Google przestaje śledzić tak, by wciąż śledzić.

25.01.2011
Google przestaje śledzić tak, by wciąż śledzić.

Google reklamami stoi. Z tego pochodzi 90% jego przychodów, a prawie wszystkie poczynania tej firmy prowadzą do jednego – do powiększeni bazy klientów, którym można wyświetlać reklamy. Jednak amerykańska Federal Trade Comission w opublikowanym w grudniu raporcie na temat ochrony prywatności konsumenta w erze gwałtownych zmian zaleciła wprowadzenie jak najprostszych mechanizmów blokujących kontekstowe wyświetlanie reklam w internecie. Google’owi to nie na rękę, ale poradził sobie z tym w sprytny sposób.

Internetowy przemysł reklamowy rozwinął bardzo prężną gałąź reklam – reklamy kontekstowe. Dopasowane do użytkownika, jego gustu, historii wyszukiwania i odwiedzanych stron. Mechanizm imponujący, żyła złota. Istniało kilka możliwości blokowania śledzenia internetowych przyzwyczajeń ale wszystkie zewnętrzne i nie do zrozumienia przez przeciętnego użytkownika. Teraz pojawiła się możliwość zainstalowania w przeglądarkach rozszerzenia „Keep my Opt-Outs”, oficjalnie stworzonego przez Google. Blokuje ono przesyłanie reklamodawcom informacji o nawykach i przyzwyczajeniach internauty.

Mozilla przygotowuje swoje analogiczne rozszerzenie o nazwie „Do Not Track” dla Firefoksa. Założenie jest proste – zablokować reklamodawcom możliwość śledzenia przyzwyczajeń i aktywności użytkownika. Bez przedzierania się przez wielopunktowe regulaminy, których i tak nikt nie czyta – prosty i czytelny dla przeciętnego klienta sposób. No właśnie. Prosty i czytelny dla przeciętnego klienta. Rozszerzenie jest takie?

Wcale nie. Rozszerzeń do przeglądarek używa mało osób (na przykład AdBlock, najpopularniejszy dodatek do Firefoksa używa mniej niż 3 procent korzystających z tej przeglądarki) i nie wrosły one jeszcze w świadomość masowego klienta. Dlatego dla Google i reklamodawców to świetny ruch – jeśli umożliwią użytkownikowi blokowanie śledzenia aktywności przez rozszerzenie prawie nic na tym nie stracą. Przecież świadomy klient już dawno używał blokowania ciasteczek, tworzył czrne listy, blokował skrypty. On pewnie dowie się o takim rozszerzeniu i zainstaluje je. Niech instaluje, zysków z niego już i tak dawno nie było.

A przeciętny odbiorca nawet nie dowie się o takiej możliwości, bo wcale nie zainteresuje go ten temat. Przemyślane posunięcie, dzięki któremu reklamodawcy stracą jak najmniej. Czy dla Google byłoby wielkim problemem zaimplementować opcję wyboru w kolejnej z częstych aktualizacji Chrome? Pewnie nie, ale prawdopodobieństwo, iż skorzysta z niej duża liczba użytkowników jest większe. Lepiej pozostać przy rozszerzeniu.

Informacja na temat „Keep my Opt-Out” nie pojawiła się na oficjalnym blogu Google’a, ale na oficjalnym blogu na temat polityki Google’a. Oczywiście ten drugi jest znacznie mniej popularny – kolejna świetna decyzja. Oczywiście można tam przeczytać, że po instalacji rozszerzenia trzeba liczyć się z powtarzającymi przypadkowymi reklamami. To prawda, ale czy to aż taki wielki problem?

Najciekawsze jest to, że instalacja „Keep my Opt-Out” wcale nie oznacza zaprzestania śledzenia aktywności użytkownika w ogóle. Owszem, przestanie robić to Google i kilkadziesiąt innych firm które udostępniają taką możliwość. A reszta? Wszystko po staremu.

Choć rozszerzenie wzbudza wiele kontrowersji, to dla nas, użytkowników przeglądarek z Polski, Europy i ogólnie spoza Stanów Zjednoczonych jedno jest bardzo pozytywne. Dzięki amerykańskim regulacjom takie możliwości wyboru zostają wprowadzane na skalę światową. Poza tym rozpoczyna się szersza dyskusja n temat problemów prywatności w internecie, a tego nigdy za dużo.

Ewa Lalik

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement