Chrome OS i Chromebook od Samsunga kompletnie subiektywnie

13.01.2012
Chrome OS i Chromebook od Samsunga kompletnie subiektywnie

Mam bardzo mieszane uczucia odnośnie Chromebooka od Samsunga, jak i samego systemu Chrome OS. Na CES-ie Samsung zaprezentował nowe urządzenia, zarówno Chromebooka, czyli netbooka z systemem od Google’a, i Chromeboksa, czyli swoistego nettopa. Wszystko w dość wysokich cenach. Ja od kilku dni mam okazję używać pierwszej generacji Chromebooka, i choć jestem wielką fanką chmury, to muszę powiedzieć, że Chrome OS to nie jest jeszcze pełnoprawny produkt, który ma szansę zagościć na rynku konsumenta masowego. Choć Chromebook ma sporo zalet, to w obecnej cenie i formie nie ma sensu.

Nabierze go dopiero wtedy, gdy Google wprowadzi w życie plan rozdawania ich za darmo (a raczej sprzedawania po kosztach, czyli w niskich cenach) koncernom, różnym agencjom czy organizacjom w dużych ilościach, które to następnie rozdadzą je swoim pracownikom czy członkom. To ma sens – Chromebook mimo wszystko jest prosty w użyciu, ciężko w nim coś zepsuć, a zapewnia dostęp do aplikacji, a Google może wspierać go zarówno sprzętowo, jak i software’owo przez długi czas. Dzięki temu przekonanie firm do używania Google Apps będzie o wiele łatwiejsze. To jednak odległe i skomplikowane biznesowe plany, a tymczasem Chromebooki są ciekawostką, która nie ma na razie szans na sukces.

Po pierwsze Chromebook od Samsunga, chociaż wykonany w miarę solidnie, jest jednocześnie “zabawkowy”. Jak to określił Piotrek Barycki “niczym zabawka z Tesco”. Ja z kolei mówię, że w pewnych miejscach przypomina gryzak dla dzieci, choć materiały nie do końca te same. Niby nie ma się do czego przyczepić konkretnie, ale całość jest niespójna i sprawia wrażenie taniości na przemian z chęcią bycia jakościowym komputerem. O ile z zamkniętą klapą jest jeszcze dobrze, o tyle po otworzeniu go trudno powstrzymać myśl “ale zabaweczka”, w tym negatywnym sensie. Szkoda, że na zdjęciach tak tego nie widać – w rzeczywistości jest gorzej. Tu matowe, tam błyszczące, tu przypominające gumę, tam typowo plastikowe… Na dodatek wszystko łapie ślady palców czy nadgarstków (powierzchnia wokół gładzika).

Ogromnym plusem jest za to matowa matryca 16:10, dzięki czemu źródła mocniejszego światła nie są straszne, a powierzchnia robocza ekranu o przekątnej 12,1” jest większa w porównaniu do ekranów o proporcjach 16:9. No i bateria – to chyba największa zaleta Chromebooka. 7 godzin dla tego komputerka to nic, wytrzyma więcej, nawet przy łączeniu się raz za pomocą WiFi, raz 3G. 8-9 godzin to dla Chromebooka bezproblemowy czas pracy przy rozsądnym korzystaniu, natomiast wspomniane 7 godzin to zwykły czas intensywnej pracy, z dźwiękiem, kilkoma kartami, Internetem i mocniejszym podświetleniem ekranu.

A, właśnie, podświetlenie ekranu. Tu jest drobny problem. Chromebook sam dostosowuje je do potrzeb, więc nie ustawimy sami jednego, najodpowiedniejszego dla nas. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że wo podświetlenie sprawia często figle – potrafi przełączać się raz tak, raz tak, dodatkowo z opóźnieniem, przez co na przykład podczas czytania tekstu mamy niemiłe niespodzianki. Nie da się wyłączyć automatycznego dostosowywania jasności, chyba, że ma się ochotę na grzebanie w trybie programisty albo… zaklejenie czujnika obok kamery. Wszystko da się obejść:)

Klawiatura jest miękka, ma dosyć mocny skok i wąskie klawisze. Pisze się łatwo, choć zabrakło na przykład klawisza “delete”. Zamias “eFów” mamy mnóstwo klawiszy funkcyjnych: wstecz, dalej, odśwież, pełny ekran, przełączanie między “pulpitami” (czyli oknami przeglądarki), kontrola jasności i dźwięku. Zamiast tyldy umieszczono klawisz, który uruchamia nową kartę. Po pewnym czasie można się przyzwyczaić, choć nie każdemu do gustu przypadnie spory skok.

Gładziki można kochać lub nienawidzić. To chyba wszystko, co można o tym powiedzieć. Ja należę do tej drugiej grupy, która woli touchpada z tradycyjnymi przyciskami, a nie ukrytym jednym, z domyślnie wyłączonym kliknięciem przez “puknięcie” i brakiem prawego klawisza (prawy klawisz to “tapnięcie” dwoma palcami”). Przewijanie jest “miękkie” i niestety, nie zawsze płynne.

Wspominałam już, że Chromebook jest dosyć ciężki jak na netbooka? Mimo małych rozmiarów waży prawie półtora kilograma. Może to kwestia przyzwyczajenia, bo Toshiba, której używam na co dzień jest gabarytowo większa (13,3”) i waży niemal dokładnie tyle samo. Mój poprzedni netbook, a nie notebook, ważył dokładnie kilogram. Dla osób korzystających na co dzień z o wiele cięższych laptopów półtora kilograma to nie będzie dużo, jednak ja od netbooka tylko do internetu wymagałabym większej mobilności.

Wygląd do bardzo subiektywna sprawa, ale mi Chromebook do gustu nie przypadł całkowicie. Jest bardzo specyficzny, ale nazywać go pięknym i zmysłowym? nawet bym nie zaryzykowała. “Zabawka z Tesco”.

Chrome OS to Chrome OS. Chromebook działa na Atomie, dwóch gigabajtach RAM-u i szestastogigabajtowym dysku SSD. Niestety nie czuć, że dysk to SSD, a pierwsze logowanie, gdy system zsynchronizował sam wszystkie moje zakładki, rozszerzenia, ustawienia, historię i web aplikacje pokazało, że przy ciągłej synchronizacji nie będzie szans na komfortowe korzystanie. Przy 3-4 kartach lagował, źle przełączał się między kartami (długi czas oczekiwania). No, ale to logiczne – w końcu mój podstawowy komputer jest o wiele mocniejszy, więc radzi sobie z większym obciążeniem. Na szczęście pomyślano o możliwości wyboru synchronizowanych elementów, wyłączyłam więc “sync” rozszerzeń i web aplikacji, odinstalowałam większość z nich (trudno, to w końcu netbook) i metodą prób i błędów doszłam do optymalnej ilości rozszerzeń. Jednak tym samym system stracił jedną z największych zalet – pełną synchronizację między przeglądarkami. Co dziwne, na starym desktopie Chrome jako przeglądarka nie ma zbytnich problemów z obsługą tego wszystkiego, chociaż sprzętowo komputer porównywalny jest do Chromebooka. Cóż, pewnie większość użytkowników nie odczuwa takich problemów, jednak dla kogoś, kto świadomie przenosi się z aktywnościami do chmury i dla której Chrome OS był bardzo ciekawym urządzeniem to spore rozczarowanie. Ważne: sporo rozszerzeń z Chrome’a nie działa na Chrome OS.

A sam system? To przeglądarka z drobnymi dodatkami, czyli prostym menadżerem plików czy odtwarzaczem multimedialnym. Niestety, ów menadżer jest po prostu brzydki – szkoda, że Google nie postarał się o stronę wizualną Chrome OS-a.

Jeśli chodzi o używanie systemu Chrome OS w codziennych, zwykłych czynnościach, to jest dobrze. Można odczytać plik z karty pamięci czy dysków USB, można nawet wrzucić go na Fejsa czy do innej chmury, tak jak skolejkować sobie empetrójki w odtwarzaczu. Nie ma edytora grafiki, tu już trzeba radzić sobie na własną rękę.

Jednak od czego jest Internet? W samym ChromeWebStore znaleźć można mnóstwo rozszerzeń i aplikacji służących do przeróżnych czynności (tylko trzeba pamiętać – nie za dużo na raz, bo zamuli), a sam internet pełen jest przeróżnych wymysłów pozwalających na przykład online odpakować archiwa zip czy rar. Do najwygodniejszych to wszystko nie należy, ale w końcu inaczej się nie da.

I nie, to nie są zarzuty. Trzeba po prostu zdawać sobie sprawę, że Chrome OS i Chromebook stworzone zostały do Internetu i z tym zadaniem radzą sobie w miarę przyzwoicie. Pod pewnymi warunkami.

Bo już na przykład ze streamowaniem materiałów wideo z sieci Chromebook miewa czasem drobne problemy, zwłaszcza tych 16:9. Na YouTube jest w porządku, jednak na innych serwisach wokół wideo pojawiają się takie przyjemne, wcale nieprzeszkadzające, wściekle białe paski. No i występują lagi…

Nie wiem, dla kogo jest Chromebook Samsunga. Do dziś wszyskich sprzętów z Chrome OS sprzedało się około 30 tysięcy sztuk – dużo, mało? Ja widzę na razie dla nich miejsce tylko w biznesie, tylko jako terminali dostępowych do Google Apps. W każdym razie nie za te ceny – na Amazonie 450 dolarów z modemem 3G, bo bez modemu nie ma sensu go kupować.

Mimo wszystko killer-ficzer Chromebooka, czyli bateria, robi wrażenie. W podróży jak znalazł i w tym wygrywa z moją Tośką, tylko w tym. Te 4 godziny więcej to dużo. Za to wagowo czy gabarytowo Tośka jest taka sama, więc pewnie… W podróż będę zabierać oba. 3 kilogramy komputerowego szczęścia i przekładanie karty SIM. A, tu jeszcze jedna zaleta Chromebooka – kartę SIM wkłada się bez konieczności wyciągania baterii. Bo baterii z Chromebooka nie da się w ogóle wyciągnąć.

Jako, że oczywistością jest, iż Chrome OS uruchamia się w kilka sekund skończę optymistycznym akcentem: kto wie, może kolejne generacje Chrome OS i Chromebooków będą bardziej dopracowane? Oby, bo na przygotowanie do ekspansji na masowy rynek i trafienie do konsumentów Google ma jeszcze sporo czasu.

Jeśli jednak chcecie kupić Chromebooka, to pamiętajcie, że to netbook. Netbook, od którego nie wymaga się zbyt dużo.

 

*Za wykorzystanie w większości zdjęć Przemka przepraszam, ale Chromebook to Chromebook, a obecnie moje sprzęty do fotografowania ograniczają się do samej karty SD bez aparatu:)

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement