Mateusz Kowalski: Od toposu do memu…czyli miejsce tego drugiego w kulturze.

10.05.2011
Mateusz Kowalski: Od toposu do memu…czyli miejsce tego drugiego w kulturze.

Mail ten właściwie powstał w związku z opublikowanym jakiś czas temu wpisem Ewy Lalik dotyczącym memów. Przyznam, że wspomniany artykuł zaciekawił mnie na tyle, że przekopałem się przez trochę zasobów (w tym książkowych), rozmawiałem ze znajomymi na temat memetyki w Internecie i… w końcu przysiadłem i spróbowałem trochę rozwinąć ten ciekawy wątek. Przyznam – nie jestem żadnym informatykiem, specjalistą od marketingu ani socjologiem, w związku z czym zająłem się tymi zagadnieniami z innej strony – bardziej kulturowej.

Pierwotnie miał być to artykuł do uczelnianego periodyku, jednak w trakcie jego pisania uświadomiłem sobie, że bardziej zasadnym będzie podesłanie tego Panu jako swego rodzaju hołd i podziękowanie za to, co robicie – czyli przede wszystkim rozbudzacie ciekawość i chęć głębszego zastanowienia się nad relacjami człowiek-technika – takim oto pięknym mailem napisał do mnie Czytelnik Spider’s Web Mateusz Kowalski i przesłał swój świetny tekst, do którego przeczytania serdecznie zapraszam. Nie wiem jak Wy, ale ja z wielką chęcią czytałbym więcej od Mateusza na Spider’s Web…

Ponad dwa tysiące lat temu, kiedy ludzkość nie śniła jeszcze o Internecie, a źródłem wszelkich informacji były wszelkiej maści edykty, plotki, wojny (w końcu podbicie danego terytorium skutkowało potem synkretyzmem kulturowym) i dzieła artystyczne, istniały rozbudowane szkoły filozoficzne, z których wywodziły się później i szkoły retoryczne. Tam też, gdy przygotowywano młodego adepta do wystąpień publicznych, zaznajamiano go z różnymi terminami. Jednym z nich był topos. Dwa tysiące lat później w sieci szaleją memy. Jak jedno ma się do drugiego? Okazuje się, że wiąże je całkiem sporo elementów.

Ten tekst jest wynikiem notatki Ewy Lalik sprzed paru dni, w której redaktorka Spider’s Web wskazała na istotną rolę memów w Internecie. Wtedy też wyraziłem opinię, że całość wymagałaby poszerzonego studium na modłę poświęconych memetyce książek. Mnie jednak, w trakcie któregoś posiedzenia przy kawie ze znajomymi, zainteresowało co innego: relacja między memem a toposem, która okazuje się być dość silna. Co więcej – mem można potraktować jako topos ery informatycznej.

Gwoli przypomnienia – po interwencji niemieckiego literaturoznawcy E. R. Curtiusa topos zaczęto rozumieć jako motyw bądź temat, który pochodząc z antyku przenika na różnych płaszczyznach do dzieł kultury (poprzednie definicje, spośród których najpopularniejsze do dziś są te ingardenowskie oparte na fenomenologii i epistemologii, zawężają topos do elementów kultury śródziemnomorskiej). Topos jest dowodem na ciągłość kultury, a swoją nieśmiertelność zawdzięcza przede wszystkim swojemu silnemu związkowi z jungowskimi archetypami. W skrócie jeszcze o Jungu – archetypy były dla niego przechowywanymi w podświadomości wzorcami, które uwalniały się w konkretnych okolicznościach mając wpływ na tworzenie. W przełożeniu na bardziej strawny język: archetyp to jest wzorzec kulturowy, który towarzyszy nam od dzieciństwa, a mózg, kiedy tworzymy, mając możliwość wyboru między niestandardowym aktem twórczości a zaprzęgnięciem zmienionego w topos archetypu, zawsze będzie się skłaniał ku użyciu toposu.

Tyle o toposach. Jak mają się do tego memy? Przede wszystkim współczesna nauka ma tendencje do definiowania memu w analogii do kodu genetycznego i bardziej wkracza na pole socjologii i marketingu niż kulturoznawstwa. Widać to zwłaszcza w definicjach L. Borkmana i H. K. Hensona, jednak najbardziej uderzające jest przyrównanie (nie wprost) memu do komórek rakowych dokonane przez G. Granta. Paradoksalnie jednak punktem wyjściowym – przynajmniej w tym tekście – powinna być definicja P. J. Vajka: „W przeciwieństwie do genów, memy nie są zapisywane w żadnym uniwersalnym kodzie w ludzkich umysłach czy kulturze. Np. perspektywa zbieżna w malarstwie, która pojawiła się w XVI wieku, może być przekazywana wśród Niemców, Anglików czy Chińczyków. Może być opisana słowami, równaniami algebraicznymi czy rysunkami. Niezależnie od tego, w jakiej formie ten mem będzie transmitowany, przejawia się w rozpoznawalnym elemencie realizmu, który pojawi się w dziełach sztuki wytworzonych przez artystów zainfekowanych tym memem.”

I w tym momencie całość staje się w miarę jasna – toposy to memy towarzyszące nam od zarania dziejów. Topos również cechuje się kontekstem wirologicznym – przekazywany jest mimowolnie, jest niejako narzuconym kanonem i, co ważniejsze, po fazie inkubacji i rozprzestrzenienia ulega samorzutnym mutacjom. Jednym z bardziej oczywistych pozainternetowych toposów-memów jest portret Mony Lisy, która najpierw stała się jednym z najpopularniejszych obrazów renesansu, by następnie ewoluować poprzez modyfikacje i adaptację do różnych środowisk. Przykładem takiej ewolucji jest choćby „L.H.O.O.Q.” lub „Mona Liza z zasznurowanymi ustami” M. Duchampa bądź też dość popularna paręnaście lat temu Mona Liza ze skrętem z marihuany w ręce (co miało tłumaczyć jej tajemniczy uśmiech).

Mem internetowy jednakże (i o nim będzie już praktycznie tylko mowa) jest jeszcze pójściem krok dalej, co wynika z masowej cyfryzacji współczesnej kultury i życia. O ile między dziełem da Vinciego a Duchampa mamy dość duży przedział czasowy (bez mała połowa millenium), o tyle obecnie całość ulega przyspieszeniu tak dużemu, że potrzeba kilku miesięcy, najwyżej lat do osiągnięcia przez mem kolejnego stadium.

Doskonale obrazuje to poniekąd „Accelerando” Ch. Strossa, które jako książka o epoce postludzkiej/postcyberpunkowej kładzie nacisk na marketing i życie w chmurze. Oraz, co więcej, na świadomość transponowaną do sieci, gdzie staje się ona towarem podlegającym wymianie barterowej – usługa za wiedzę. Tam właśnie Manfred, jeden z bohaterów, działa poprzez wypuszczanie do sieci informacji, które następnie są momentalnie przetwarzane i, parę godzin później, poprzez zastosowanie MLM, ewoluują w tempie praktycznie natychmiastowym do wyjątkowo perfidnych memów wirusowych.

Przy tak postawionej sprawie można zadać sobie pytanie: gdzie ta herezja rozgranicza mem od toposu? Podstawowym założeniem mogłoby być to mówiące, że topos jest uznane przez kulturę wysoką. Mem jest elementem popkultury, którego żywotność przemija bardzo szybko i tylko niektóre z nich wciąż się utrzymują. W końcu spośród zestawu zawierającego m.in. hasło „Gdzie jest krzyż?”, Dziewczynkę z Porem (tzw. Loituma Girl), RickRoll’d, Lolcaty, Facepalm czy PedoBeara, tylko te dwa ostatnie mają relatywnie dużą żywotność. Tę zaś zawdzięczają swojemu uniwersalizmowi i umiejętnej adaptacji.

Te przykłady pokazują jednak jeszcze inne cechy memu: pierwsza jest taka, że mem ma podłoże ściśle związane z wydarzeniami (czy to w rzeczywistości, czy w świecie wirtualnym). Kiedy temat przemija, mem również umiera. Ostatnim problemem jest natomiast żywotność memu, która wynika bezpośrednio z przyspieszonej inkubacji tej jednostki. Topos potrzebował lat i wielu dzieł, by stać się toposem w kategoriach kulturoznawstwa. Mem potrzebuje kilku dni, tygodni, miesięcy, by wyewoluować, osiągnąć apogeum rozwoju poprzez mutację i umrzeć.

I to jest chyba największa prawda o internetowych memach – te miniaturowe, ułomne toposy, doskonale pokazują mentalność współczesnego człowieka. Kondensacja przepływu informacji, jaką sami sobie narzuciliśmy, powoduje, że memy obumierają bardzo szybko, niczym komórki rakowe poddane leczeniu. A lekiem na nie jest znudzenie internautów.

Mateusz Kowalski: Z wykształcenia filolog klasyczny, z zamiłowania artysta, domorosły psycholog i PR-owiec. Szczęśliwy posiadacz minimum wiedzy informatycznej niezbędnej do przetrwania we współczesnym świecie. Nieustannie testuje wytrzymałość swojego laptopa i telefonu.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement