Czy prawo autorskie wymaga zmian?

Blog Forum 16.08.2012
Czy prawo autorskie wymaga zmian?

W czasie krótkiego, środowego „weekendu” trafiłem (dzięki linkowi Ewy Lalik na Google+) na felieton Tomasza Michniewicza „ACTA” (www.muzycznastrefa.com.pl/felietony/item/406-acta.html – polecam zapoznanie się z nim przed dalszą lekturą tekstu). Treść wpisu, jak i nadspodziewanie gorąca dyskusja w komentarzach na G+ skłoniła mnie do wysłania cyklu „Jedenaste: nie hejtuj” na kilkudniowy urlop, a w dzisiejszym artykule chciałbym zająć się problematyką praw autorskich. Jak pokazała debata związana z umową ACTA, temat ten budzi ogromne kontrowersje. I, choć wspomniana umowa międzynarodowa nie wejdzie ostatecznie w życie, to dyskurs związany z kształtem i rolą systemu ochrony praw autorskich i praw pokrewnych (patenty!) trwa i będzie trwał.

Prawo autorskie w pigułce
Dobrą, choć ogólną definicję prawa autorskiego określił C. Geiger, dla którego jest to całokształt postanowień celujących w ustanowienie optymalnego balansu między interesami różnych grup uczestników zaangażowanych w obieg kulturowy: twórców, producentów, dystrybutorów i odbiorców. Aktualny kształt polskiego systemu prawa autorskiego jest głęboko osadzony w tradycyjnym, europejskim pojmowaniu roli tej gałęzi prawa, w którym prawo autorskie jest uprawnieniem przysługującym twórcy wynikającym z samego faktu stworzenia utworu. Podstawowym aktem prawnym regulującym omawianą tematykę jest ustawa z 1994 r o prawie autorskim i prawach pokrewnych (isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU19940240083). Ustawodawca określił utwór (przedmiot praw autorskich) bardzo szeroko, jako „każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości,
przeznaczenia i sposobu wyrażenia”. Równie szeroko określone są uprawnienia twórcy związane z autorstwem utworu, do których można m.in. zaliczyć prawo do autorstwa utworu, do decydowanie o pierwszym rozpowszechnieniu utworu, do określenia sposobu korzystania z utworu, a także do wynagrodzenia za korzystanie z utworu. Określono również bardzo długi okres, w którym utwór podlega ochronie – w obecnym stanie prawnym, jest to okres 70 lat (co do zasady liczonej od śmierci autora). W niektórych sytuacjach ochrona praw autorskich następuje na drodze karnoprawnej, tzn. niektóre zachowania naruszające prawa do utworów mogą być kwalifikowane jako przestępstwa lub wykroczenia, nie wyłączając możliwości ponoszenia konsekwencji na drodze cywilnoprawnej (pisałem o tym m.in. w moich poprzednich tekstach).

Taki kształt systemu ochrony praw autorskich ma długą tradycję, i w swoich zasadniczych zrębach nie odbiega od zasad ustalonych w ustawodawstwie przedwojennym. Zmiana stosunków społecznych, a zwłaszcza powstanie i rozpowszechnienie się nowoczesnych metod tworzenia i dystrybucji utworów (filmów, muzyki, książek) za pomocą nośników cyfrowych (w tym internetu), jest przyczyną debaty o zmianie tych zasad.

Prawo autorskie jest anachronizmem…
Argumentem świadczącym o potrzebie zmiany aktualnie obowiązujących norm prawnych jest stwierdzenie, że „na świecie są miliardy twórców” (prawo.vagla.pl/node/7220). Nie ulega wątpliwości, że ten zarzut, w świetle obowiązujących przepisów i szeroko określonego pojęcia utworu (de facto każdego zindywidualizowanego przejawu myśli ludzkiej), jest uprawniony. Nie chodzi jednak o konstatację tego faktu, lecz o konsekwencje z niego wynikające. Łatwość tworzenia powoduje lawinowe wręcz zwiększenie ilości utworów, a tym samym – na skutek zmniejszenia zakresu tzw. domeny publicznej – ogranicza swobodę kolejnych twórców, zmuszając ich do większego wysiłku, a w konsekwencji zwiększając koszty twórczości.

Po drugie, obecnemu systemowi ochrony praw autorskich zarzuca się, że monopolizacja prawa autorskiego (tj. przyznawanie wyłącznych praw do utworu jego twórcy) ogranicza dostęp do informacji. Jak twierdzi J. Załuski, „(..) wprowadzenie PWI [prawa własności intelektualnej] daje właścicielowi władzę monopolistyczną nad wytworzonym przez niego dobrem, dzięki czemu uzyskuje on możliwość ustalania cen za to dobro. W konsekwencji cena ta staje się wyższa niż cena, która obowiązywałaby w braku PWI. Efektem wprowadzenia PWI będzie więc strata społeczna, gdyż wielu potencjalnych konsumentów informacji nie zdecyduje się jej nabyć z uwagi na jej wysoką cenę, wynikającą z monopolistycznej pozycji twórcy, którą ustanowiło PWI. Ujmując rzecz krótko, informacja będzie sprzedawana za wysoką cenę i w niskich ilościach” (Załuski W., Schemat ekonomicznego ujęcia prawa własności intelektualnej (w:) J. Stelmach, M. Soniewicka (red.), Analiza ekonomiczna w zastosowaniach prawniczych, Warszawa 2007). Argument ten w publicystycznej formie zawarł w swoim felietonie Tomasz Michniewicz, który pisze, że „kilka firm kontrolujących globalny rynek fonograficznych szybko się połapało, że może windować ceny dostępu do muzyki praktycznie bez ograniczeń, kierując się jednym jedynie kryterium – zyskiem własnym, i pośrednio również artysty”.

Inny argument pojawia się w kontekście proponowanych zmian, tj. depenalizacji niekomercyjnego dostępu, w tym pobierania i rozpowszechniania, utworów chronionych prawem autorskim, a jednocześnie zapewnienia twórcom odpowiedniego wynagrodzenia. Przykładem tej idei jest m.in. „rekompensacyjna opłata internetowa” (prawo.vagla.pl/node/5904), która „polegałaby na dołożeniu do kwoty abonamentu lub jednostkowej opłaty za dostęp do sieci albo wolumen wymiany danych, opłaty w wysokości określonej procentowo (od 3-10 % w zależności od zakresu legislacji) z przeznaczeniem jej do podziału, za pośrednictwem właściwych organizacji zbiorowego zarządzania, między uprawnionych twórców i producentów” (serwisy.gazeta.pl/kultura/1,34791,3097019.html). Pomysł ten, stanowiący próbę dostosowania obecnego systemu praw autorskich do realiów społecznych, jest krytykowany m.in. z uwagi na niemożliwość pogodzenia fundamentalnego założenia, że autor ma swoisty monopol względem utworu, z ideą swobodnej wymiany informacji (zgoła przeciwieństwa wyłącznych uprawnień przysługujących twórcy). Pomysły te rodzą też wiele zasadnych pytań: kto miałby rozdzielać pobrane opłaty między twórców? Na jakich zasadach ten podział miałby się opierać? Jeśli podział miałby się opierać na danych statystycznych, to jakie byłyby techniczne i prawne ramy zbierania i magazynowania danych?

Przedmiotem krytyki są nie tylko ramy prawne, ale i faktyczne uwarunkowania obecnego systemu tworzenia i dystrybucji utworów. Winą za niewydolność obecnego systemu prawa autorskiego są obarczane organizacje zbiorowego zarządzania (takie jak ZAiKS), koncerny medialne, a także (jak w felietonie będącym inspiracją dla niniejszego tekstu) sami artyści, którzy nie chcą zrezygnować z ogromnych zysków. Wskazuje się też, że większość zysków na rynku audiowizualnym czerpie niewielka grupa artystów (2% najpopularniejszych utworów w iTunes skupia 90% uwagi użytkowników – blog.rczajka.pl/2012/07/13/nie-chodzi-o-dostep/), a najlepiej zarabiający artyści nie są twórcami dzieł o najlepszej jakości (Tomasz Michniewicz wskazuje tu na Kristen Stewart, biorącą 20 mln $ za rolę, czy Madonnę zarabiającą 50 mln $).

…ale proponowane rozwiązania są ułomne…
Powyższe argumenty mają charakter przykładowy: pewnie każdy z Was (o ile nie otrzymuje wielomilionowych gaży za swoje role czy płyty) znalazłby co najmniej kilka kolejnych. Jednak samo stwierdzenie, że pacjent jest chory, i wskazanie przyczyn tej choroby, to za mało – dla dobra debaty publicznej powinno się również wskazać możliwości uzdrowienia obecnej sytuacji i wskazanie konkretnych rozwiązań aktualnych problemów.

Niestety, w mojej ocenie dyskurs w zakresie prawa autorskiego zbyt często opiera się na argumentach zgoła nieracjonalnych, emocjonalnych. Idealnym potwierdzeniem tej tezy jest właśnie artykuł Tomasza Michniewicza, z którego przebija niechęć do bogatych „artystów” i otaczających ich wydawców, asystentów, prawników i promotorów, a z drugiej strony gloryfikowani są etiopscy artyści zarabiający na życie kopaniem ziemniaków. Nie rozumiem jednak, dlaczego miałoby to świadczyć o wyższości jednego modelu nad drugim (tu: etiopskiego nad europejsko-amerykańskim). Michniewicz pisze również, że o słabości obecnego modelu praw autorskich świadczy fakt, że „Danzel zarabia sto razy więcej niż Esbjorn Svensson”, ale „Nadszedł czas zrównania gaży z jakością wykonania”. To socjalistyczne rozumowanie może się podobać lub nie, ale abstrahując od politycznych sympatii, nie uważam za prawidłowe podejście, w którym system prawny miałby premiować w bliżej nieokreślony sposób „jakość” twórczości danego artysty. Autor zapomina chyba, że zarobki np. muzyków są w dużej mierze uzależnione od popularności artysty, a ta nie jest pochodną jakości (zwłaszcza, że utopijne byłoby oczekiwanie, że niszowy artysta jazzowy byłby popularniejszy od wykonawcy muzyki popowej).

Proponowany system rekompensacyjnej opłaty internetowej (tzw. stół szwedzki) również rodzi wiele pytań, o których wspomniałem powyżej. Depenalizacja pobierania i rozpowszechniania utworów drogą internetową z jednej strony stanowiłoby wyraz legalizacji powszechnych zachowań obywateli, z drugiej zaś wydaje się nie do pogodzenia z obowiązującymi uprawnieniami twórców. Interpretacja, że taki system stanowiłby rozszerzenie klauzuli dozwolonego użytku, która również stanowi wyłom w wyłącznych uprawnieniach podmiotu praw autorskich, na pierwszy rzut oka wydaje się sensowna, ale rodzi pytania o to, czy de facto nie godzi to w sens i rolę klauzuli.

Najlogiczniejszą propozycją jest propozycja całkowitego zniesienia systemu prawa autorskiego. Trzeba jednak przyznać, że tak radykalny pomysł nie jest możliwy do zrealizowania w obecnych realiach społecznych (prawo.vagla.pl/node/9820), ekonomicznych i prawnych.

…i mają wydźwięk propagandowy
Bardzo zgrabny postulat „Information wants to be free” (en.wikipedia.org/wiki/Information_wants_to_be_free) każe się też zastanowić nad słownictwem używanym w debacie. Prawie zawsze, gdy jest mowa o zmianach w prawie autorskim, pojawia się argument, że obecny system powoduje zmniejszenie dostępu do informacji (a utwory to też informacje – prawo.vagla.pl/node/9691); jednocześnie wskazuje się, że prawo dostępu do informacji jest jednym z podstawowych praw człowieka, fundamentem demokracji i swobód obywatelskich. Rodzi to jednak pytania, czy utwory w potocznym rozumieniu tego słowa (filmy, muzyka, beletrystyka), a także programy komputerowe należy rozumieć jako informację? Uważam, że w niektórych sytuacjach takie podejście jest nadużyciem (podobnie jak używanie terminu „nieformalny obieg kultury” zamiast piractwa – centrumcyfrowe.pl/2012/protest-w-sprawie-acta-to-walka-mlodych-o-wolnosc-w-internecie-potwierdzaja-wyniki-badan/). Takie podejście niejako automatycznie stawia osoby zajmujące odmienne stanowisko w roli obrońców niesprawiedliwego i opresyjnego systemu wspierania korporacji i pseudo-artystów.

Prawo to system norm regulujących stosunki społeczne. To stosunki są nie tylko przez prawo kształtowane, ale też nierzadko wpływają na zmianę prawa. Nie ulega wątpliwości, że obecny system prawa autorskiego wymaga zmian. Komplikacje zaczynają się jednak, gdy przychodzi do wskazanie konkretnych rozwiązań, które miałyby dopasować prawo autorskie do aktualnych uwarunkowań społeczno-gospodarczych. Może Wy macie jakieś propozycje?

Tagi:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement