Google żegna Wave w naprawdę kiepskim stylu

20.03.2012
Google żegna Wave w naprawdę kiepskim stylu

Za kilka godzin ktoś, może kilka osób, zostanie ze skutkiem natychmiastowym zwolniony z działu marketingu Google – pomyślałem, kiedy do mojej skrzynki wpadł mail od „Google Wage” informujący o zbliżającym się zamknięciu usługi Wave. To malownicze potknięcie na samym finiszu istnienia tego produktu w niezamierzony (?) sposób podsumowuje porażkę Wave – produktu, który niewielu zrozumiało, a jeszcze mniej chciało używać.

Literówki są prawdopodobnie tak stare jak słowo pisane. W ciągu kilku ostatnich w redakcjach, w których pisałem, widziałem nie tylko miliony zamieniające się w miliardy, ale też takie kwiatki jak „generał papież”, który pojawił się w relacji z którejś z pielgrzymek Jana Pawła II. Takich rzeczy naprawdę można nie zauważyć, szczególnie jeśli zbliża się deadline, a praca nad tekstem trwa już szóstą godzinę bez przerwy. Kiedyś w redakcjach newsowych była instytucja tzw. redaktora-świeżego oka, który nie przygotowywał materiałów do bieżącego wydania, a jego zadaniem było tylko przeczytanie świeżym okiem tekstów przed wciśnięciem ostatniego entera. Redaktor-świeże oko zawsze miał ręce pełne roboty, a co lepsze dziwy które wyłapywał, trafiały wydrukowane na korkową ścianę chwały. Jednak i on nie wyłapywał wszystkiego, więc czasem bywało mniej wesoło. Widziałem sytuacje, w których ludzie tracili pracę z powodu milionów, które zamieniły się w miliardy, itp. Litościwym milczeniem pominę już popełniane przez praktykantów literówki w portalach internetowych czy na paskach telewizji informacyjnych, gdzie zdarzyło mi się widzieć słowo „alkohol” napisane przez „ch” (TVN24).

To wszystko przypomniało mi się w sekundę, kiedy zobaczyłem „Google Wage”. Hashtag #Googlewage natychmiast zaczął trendować na Twitterze. Prześmiewcze wpisy pojawiły się na blogach, na Google Plus i Facebooku. Słowem – duży wizerunkowy kiks. Do tego pojawiający się w naprawdę niekorzystnym momencie dla Google i jego inicjatyw społecznościowych, do których przecież zalicza/zaliczało się Google Wave. Kilkanaście dni temu pojawiły się statystyki ComScore, z których wynika że na Google Plus zagląda niewielu użytkowników. Byli i obecni inżynierowi Google narzekają na blogach na pogarszające się warunki pracy w firmie, czego przejawem ma być praktyczne zlikwidowanie zasady 20%, czyli pozwolenia inżynierom na wykorzystanie jednej piątej swojego czasu pracy w Google na rozwijanie projektów pobocznych. To właśnie w tych 20% leżą źródła wielu usług i funkcjonalności Google, które znajdujemy w np. w Gmail Labs. Słowem, kiepski moment na literówkę. I oczywiście nie chodzi o samo słowa „Wage”, które przecież oznacza „wynagrodzenie” lub „pensję”. Ważniejszy jest naoczny dowód na to, że w procesie wysyłania powiadomień do milionów użytkowników zabrakło „redaktora świeże oko” czyli po prostu weryfikacji i kontroli nad procesem. Pewnie nigdy się tego nie dowiemy, ale całkiem możliwe, że Wave po prostu nikt się już nie zajmuje, a wysłaniem przypomnienia o wygaszeniu usługi zajęła się osoba z łapanki. Może.

Smutny to koniec Wave, który miał być zupełnie nową jakością w komunikacji, który przez moment stworzył wrażenie, że w przestrzeni społecznościowej może pojawić się coś zupełnie nowego. Dziś Google w społecznościach ściga się z Facebookiem za pomocą jego kopii. Wave, którego przeznaczenia, funkcji i możliwości z Google nikt nigdy internautom nie wytłumaczył, kończy swój żywot naprawdę kiepskim akcentem. 

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement