Perły z lamusa: Carmageddon, czyli gra, która dawała wolność (i demolkę)

Gry 09.05.2012
Perły z lamusa: Carmageddon, czyli gra, która dawała wolność (i demolkę)

Nie mogłam pominąć takiej informacji – Stainless Games, studio odpowiedzialne za stworzenie jednej z najbardziej innowacyjnych jak na drugą połowę lat 90 gier, – Carmageddona po burzliwych czasach, utracie praw do hitowej gry wraca z wizją powrotu do korzeni. Na Kickstarterze właśnie można przyczynić się do powstania gry Carmageddon: Reincarnation. Twórcy liczą na zebranie 400 tysięcy dolarów, a patrząc na tempo powiększania się sumy i 28 dni do końca zbiórki powinno udać się to bez problemu. Warto jednak przypomnieć pierwszą część tej kultowej już gry. Gry, która jako jedna z pierwszych, jeśli nie pierwsza, dawała ogromną wolność działania.

Pierwszy Carmageddon światło dzienne ujrzał w kwietniu 1997 roku. Od samego początku wzbudzał ogromne kontrowersje. Krótko mówić Carmageddon to samochodówka, w której można ścigać się z innymi kierowcami, połączona z… no właśnie, z czym? Z możliwością rozjeżdżania przechodniów, za co dostawało się dodatkowy czas i możliwością rozwalania konkurentów. Ogromne jak na tamte czasy lokacje, możliwość poruszania się nie tylko po wyznaczonych trasach, całkiem niezła fizyka gry oraz połączenie dziwacznego okrucieństwa z rozjeżdżania ludzi, wyścigów, ogólnej demolki okraszone dozą niezłego, czarnego humoru powodowały, że Carmageddon stal się ewenementem.

Bo samochodówki w tamtych czasach były mocno ograniczone. Need For Speed II SE wyszedł dosłownie 1 dzień przed Carmageddonem, pierwszy Colin McRae Really miał się pojawić dopiero rok później… Samochodówki tamtych czasów wyglądały mniej więcej tak: jedziesz jak najlepiej trasą, ścigasz się ze sztuczną inteligencją lub kolegą na dzielonym ekranie, a gdy tylko zjedziesz kawałek z trasy, to pojawia się bariera, która nie pozwala wyjechać dalej.

Różne gry miały różną fizykę i tryby rozgrywki, jednak były niemiłosiernie liniowe. Grafika stawała się coraz lepsza, 3D zaczynało szybko i prężnie rozwijać się, a gracze pragnęli coraz więcej i więcej. Carmageddom odpowiedział na te potrzeby.

Ważny był klimat gry – ociekający krwią, z żartami typu “proste, jak zabijanie młodych króliczków” i kursorem-odciętą ręką, ale jednocześnie lekko frywolny. Do tego dochodziła dosyć charaterystyczna postać kierowcy Maksa Damage, wymyślne pojazdy (Monster Truck!!!), postacie, no i w końcu trasy.

Trasy i światy projektował jakiś chory umysł, ale w takim pozytywnym tego słowa znaczeniu. Szalone góry i budynki, krowy, ostre zakręty, zakamarki typu ogromna dziura w ziemi… Jednak nie znaczyłyby one nic, gdyby nie dało się po nich jeździć jak tylko się zamarzyło.

I ta właśnie nieliniowość zrobiła z Carmageddona grę, w którą do dziś przyjemnie się gra. Zamiast ścigać się po wyznaczonej trasie mogłam z niej zjechać, zwiedzić całą lokację, przejechać kilku ludzi by zyskać czas, złapać jakiegoś power-upa (a te były wymyślne, bo oprócz standardowego nitro czy darmowej naprawy można było włączyć grawitację rodem z Marsa czy księżyca, stać się piłeczką z pinballa, skakać i wiele innych), poskakać po dachach a potem ścigać się z innym kierowcą by finalnie zniszczyć jego samochód. Mogłam zająć się rozjeżdżaniem ludzi na ręcznym, za co dostawałam “premię za artystyczne wrażenia”, a gdy już mi się znudziło, mogłam albo przejechać okrążenia albo zniszczyć wszystkich przeciwników. Mogłam robić też wiele rzeczy – na przykład wjechać prosto w słup, tak, że mój samochód został przecinany na pół…

Dzisiaj jest to dla nas raczej normalne, że gry pozwalają na interakcje z otoczeniem, jednak 1997 roku było to coś niespotykanego. Bez kozery porównałabym świat Carmageddona tylko z ówczesnym GTA, choć znów – GTA (pierwsza część) miała premierę kilka miesięcy później, a poza tym nie była ani trochę trójwymiarowa.

Carmageddon doczekał się dwóch kontynuacji. Część drugą wydało też Stainless Games, trzecia został zrobiona już przez Torus Games. I to był błąd – Carmageddon TDR 2000 był ocenzurowaną z krwi samochodówką, która straciła całą magię wolności oryginału. I tak Carmageddon zakończył swój żywot. Do teraz.

Przyznam się, że wciąż zdarza mi się pograć w przestarzałego już, graficznie niemal przedpotopowego pierwszego Carmageddona. Nie jest to arcydzieło, a piksel goni piksel, jednak pod względem grywalności wciąż jest dobrze i… prosto. Przyjemnie nieskomplikowanie tak, by usiąć, zagrać, pościgać się lub rozwalić kilku przeciwników. To się chyba nigdy nie znudzi.

Carmageddon zasługuje na godną kontynuację. Mam nadzieję, że Reincarnation takie będzie, że Stainless Games nie przekombinują z komplikowaniem rozgrywki, bo cały smak tej kontrowersyjnej gry polegał właśnie na prostocie i dowolności działań. Jednak oglądając filmiki i czytając świetny opis z Kickstartera coraz bardziej na to liczę.

“Hang on to yer helmet!”

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement