Eryk Mistewicz: Wirtualna kampania i tradycyjne media

13.06.2011
Eryk Mistewicz: Wirtualna kampania i tradycyjne media

Zapraszam do przeczytania wpisu gościnnego autorstwa Eryka Mistewicza, którego chyba specjalnie nie trzeba przedstawiać. Tekst pierwotnie ukazał się na łamach tygodnika opinii „Uważam Rze, Inaczej pisane” (nr 18/2011).

Zaproszony zostałem na debatę w Pałacu Prezydenckim, w roli social media evangelist. Poproszono, abym mówił o wszystkich mediach nowej generacji, skupiłem się jednak na serwisie, który udało się wypromować w Polsce w ciągu ostatnich dwóch lat. Przedstawiłem, jak Twitter zmienia politykę, mówiłem o kolejnych „rewolucjach twitterowych” i rosnącym poczuciu podmiotowości obywateli.

Także o tym, jak zmienia polityków. Nicolas Sarkozy ostatnio powiedział do twitterowiczów: „Moja ekipa cały czas śledzi Internet, nie ma już czasu na gazety. Mój »Grand Journal du soir« (wieczorne wiadomości TV, do niedawna wieczorna msza w każdym francuskim domu – przyp. red.) to dziś wy”.

Coś ważnego powiedział też Barack Obama swoim gestem: podczas wizyty w Europie jedynego wywiadu udzielił polskiemu blogerowi, nie zostawiając najmniejszych szans byłemu korespondentowi TVP w Stanach. Musiało zaboleć.

Twitter radykalnie zmienia również warunki pracy marketingowców, ludzi public relations. Stephane Fouks, guru naszej branży, doradca Dominique’a Straussa-Kahna, wyjaśnił w „Le Point”, dlaczego nie zajmował się pracą z dziennikarzami na miejscu procesu swego klienta: „To byłoby bez sensu. W Nowym Jorku sprawą zajmuje się 80 dziennikarzy, z których 77 kopiuje wpisy z Twittera swoich kolegów”.

To prawda. W dniach procesu stacje telewizyjne – nie mogąc transmitować obrazu live – prezentowały na ekranach wpisy twitterowiczów obecnych na sali rozpraw.

I tak oto media z Twitterem mają dziś większy problem niż politycy i marketingowcy. Posłowie, ministrowie, samorządowcy czują się tu całkiem swobodnie. Wymieniają poglądy i newsy, powiększają grupy zwolenników, budując „swoje kościoły”. Nawiązując bezpośredni kontakt z wyborcami, odbierają koncernom medialnym rząd dusz. Politycy ery Twittera nie są już zdani na pośredników informacji, nie muszą akceptować warunków wydawców, dla których media są często już tylko fragmentem większego biznesu. Nie muszą już słuchać „Wasz prezydent, nasz premier”.

W kluczowym momencie historii, która dzieje się z jego udziałem, polityk wyjmuje telefon (Radosław Sikorski – Blackberry, Paweł Graś – iPad, Adam Bielan – iPhone) i wpisuje na Twitterze opowieść, która za chwilę rezonuje wśród ludzi. I jeśli jest to dobra opowieść, dobra narracja, natychmiast opanowuje sieć.

W tym właśnie miejscu podczas debaty w Pałacu Prezydenckim zareagowali przedstawiciele tradycyjnych mediów: „Gdzie byłyby wpisy z Twittera, gdybyśmy ich nie publikowali w naszych gazetach, nie dawali na paskach telewizji?”. Replikowałem, że trudno było nie zauważyć wpisów rzecznika praw obywatelskich informującego o poważnej chorobie, Radka Sikorskiego wywołującego Janusza Palikota na pojedynek albo Pawła Poncyljusza odcinającego wpisem na Twitterze pępowinę z PiS.

To nie politycy będą najgłośniej protestować wobec rosnącej pozycji serwisów społecznościowych w Internecie, ale media – w przyspieszonym tempie tracące władztwo dusz. Wynajdują więc temat do dyskusji: płatni dyskutanci na forach. Albo deprecjonują serwis Twitter, denuncjując go po znalezieniu tam politycznej satyry. Zauważmy jednocześnie: to wydawcy mediów, a nie internauci zarabiają na chamstwie w sieci (pisałem o tym w artykule „Kibicuję Radkowi Sikorskiemu” w numerze 14 „Uważam Rze”).

Profesor Yochai Benkler z Uniwersytetu Harvarda: „Po raz pierwszy od czasów rewolucji przemysłowej środki wytwarzania znalazły się w rękach wszystkich. W przestrzeni wirtualnej spotykamy się, wyrażamy swoje zdanie, uczymy nawzajem i sami zarządzamy informacją. Nie musimy należeć do wielkiej korporacji, aby wprowadzać innowacje. Zdecentrowaliśmy kreatywność. Każdy może nagrywać piosenki, a ludzie za nie płacą i już nie potrzebują do tego pośrednictwa koncernów. Zdecentrowaliśmy też uczestnictwo w demokracji. Dziś nie musicie posiadać dziennika, stacji radiowej czy telewizyjnej ani należeć do partii politycznej, żeby działać w polityce. Przemysłowe korporacje kontrolujące informację w starym modelu komunikacji zostały tej kontroli pozbawione. W ten oto sposób zdemokratyzowaliśmy demokrację”.

Najgorsze jednak, że ktoś już przecież zainwestował w drogie studia telewizyjne, satelity nadawcze, koncesje i relacje z politykami, którzy bez niego nie mogli zrobić ani kroku. Zainwestował w studia nagraniowe i tłocznie płyt. Zainwestował w drukarnie i systemy nadawcze. I teraz tak bez walki, bez choćby próby wprowadzenia ograniczeń, ma się poddać?

Jakiemuś, phi, Twitterowi?

Eryk Mistewicz. Konsultant polityczny. Twórca strategii marketingu narracyjnego. Współautor wydanej ostatnio „Anatomii Władzy”.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement