dobrze je zagospodarować:). W Polsce z roku na rok rośnie liczba osób aktywnych ruchowo i z pewnością popyt na treści o tematyce zdrowego trybu życia będzie się utrzymywać. Nie znam aktualnych danych mówiących o dbałości o aktywność fizyczną wśród Polaków, ale bazując na samych obserwacjach, jest nieporównywalnie lepiej. Jeszcze kilka lat temu, kiedy biegałem w swoich okolicach w lajkrach, czyli przylegających do ciała spodniach do biegania, spojrzenia ludzi, których mijałem, nie były przyjazne.

Teraz jest zupełnie inaczej. Pogardliwe spojrzenie przerodziło się w podziw. O każdej porze dnia i nocy mijam początkujących biegaczy. Uważnie obserwuję rynek, każdego miesiąca odkrywam nowe serwisy o diecie czy nawet bieganiu, ale zazwyczaj każde odkrycie jest tożsame ze śmiercią i zapomnieniem. TreningBiegacza.pl staje się coraz bardziej popularnym serwisem z kilku względów, ale dominującym czynnikiem jest coś, czego brakuje większości, czyli pasji. TreningBiegacza.pl jako redakcja to grupa szaleńców, którzy kochają bieganie. To oni stanowią o wartości projektu.

Jak w ogóle to wszystko się zaczęło? Skąd w ogóle pomysł na realizację takiego projektu i jak do niego doszło?

I zabiłeś mnie tym pytaniem. Historia powstania Treningbiegacza.pl jest całkiem nietypowa. Od dziecka jestem związany z lekkoatletyką, trenując wcześniej chód sportowy, a obecnie od kilku lat bieganie. Od zawsze marzyłem, aby mieć cokolwiek do czynienia z dziennikarstwem sportowym. Pewnego szarego dnia, wracając z treningu, poszedłem z moim przyjacielem Patrykiem Aidem na piwo (sportowcy wbrew pozorom nie stronią od alkoholu;)). W trakcie przeprowadzania schematycznej rozmowy o życiu wpadliśmy na pomysł, że stworzymy bloga, który będzie promował nasz ukochany sport, czyli lekkoatletykę. Ten pomysł wyniknął głównie z frustracji spowodowanej wszechobecną niesprawiedliwością tego świata…

Bardzo nas irytuje maniakalna popularność piłki nożnej, do piany doprowadza mnie fakt, że pomimo korupcji, kiepskich wyników i marnego poziomu sportowego, kopana jest na ustach całej sportowej Polski. 19 na 20 stron Przeglądu Sportowego to piłka nożna, wchodzisz na Onet, pierwsze 8 z 10 wiadomości piłka nożna… wszędzie piłka, piłka i jeszcze raz kopana. Nie mam nic przeciwko temu sportowi, wkurza mnie jedynie traktowanie przez media po macoszemu i dyskryminacja innych sportów. W dzisiejszym świecie sportu wygrywa komercja i oczywiście pieniądze. Postanowiliśmy walczyć z wiatrakami jak dzielny Don Kichot.

I co było później? 

Doszliśmy do wniosku, że założymy bloga, publikując trzy razy w tygodniu bardzo ciekawe i merytoryczne artykuły na temat lekkoatletyki. Miał to być projekt czysto hobbystyczny, z założenia niszowy. Schody zaczęły się już od pierwszych chwil. Ani ja, ani Patryk nie potrafimy tworzyć stron internetowych, założenie banalnego bloga na darmowym silniku również mijało się z naszą maksymą, że jak coś robić, to porządnie… Zacząłem myśleć, nie spałem całą noc, tak bardzo wkręciłem się w ten pomysł… Z samego rana, napisałem maila do posiadacza jednego z niewielkich serwisów na temat biegania, czyli właśnie Treningbiegacza.pl.

Serwis w tamtym czasie cieszył się zainteresowaniem ograniczonego grona stałych czytelników, liczących 200 osób dziennie. Napisałem Przemkowi Niemczukowi (czyli ówczesnemu właścicielowi, a obecnemu współwłaścicielowi), że dwaj ambitni i pracowici młokosi chcą zająć się prowadzeniem jego strony na prostych zasadach: on zapewnia nam zaplecze techniczne, my dbamy o content i promocję witryny. Przemek jako osoba dorosła, po wielu doświadczeniach, oczywiście nieufnie podszedł do naszej propozycji, ale po długich negocjacjach i przekonywujących argumentach, przystał na nasze warunki. Umówiliśmy się, że na początek będziemy zamieszczać trzy artykuły w tygodniu…

Ale my od razu ruszyliśmy z kopyta. Codziennie pojawiały się nowe artykuły, wzięliśmy się za ten pomysł naprawdę na poważnie. Do pracy motywowały nas statystyki. Na początek 100 wejść dziennie, po miesiącu doszliśmy do poziomu 2 tysięcy odwiedzin tygodniowo i tak dalej, i tak dalej… Wywiady z gwiazdami sportu, zaproszenia do rozgłośni radiowych w rolach ekspertów i znawców lekkoatletyki. Dla 19-letnich łebków nie można było sobie wyobrazić lepszego startu. W projekt zaangażowali się znajomi, redakcja zaczęła się powiększać. Aż do momentu, w którym zapał przygasł.

Czyli standardowo… 

Tak. Oczekiwana wobec nas były coraz większe, obowiązków przybywało, a czasu dla siebie pozostawało coraz mniej. Patryk powoli zaczął wycofywać się z projektu, początkowo zasłaniając się studiami a później otwarcie mówiąc o braku motywacji. Przyszedł kryzys. Mimo tego nie poddałem się, przez ponad 2 miesiące prowadziłem serwis niemal w pojedynkę (oczywiście nad sprawami technicznymi i poprawianiem jakości serwisu czuwał Przemek), pisząc codziennie nowy artykuł. Powoli zaczynało brakować sił i przede wszystkim czasu. Studia, treningi, portal, praca… obowiązki zaczęły mnie przygniatać. Kopem motywacyjnym okazała się pierwsza kampania reklamowa i zarobione pieniądze. Statystyki również rosły bardzo przyzwoicie. Zarobione pieniądze zainwestowaliśmy w rozwój serwisu, szczęśliwym zbiegiem okoliczności nawiązałem współpracę z wieloma osobami, które zaczęły budować treść na stronie. Wyszedłem z dołka, mogłem więcej czasu poświęcić aspektom partyzanckiego PR i marketingu… Udało się. Patrząc na to wstecz, jestem pod ogromnym wrażeniem, ale wiem, że to dopiero początek. W wielkim skrócie tak to się wszystko zaczęło.

W chwili obecnej ilu użytkowników korzysta z waszego serwisu? Wiesz jakie ma to przełożenie na liczbę nowych biegaczy?

Słupki rosną z miesiąca na miesiąc w sposób naturalny. Nie przeznaczamy jakichkolwiek środków finansowych na reklamę. Aktualnie potencjał naszych serwisów o bieganiu to około 80.000 UU miesięcznie. Zaznaczę, że nie notujemy spadków. Nie mam pojęcia, ile osób zachęciliśmy do biegania, ale podejrzewam, że to będą tysiące zgubionych kilogramów. Nie będę bawić się w szacowania i liczby z kosmosu. Podam dwa przykłady. Mój artykuł o tym, jak zacząć biegać przeczytało już ponad 70.000 osób i codziennie dostaję przynajmniej dwa-trzy e-maile z podziękowaniami za motywację i pomoc w rozpoczęciu przygody z bieganiem.

Kolejny z moich artykułów, jeden z pierwszych na blogu naTemat.pl, na kilka godzin po publikacji wylądował na Wykopie i z tego co wiem, wciąż pozostaje jednym z najbardziej poczytnych artykułów w naTemat.p od rozpoczęcia tego projektu. To naprawdę krzepiące. To tyle w kwestii autopromocji. Nie wspomnę o redakcji TreningBiegacza.pl w ogóle.

W waszym serwisie pojawia się po kilka tekstów dziennie. Bieganie to temat wystarczający do tego, by pisać o nim codziennie?

Jeszcze do niedawna publikowaliśmy jeden artykuł dziennie, aktualnie ograniczamy się do 5 artykułów w tygodniu. Absolutnie nie dlatego, że brakuje nam pomysłów. Wszystko jest podyktowane przemyśleniami i obserwacjami – co za dużo to nie zdrowo. Część artykułów po prostu ginęła w odmętach ogółu publikacji, ludzie nie mają czasu czytać wszystkiego. Szkoda naszej pracy. :)

Wasz serwis to tylko praca czy również biznes?

To przede wszystkim pasja oraz pomysł na życie. Pasja powoli przeradza się w biznes i mam nadzieję, że za jakiś czas będę mógł skupić się tylko na swoich projektach. Nie po to zasuwam na trzech etatach i biegnę przez życie dosłownie i w przenośni, by zmarnować drzemiący w tym projekcie potencjał. Mógłbym zacząć narzekanie i powiedzieć, że gdybyśmy mieli inwestora, to wszystko ruszyłby z kopyta. Mógłbym powiedzieć, że marzy mi się więcej wolnego czasu, który mógłbym przeznaczyć na rozwój tego projektu, ale tego nie robię. Fakt, przydałaby się osoba, która na wszystko spojrzała by z boku, doradziła, ukierunkowała ścieżki rozwoju, ale działanie w pojedynkę i bez doświadczenia też ma swoje plusy. Przez ten czas, odkąd prowadzę treningbiegacza.pl nauczyłem się potwornie dużo i powoli zaczynam odrywać kupony od włożonej pracy. Jestem optymistą i wiem, że niebawem wszystko diametralnie się zmieni.

Jak w takim razie zarabiacie na swoim projekcie?

Zarabiamy głównie dzięki wynajęciu powierzchni reklamowej. Podpisaliśmy roczną umowę z marką PUMA i WASA, po drodze były mniejsze, dedykowane kampanie. Niestety praktycznie to, co zarobiliśmy od początku naszej działalności zostało w 100% zainwestowane w rozwój portalu. W życiu  nie podejrzewałbym, że koszty projektowe mogą być tak rozległe, ale skoro powiedziało się A to trzeba i powiedzieć B. Miejmy nadzieję, że przyszły rok choć odrobinę będzie dla nas łaskawszy i wyjdziemy z tego biznesu na 0, choć jak na to na spokojnie spojrzę, to chyba nie jest tak najgorzej, bo przynajmniej służba zdrowia dzięki nam zaoszczędzi z uwagi na mniejszą liczbę zawałowców.

Wielkie oczekiwania mamy również wobec naszego sklepu, gdzie chcemy mieć asortyment sprawdzony biegowo, a nie marketingowo. Wokół projektu obraca się bardzo szerokie grono biegaczy, a kto lepiej potrafi przetestować but i o nim napisać jak nie sam biegacz? Reasumując, nasze możliwości techniczne są mocno ograniczone i bez wsparcia technologicznego niewiele zdziałamy. Dlatego rozglądamy się za inwestorem bądź inną dobrą duszyczką, która zainwestuje w nasz rozwój swój czas i złote denary.

A przychody kształtują się na poziomie?

Nie wiem. Niestety w lutym tego roku skończyła mi się licencja na pakiet Microsoft Office. Prowadzenie miesięcznych zestawień wpływów i wydatków w miejscu innym niż Exel jest męczące. Próbowaliśmy to kontrolować wraz ze wspólnikiem i jeszcze do niedawna spisywaliśmy wpływy w zeszycie w kratkę, ale doszło do kłótni. W skrócie, nie mogłem znieść, że wspólnik kupił zeszyt z Justinem Biberem na okładce. W akcie desperacji podarłem go i ostentacyjnie spaliłem przed pałacem Prezydenckim. A tak całkiem serio, nie wiem ile dotychczas zarobiliśmy na projekcie, ale podejrzewam, że niewiele. Mam kompletnego świra na punkcie kremu orzechowego i cały mój zarobek ląduje w kieszeni okolicznego sklepikarza. Orzechy są przepyszne!

Na koniec. Jakbyś porównał bycie maratończykiem, do bycia internetowym przedsiębiorcą?

Parafrazując jedną z mądrości Paulo Coelho – Tu i tu trzeba mocno zapier***lać, by liczyć się w stawce.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement