I like it. Lubię to, czyli informacyjny chaos.

21.01.2011
I like it. Lubię to, czyli informacyjny chaos.

Według Goldman Sachs, Facebook ma ponad 600 milionów aktywnych użytkowników miesięcznie. Jeśli tempo wzrostu utrzymałoby się, to w 2012 roku ponad miliard osób korzystałoby z tego portalu. Jak zwykle wokół popularnego serwisu wyrasta całe mnóstwo niezależnych projektów korzystających ze splendoru większego brata. A na Facebooku takie pomysły przyjmują się bardzo szybko.

Określanie Facebooka portalem społecznościowym powoduje nieporozumienia. Dziecko Zuckerberga już dawno przestało spełniać funkcje społecznościowe w tradycyjnym tego słowa rozumieniu. Oprócz kontaktów międzyludzkich Facebook oferuje o wiele więcej – przez rozrywkę, dostęp do informacji po mikroblogi. Wszystko oczywiście podszyte jest społecznościowym podtekstem.

W przeprowadzonych w zeszłym roku badaniach American Consumer Satisfaction Index, Facebook uzyskał 64 na 100 punktów. Mało, zwłaszcza że wyżej od niego wylądowały nawet linie lotnicze. Niskie oceny tłumaczone są częstymi zmianami w interfejsie, reklamami itp. Jednak pojawia się też komantarz, że użytkownicy mimo niedogodności korzystają z niego, bo funkcje które oferuje są tego warte. W dużej mierze chodzi o wszechobecny przycisk ?Like?. Ostatnio można zauważyć trend ?lajkowania? wszystkiego, co się da.

Polubienie czegoś w sieci i poinformowanie o tym znajomych stało się banalnie proste przez Facebooka. Ale patrząc na to zdroworozsądkowo – jedna, dziesięć, nawet 50 rzeczy może wywoływać zainteresowanie. Ale stream setek „like’ów” od wszystkich znajomych zaczyna być nie do ogarnięcia. Przyczyniają się do tego strony typu l-like.it. Ktoś wpadł na prosty pomysł stworzenia serwisu z powiedzonkami, które można polubić na Facebooku. Pomysł chwycił, ludzie klikają. A im więcej klików, tym więcej wejść na stronę i tym większy zysk z wyświetlanych reklam. O to przecież chodzi twórcom. I finalnie mniej lub bardziej bezmyślnie (raczej bardziej – na polskim odpowiedniku strony lu.bie.to cytaty mają często masę błędów gramatycznych i ortograficznych, ale któż by się tym przejmował i zauważał?) użytkownicy dzielą się tymi ?złotymi? przemyśleniami. Łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której kilkunastu znajomych polubi ten sam cytat z poziomu strony. Co zaskakujące polska wersja serwisu I-like.it jest popularniejsza niż angielska – 50 tysięcy ?lajków? na lu.bie.to to nic dziwnego, gdy na anglojęzycznej liczby te oscylują koło 10 tysięcy.

W czasach największej popularności MySpace?a działo się dokładnie to samo. Pole do popisu było nawet większe, bo spersonalizowne strony profili spowodowały wysyp serwisów z tematami, tłami i kolorami. To naturalna kolej rzeczy – to, czego nie zapewnia portal społecznościowy próbują dostarczyć zewnętrzne strony. Facebook robi jednak bardzo przemyślane ruchy – wszystkie okołoportalowe pomysły odnoszące sukces stara się jak najszybciej wchłonąć i zaadaptować do serwisu. Przecież chodzi o to, żeby wchodząc na Facebooka mieć wszystko w jego obrębie i nie musieć go opuszczać. Stąd wzięły się Places – nie idź do Google Maps, damy ci coś podobnego plus dorzucimy opinie znajomych.

Ale Facebook nie jest w stanie zapanować nad wszystkim, co dzieje się wokół portalu. Nie ma takiej fizycznej możliwości. Strony podobne do i-like.it wciąż będą próbowały ugrać coś dla siebie. Co niekoniecznie jest pozytywne dla samego Facebooka, który może stać się wielkim agregatorem treści z każdej dziedziny w żadnej się nie specjalizując. Najczęstszym powodem likwidacji kont na Facebooku były dotychczas problemy z prywatnością, ale jak podają eksperci coraz częściej pojawia się także zarzut o bezcelowość przebywania na portalu. A projekty typu i-like.it mogą tylko pogorszyć sprawę i powiększać informacyjny chaos.

Ewa Lalik

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement