Najbliższy piątek to święto dla fanów dobrego science-fiction

07.03.2012
Najbliższy piątek to święto dla fanów dobrego science-fiction

Gry wideo, nawet jeśli już stworzą pewną legendę, to zazwyczaj jest ona popcornowej jakości. Umówmy się, Tomb Raider, Mortal Kombat czy inne tego typu twory to wspaniałe gry, ale ciężko je traktować poważnie. Mass Effect to jeden z tych nielicznych tytułów, który z powodzeniem połączył ambitne podejście do tematu z przystępnością.

Mass Effect to, według mojej oceny, jedna z najambitniejszych gier w historii gier wideo. Jej siła nie polega na gigantycznym świecie, na kilku tysiącach misji pobocznych czy złożonej do granic absurdu rozgrywce. Śmiem zaryzykować nawet, że Mass Effect jest zbyt prosty, by być promowanym przez BioWare jako gra RPG. A mimo to gra już teraz nosi miano kultowej. Powstają kolejne powieści, amatorskie filmy krótkometrażowe, a na konwentach science-fiction nie brakuje cosplay’ów nawiązujących do wykreowanego przez BioWare uniwersum. Ja wsiąkłem w tę sagę aż po uszy. W czym tkwi sekret?

Mass Effect był nieraz krytykowany przez fanów produkcji takich, jak Fallout czy Skyrim. I z tego punktu widzenia, należało mu się. Gra jest promowana jako rozbudowane RPG, a tymczasem to rozbudowany… shooter. To, czym się różni od innych shooterów, to nieliniowość rozgrywki, możliwość zarządzania drużyną, bardzo rozbudowany wątek fabularny na który mamy duży wpływ (aczkolwiek historia i tak układa się z grubsza tak, jak autorzy tego sobie zażyczyli). Nie to jest jednak największą siłą tej gry. BioWare udało się bowiem wykreować niesamowite, przemyślane i potężne uniwersum, na miarę tego z Gwiezdnych Wojen. Jest spójne, jest bogate, jest bardzo angażujące i przemyślane. A po tym uniwersum jesteśmy prowadzeni mistrzowską narracją.

Fenomen tej gry nie tkwi więc w innowacyjnej czy bardzo rozbudowanej mechanice. Mass Effect i Mass Effect 2 to gry bardzo przystępne. Nie musimy się martwić o miejsce w ekwipunku, o dziesiątki parametrów postaci. Te elementy oczywiście są dostępne, jak w każdej grze RPG. Ale zostały zredukowane do niezbędnego minimum. To, na czym autorzy chcą, byśmy się skupili, to sam świat gry. Podejmowanie decyzji, od których zależą losy galaktyki, nasz los czy los ukochanej. Odkrywanie kolejnych tajemnic, jakie przygotowali scenarzyści. Poznawanie świata i wartka akcja, która zwalnia nie dlatego, bo trzeba usiąść i zastanowić się skąd zdobyć złoto/kredyty/inną walutę, czy też jak rozplanować rozwój talentów naszej postaci, a dlatego, że wylądowaliśmy na planecie, na której zamiast strzelać musimy zapobiec, na przykład, politycznemu skandalowi.

Wspomniałem wyżej o mistrzowskiej narracji i powyższe podtrzymuję. Mass Effect jest zdecydowanie mniej rozbudowany w porównaniu do klasycznych mistrzów gatunku, wręcz nieporównywalnie. Ale w zamian za to każda linia fabularna, jaka wyniknie z naszych działań, opowiedziana jest w sposób dopieszczony do ostatniego szczegółu. Śliczna grafika (aczkolwiek nie jest to jakiś fenomen fotorealizmu, bardziej chodzi o piękne scenografie, kostiumy, projekty postaci…), genialna oprawa muzyczna, fantastyczna obsada aktorska (niestety, polski dubbing z drugiej części woła o pomstę do nieba) a przede wszystkim… reżyseria. BioWare nie tylko udało się przedstawić bogate, przemyślane uniwersum, które robi świetne wrażenie nawet na dość wymagającym fanie science-fiction, jak ja, ale także wpleść w to fajną historię, która najzwyczajniej w świecie wciąga. Grając w poprzednie części czułem nie tylko adrenalinę podczas zręcznościowych, strzelankowych elementów gry, ale i emocje. Przywiązałem się do mojej załogi, nieraz czułem wzruszenie, radość czy złość. Jak przy najlepszej książce lub najlepszym filmie. Są momenty, w których trup ścieli się gęsto. Są momenty, w których czuć mrok i intrygę, w których musimy wykazać się przebiegłością umysłu. Ba, są nawet wątki romantyczne.

Mass Effect nie będzie interesujący dla graczy, którzy traktują fabułę w grach jako pretekst do zmasakrowania kolejnych przeciwników. Będzie też nudny i prostacki dla osób, które uwielbiają dopasowywać każdy szczególik swojej postaci, drużyny i wyposażenia i którzy wymagają od każdej lokacji, by była rozbudowana jak dzielnica dużego miasta. Ale jeżeli uważasz, tak jak ja, że science-fiction w XXI wieku leży i kwiczy i tęsknisz za czymś zupełnie nowym, a zarazem bardzo dobrym, a także lubisz gry wideo, w których nie trzeba koncentrować się na zbyt wielu szczegółach, a zarazem wymagasz czegoś więcej niż tępej strzelanki, to jeżeli jeszcze nie zapoznałeś się z sagą Mass Effect, to najwyższy czas nadrobić zaległości.

Zwłaszcza, że inspiracją do tej notki jest piątkowa premiera ostatniej części trylogii Mass Effect. Gra pojawi się w wersji dla Windows, Xbox 360 i PlayStation 3. W piątek sobie jej, z przyczyn o których dżentelmeni nie rozmawiają, nie sprawię. Ale nie mogę się doczekać, by się przekonać, jak to się wszystko zakończy. Zresztą, zobaczcie sami poniższy zwiastun (koniecznie na pełnym ekranie, w HD). A potem przypomnijcie sobie, jak długo już nie widzieliście takiej reklamy filmu science-fiction. To zwiastun, więc oczywiście jest aż do przesady epicko i patetycznie i wszędzie pełno wybuchów. Tym niemniej, wybaczcie potoczną mowę, ale jaram się jak diabli i nie mogę się doczekać, aż wsadzę do mojego Xboksa płytkę z grą:

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement