A Ty ile prywatności w sieci jesteś w stanie poświęcić dla wygody?

24.08.2012
A Ty ile prywatności w sieci jesteś w stanie poświęcić dla wygody?

Wyobraź sobie, że wchodzisz do zwykłego sklepu. Zamiast “Dzień dobry’ proszony jesteś o wylegitymowane się dowodem osobistym, albo jeszcze lepiej – przy samym wejściu jesteś automatycznie skanowany tak, że Twoje dane od razu są zapisywane. Dokonując zakupu nie płacisz gotówką, ale płatność jest automatycznie pobierana z Twojego konta, bez kart, bez NFC.

Jeszcze dwadzieścia lat temu taka wizja wydawała się nam nie tyle nierealna technologicznie, co niemożliwa do spełnienia z powodu zbyt dużej ingerencji w prywatność. Wizje Orwella czy Dicka o obserwacji każdego na każdym kroku, kontrolowania każdego ruchu jednostki wydawały się odległą przyszłością, która nigdy się nie ziści z jednego powodu – jako społeczeństwo nie zgodzimy się na tak daleko posuniętą kontrolę.

Czasy jednak się zmieniają i jesteśmy bliżej spełnienia tych ponurych wizji niż kiedykolwiek. Nie tylko za sprawą odgórnie narzucanych nakazów, ale też na własne życzenie. Podejście do prywatności i anonimowości zmieniło się znacznie i zauważyć można dwa ostro rysujące się stanowiska. Jedno mówi o tym, że prywatność i anonimowość to podstawowe prawa człowieka, że nie powinny być ograniczane w imię bezpieczeństwa i ochrony przed przestępcami, a jednostka powinna mieć prawo świadomego wyboru. Drugie stanowisko mówi za to o tym, że anonimowość i prywatność w dzisiejszym świecie to źródło problemów, że powoduje przestępczość, a jeśli ktoś nie robi nic złego, to nie ma niczego ukrywać. Anonimowość według tego stanowiska to kulturowa zaszłość z czasów przedinternetowych i przedtechnologicznych, i trzeba poświęcić jej część w imię szybszego rozwoju.

Obok tego tkwią jeszcze teorie spiskowe, które podobno są nieprawdopodobne, ale które wcale nie są takie głupie – że anonimowość i prywatność jest celowo poświęcana, by pewne grupy miały niespotykane dotąd narzędzia kontroli obywateli. No i mamy jeszcze grupę, którą – przepraszam za wyrażenie, ale to określenie w kontekście obecnych dyskusji i nastrojów w sieci pasuje idealnie – lemingów, czyli mas, które nie zastanawiają się specjalnie nad prywatnością czy nie dbają o anonimowość, tylko korzystają radośnie ze zdobyczy technologicznych poddając się nurtowi.

Jeszcze kilka lat temu nawet polskie media pełne były rad o tym, jak zachowywać się w sieci. Przede wszystkim nie podawać swojego imienia i nazwiska, adresu zamieszkania, nie ufać obcym i w ogóle przedstawiać się jakimś nickiem. Dlatego czaty i fora wypełnione były SłodkimiMisiaczkami34 i Niuniami16. A potem przyszły media społecznościowe – NK.pl, Facebook i inne. I wtedy zaczęliśmy na dużą skalę oddawać naszą prywatność publicznie, w imię wygody i korzystania z internetu.

Jednak wtedy jeszcze nic nie zapowiadało, że tak bardzo polubimy przedstawianie się w internecie. Okazało się jednak, że podpisanie się imieniem i nazwiskiem jest wygodne, łatwo w ten sposób znaleźć znajomych, jest się wiarygodniejszym i w ogóle bajka. Okazało się też, że wszelkiego rodzaju usługom internetowym to bardzo na rękę – w końcu pozbyliśmy się psychicznej bariery i wielu z nas zaczęło nawet wpisywać prawdziwe dane w formularze przy zakładaniu kont.

Zaczęliśmy płacić w sieci kartami, dostrzegać zalety geolokalizacji, a sieć przestała być innym światem, tylko rozszerzeniem “reala”. Burza o prywatność rozgrywająca się w drugiej połowie pierwszej dekady XXI wieku odeszła trochę w niepamięć. Popularne kiedyś wśród internautów blokowanie plików cookies? A co to jest, a jeśli już wiadomo, to po co blokować, skoro wtedy strony nie zapamiętują danych i robi się mniej wygodnie? Personalizowane reklamy mówiące “Zuzanno, kup tę pralkę, wiemy, że ostatnio szukałaś nowej pralki!” przestały przerażać, bo przecież są lepsze, niż reklamy środków powiększających penisa przedstawianych singielce.

A internetowi dostawcy usług? Zaczęli odważać się na ruchy, jakie jeszcze kilka lat wcześniej byłyby niemożliwe: zaczęli wymagać potwierdzenia tożsamości. Zakładając nieprawdziwe konto na Facebooku czy Google+ możesz spodziewać się, że jeśli serwisy zaczną podejrzewać, że Ty to nie Ty, to poproszą Cię o skan dowodu dla potwierdzenia. Tak po prostu – wyślij im swoje dane, potwierdź kim jesteś, a potem korzystaj z ich “darmowych” usług do woli. W cudzysłowie dlatego, że w sieci nie ma nic za darmo – to rodzaj umowy, który określa, że możesz korzystać z usług w zamian za poświęcenie części swojej prywatności i za nie bycie anonimowym.

Zresztą w tym kształtowaniu naszych zachowań nie bez znaczenia była polityka strachu, uprawiana po atakach na World Trade Center. U nas to nie jest tak widoczne, ale w Stanach Zjednoczonych, gdzie kształtują się internetowe trendy, wprowadzono Patriot Act, zakładający, że w razie jakiegokolwiek podejrzenia terrorystycznego można przetrzymywać nieamerykańskich obywateli przez nieokreślony czas. Niby co to ma wspólnego z internetem? Pozornie nic, ale obrazuje w świetny sposób zmianę mentalności społeczeństwa: w imię “wolności od strachu” jest w stanie zgodzić się na zaostrzanie prawa, wyrzeczenie się części podstawowych praw do prywatności – rządy chcą, żeby dane o zachowaniu internautów były obowiązkowo przechowywane i żeby dostęp do nich był łatwiejszy, wszystko w imię walki z przestępczością czy piractwem.

Poza tym bycie anonimowym w internecie i dbanie o swoją prywatność tak, by międzynarodowe koncerny reklamowe (typu Google) oraz instytucje rządowe nie śledziły każdego kroku jest coraz trudniejsze. Owszem, istnieją sposoby na omijanie tego wszystkiego, ale wymagają wysiłku i bardziej zaawansowanej znajomości internetu. Dla większości z nas wysiłek nie jest wart pozornej korzyści. Poza tym powtarzane są nam wciąż jak mantra “a po co ci anonimowość w sieci, masz coś do ukrycia? Zbieramy dane o Tobie dla Twojego dobra, by było Ci wygodniej i bezpieczniej”. No i jest wygodniej. Najwygodniej jest przede wszystkim nie myśleć.

Nie myśleć o tym, że każdego roku instytucje rządowe coraz częściej zwracają się do dostawców usług (typu Google czy Facebook) z żądaniem udostępnienia danych o konkretych użytkownikach. Wygodniej jest nie myśleć o tym, że nasze rozmowy na komunikatorach są monitorowane w celu wyłapywania pedofili, że kolejne akty prawne ale nie na skalę ACTA, tylko mniejsze po to, żeby nikt nie zauważył, są przepychane przez ustawodawców, w czego wyniku być może dane o każdym ruchu w sieci będą łatwo dostępne nie tylko rządowym instytucjom. Wygodniej nie myśleć o tym, że kolejne nowości w stylu mobilnych płatności pozwolą na zapis praktycznie każdego naszego działania, że gdy gotówka wyjdzie z użycia to tak naprawdę nie będzie można anonimowo kupić choćby paczki zapałek. “A, to jakieś dalekie wizje”.

Anonimowość i prywatność to coraz bardziej nielubiane słowa. Jaką część swojego życia jesteśmy w stanie poświęcić w imię bezpieczeństwa i wygody? I co z tego wyniknie?

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement