Ballmer pisze otwarty list; Ballmerowi ścinają premię

10.10.2012
Ballmer pisze otwarty list; Ballmerowi ścinają premię

Odpowiadając Jerzemu Engelowi, który bronił wyniku polskiej reprezentacji na Mistrzostwach Świata w Korei, legendarny polski trener Kazimierz Górski popełnił jedną ze swoich nieśmiertelnych maksym: panowie, skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? Jak ulał pasuje ona dziś do Microsoftu.

– Ostatni rok był wielkim rokiem – pokazaliśmy świetne wyniki, wydaliśmy fantastyczne produkty i usługi i przygotowaliśmy Microsoft na świetlaną przyszłość – pisze CEO Microsoftu Steve Ballmer w otwartym liście do udziałowców, klientów, partnerów i pracowników Microsoftu. W tym samym dniu zarząd Microsoftu zmniejszył roczną premię wypłacaną Ballmerowi uznając, że musi ponieść konsekwencje za ciągle nierentowny biznes online oraz brak porozumienia z europejskimi regulatorami. Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?

Warto przeczytać list Ballmera, bo jest to przykład genialnej PRowej nowomowy. I piszę to bez cienia złośliwości – z listu nie wylewa się lukier, liczba słów typu „amazing” nie jest przesadna, a do nakreślonej wizji przyszłości trudno się doczepić. Ktoś, kto na podstawie takiego dokumentu będzie wyrabiał sobie zdanie na temat tego, jak radzi sobie firma zarządzana przez Steve’a Ballmera z całą pewnością uzna, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a sam szef charakteryzuje się wyjątkowymi zdolnościami kształtowania przyszłości.

Zarząd Microsoftu zmniejszył tymczasem premię, którą wypłaci Ballmerowi w tym roku rozliczeniowym. W zeszłym roku zarobił 1,38 mln dol., a w tym (skończył się w 30 czerwca) o 600 tys. dol. mniej. W uzasadnieniu złożonym przed Amerykańską Komisją Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) zarząd informuje o ‚słabszym niż oczekiwano rozwoju’ biznesu online, który w głównej mierze opiera się na wyszukiwarce Bing oraz ‚nieudanej próbie wdrożenia ekranu z wyborem przeglądarki internetowej’ na części komputerów z oprogramowaniem Microsoftu w Europie.

Zarząd Microsoftu był bardzo oszczędny i delikatny w swoich słowach. Gdy rok temu pisałem w Newsweeku, że „Ballmer musi odejść” sytuacja wyglądała następująco:

W 2000 r., kiedy Ballmer przejmował władzę od Billa Gatesa, pozycja firmy była znakomita: Windows miał 90 proc. rynku oprogramowania systemowego, Windows Mobile 45 proc. rynku oprogramowania na pierwsze inteligentne telefony, a Office był podstawowym pakietem biurowym większości firm na świecie. Ale to już przeszłość. W połowie 2011 roku po raz pierwszy w historii przychody ze sprzedaży Windowsa spadły, Office zmaga się z rosnącą konkurencją darmowego pakietu Google Docs, a obroty na Windows Phone – nowej platformie mobilnej, na której rozwój Microsoft przeznaczył ponad 3 mld dół. – stanowią zaledwie 1 proc. wartości przychodów. Co więcej, okazuje się, że połączony biznes iPhone’a i iPada Apple jest dziś większy od całych obrotów Microsoftu, a Apple ma tyle gotówki, że mógłby kupić 30 proc. firmy Ballmera! Dla fanów marki Microsoft i udziałowców firmy to prawdziwy policzek.

Dziś jest nieco inaczej. Wprawdzie obroty na Windows Phone wciąż oscylują wokół statystycznego błędu, lecz dziś sam biznes iPhone’a jest większy od całego Microsoftu, a Apple ma tyle gotówki, że mógłby kupić połowę firmy Ballmera.

Ballmerowi nie udaje się również podbój rynku internetowego. Co prawda, gdy w 2009 r. Microsoft wypuszczał na rynek konkurencyjną dla Google wyszukiwarkę Bing, w swoim stylu buńczucznie zapowiadał rychłą detronizację konkurenta. Tymczasem Google ma 8 mld dol. zysków rocznie z samego wyszukiwania informacji, a cały biznes internetowy Microsoftu – na czele z Bingiem i wyszukiwarkową częścią Yahoo – przynosi firmie ogromne straty, łącznie już prawie 5 mld dol.!

– pisałem rok temu. Dziś sytuacja też się nieco zmieniła – Google ma ponad 9 mld dol. zysków rocznie z samego wyszukiwania informacji, a biznes online’owy, o którym zarząd Microsoftu łaskawie pisał, że ‚rozwija się słabiej niż oczekiwano’ przyniósł łącznie ponad 6 mld dol. straty.

Rok temu pokusiłem się także o pewną prognozę związaną z ofertą Microsoftu na rynku tabletów.

Microsoft jest także maruderem wyścigu na tablety. Kiedy w kwietniu 2010 r. debiutował na rynku iPad, już miesiąc później Ballmer pokazywał na konferencji prasowej prototyp tabletu Hewletta-Packarda z Windowsem przystosowanym do dużego ekranu dotykowego. Dowodząc, że konsumenci będą wybierać produkty z systemem Microsoftu. Dziś Apple sprzedaje 10 min iPadów kwartalnie, a Microsoft nadal nie przedstawił Windowsa na tablety i nie przedstawi go najprawdopodobniej aż do połowy roku 2012. Do tego czasu według prognoz analityków Apple ma sprzedać ponad 100 min iPadów, a pozostali producenci podobne ilości tabletów z systemem Google Android.

Pomyliłem się w dwóch kwestiach – wprawdzie iPad sprzedał się już w ponad 100 mln sztukach, ale tablety z Androidem nie zbliżyły się do tego wyniku, a Microsoft – mimo iż rzeczywiście pokazał swój własny tablet w połowie 2012 roku, to na jego premierę każe nam czekać jeszcze do końca października.

Warto więc wrócić do PRowo świetnego listu Steve’a Ballmera do udziałowców, klientów, partnerów i pracowników Microsoftu, by ocenić jaki naprawdę był ten miniony rok.

Ważny to jednak list, bo Ballmer nakreśla w nim coś niezwykle istotnego: – Aby najlepiej zrozumieć to, co zamierzamy zrobić oraz to, do czego zmierzamy, należy zauważyć fundamentalną zmianę naszego biznesu i obszarów technologii, które według nas będą niosły ze sobą największą szansę dla naszej przyszłości – pisze Ballmer, a następnie nakreśla obraz tej zmiany. Swoją przyszłość Microsoft widzi na styku urządzeń i oprogramowania, które użytkownicy używają w pracy, jak również w domu. Microsoft ma być firmą świadczącą usługi oraz dostarczającą urządzenia. – To będzie miało wielki wpływ na to, jak będziemy zarządzać firmą, jak będziemy budować swoje kompetencje oraz na to, jakie produkty będziemy dostarczać na rynek zarówno konsumencki, jak i biznesowy.

Nie mam wątpliwości, że to słowa, które przypieczętują przyszłość Steve’a Ballmera: albo odejdzie jako największy przegrany w historii biznesu technologicznego, albo zostanie w końcu okrzyknięty kimś, o czym zapewne od dawna marzy: godnym następcą Billa Gatesa.

To najbardziej śmiała deklaracja, jaką rzuca Ballmer. Ryzykuje wiele – gniew partnerów biznesowych, dla których dostawca platformy Windows nagle zacznie być konkurentem sprzętowym, gniew użytkowników końcowych, dla których Windows 8 może okazać się niezrozumiałym produktem, gniew udziałowców, którzy zapewne nie zdzierżą kolejnego roku upokorzeń z powodu postępującej degradacji znaczenia ich firmy, w końcu gniew pracowników, którzy i tak ufają mu znacznie mniej niż pracownicy innych topowych firm technologicznych swoim CEO.

Wygląda na to, że to ostatni tego typu list w historii Steve’a Ballmera. Albo w przyszłym roku napisze go w zupełnie innym tonie, albo nie napisze go już wcale.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement