Lepszy software może przedłużyć działanie prądożernego smartfona

16.03.2012
Lepszy software może przedłużyć działanie prądożernego smartfona

Do tej pory producenci smartfonów próbowali rozwiązywać problem coraz większego apetytu urządzeń na prąd wbudowując do nich coraz większe i pojemniejsze baterie. Najnowsza nadzieja na wydłużenie działania prądożernych urządzeń przychodzi jednak od producentów software.

Wytrzymałość baterii to w tej chwili jeden z najpoważniejszych problemów trapiących producentów smartfonów. Dla części użytkowników konieczność częstego ładowania, czasem nawet dwa razy na dobę, to wystarczający powód by nie zawracać sobie głowy kupowaniem smartfona. – Ile to wytrzymuje na baterii? Półtora dnia? Sorry młody, nie będę ciągle nosił przy sobie ładowarki – skwitował mój tata, kiedy namawiałem go na dotykowego smartfona z dużym ekranem. Oczywiście tacy użytkownicy nie są grupa referencyjną dla producentów, operatorów i producentów aplikacji. Ktoś, kto chce tylko dzwonić i ewentualnie czytać maile, nie będzie użytkownikiem namiętnie korzystającym z mobilnej sieci, ściągającym aplikacje. Po prostu nie przyniesie żadnej ze stron wystarczającego przychodu, by opłacało się o niego zadbać.

Duży apetyt na prąd powoduje także inne problemy np. w podróży. Jeśli pojedziecie np. w polskie Tatry czy Bieszczady, zobaczycie, że telefon nawet w trybie czuwania, zużywa prąd znacznie szybciej niż znanych wam okolicach. Większa odległość od stacji bazowych operatorów to większe zapotrzebowanie na prąd.

Oczywiście te problemy są łatwe do rozwiązania. Starszy pan nie musi mieć smartfona by dzwonić, a na włóczenie się po bezdrożach można kupić np. taniego Samsunga Solid z baterią, która wytrzyma wiele dni.

Problem jednak w tym, że rosnący apetyt urządzeń mobilnych na energię zaczyna poważnie wpływać także na najbardziej aktywnych użytkowników, łączących się mobilnie z siecią, czytających wiadomości, ściągających aplikacje i testujących nowości. Słowem, tę grupę klientów, która w smartfonowym biznesie przynosi największe przychody. Chodzi o aplikacje intensywnie wykorzystujące geolokalizację czyli informacje o położeniu użytkownika. Tak się składa, że na tej funkcji bardzo mocno opiera się większość aplikacji, które w ostatnim czasie skupiły na sobie uwagę Doliny Krzemowej, inwestorów i branży mobilnej.

Najnowszym przykładem jest Highlight, czyli aplikacja umożliwiająca kojarzenie ze sobą zupełnie obcych sobie osób, użytkowników usługi, jeśli mają np. te same zainteresowania (zdefiniowane wcześniej w profilu). W skrócie – przychodzisz np. restauracji, a Highlight informuje Cię, że w tym samym lokalu jest osoba, która także interesuje się np. życiem emocjonalnym chomików czy grami RPG. By uzyskać ten efekt Highlight musi działać przez cały czas w tle, regularnie wysyłając ping do komórkowych stacji bazowych lub korzystając z GPS. Geolokalizację wykorzystują chyba (poprawcie mnie jeśli się mylę) wszystkie inne aplikacje społecznościowe, takie jak Facebook, Foursquare czy Path oraz wiele innych. Geotagi dodawane są np. w iOS do zdjęć, a dane z GPS wspomagają działanie wielu innych aplikacji, jak choćby przypomnień w iOS czy bardziej złożonych menedżerów zadań, jak Toodledo czy OmniFocus. Efekt – wielu użytkowników kupuje dodatkową ładowarkę np. do pracy, lub po prostu nosi cały czas przy sobie zasilacz lub choćby kabel łączący telefon z komputerem (sam tak robię).

Jak na razie producenci próbują zmierzyć się z problemem w sposób hardware-owy, wciskając do urządzeń coraz większe i pojemniejsze baterie. To nie przypadek, że nowy iPad jest cięższy od poprzednika. Ekran o większej rozdzielczości i antena LTE potrzebują więcej prądu. Alternatywa przed jaką stoją producenci, jest niewesoła: jeśli dołożymy do urządzenia prądożernych gigaherców, to musimy albo włożyć do niego większą baterię, lub pogodzić się z tym, że będzie działał znacznie krócej niż poprzednik (patrz iPhone 4S).

Wygląda jednak na to, że na horyzoncie pojawiła się nadzieja na zmiany. Pomoc nadchodzi ze strony producentów software. Geoloqi, amerykański startup z Portland, twierdzi że napiał algorytmy optymalizujące zużycie prądu przez funkcje geolokalizacji. Firma wyjaśnia, że dzięki zastosowaniu jej algorytmów smartfon efektywniej wykorzystuje źródła wiedzy o swoim położeniu, korzystając nie tylko z GPS, ale używając miksu danych z nadajników komórkowych, GPS i sieci WiFi w zasięgu, wybierając te rozwiązanie, które zużywa najmniej prądu. Oczywiście producenci smartfonów używają podobnych rozwiązań. Geoloqi twierdzi jednak, że udało się jej zredukować zużycie baterii średnio o 29 proc. Firma utrzymuje, że dzięki wykorzystaniu jej algorytmów i różnych źródeł informacji telefon potrafi dokładniej określać swoje położenie, co ma rozwiązać problem np. niedokładnych przypomnień opartych na GPS, które zamiast pojawiać się w określonej lokalizacji, wyskakują na ekranie w odległości kilku kilometrów od zdefiniowanego miejsca. To realny problem – przypomnienia w iOS oparte na GPS są po prostu tak niedokładne, że nie ma najmniejszego sensu ich używać.

Podsumowując – kibicujmy Geoloqi. Oczywiście jest duża szansa, że wiele z tego, co mówią twórcy tego startupu to marketingowy szum, który ma wygenerować zainteresowanie inwestorów. Niezależnie od tego jednak sukces tej firmy może sprawić, że pojawią się inni przedsiębiorcy pracujący nad podobnymi rozwiązaniami. I może za kilka lat, kiedy w smartfonach będą procesory o ośmiu rdzeniach, będzie choć cień szansy, że będą one działać dłużej nić 3-4 godziny.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement