Koniec ery nieskrępowanego internetu

14.12.2010
Koniec ery nieskrępowanego internetu

cc-by-sa izarbeltzaKuba uruchomiła swoją własną encyklopedię internetową, na wzór Wikipedii, tylko że z kubańską ideologią. Chiny od lat cenzurują internet, za Wielką Ścianę Ogniową wiele informacji prawie nie dociera. Cały czas trwa wojna o WikiLeaks, o Juliana Assange, można powiedzieć – o wolność słowa. To koniec internetu, jaki znamy.

Dziś startuje EcuRed.com, kubańska encyklopedia, którą określa się odpowiednikiem międzynarodowej Wikipedii. Róznice? Na stronie głównej można widnieje informacja, że powstała, „by tworzyć i szerzyć wiedzę o wszystkim i dla wszystkich, z Kuby i z całego świata, gromadząc wiedzę z demokratycznego, nieobliczonego na zysk i obiektywnego z punktu widzenia dawnej kolonii, która wybiła się na niepodległość”. To chyba podstawowa – wiedza tak mocno podszyta ideologią polityczną, że nikt nawet nie stara się tego ukryć.

Jak podaje Reuter, wpisy na EcuRed będą mogły być również aktualizowane przez użytkowników. Oczywiście za wcześniejszą zgodą administratorów. Nihil novi, ale pozostaje kwestia, jak daleko administratorzy będą ingerować w samą treść. Patrząc na istniejące już wpisy (np. o USA -„brały siłą od innych narodów ziemię i surowce naturalne, by służyły amerykańskim firmom i monopolom”) nie można nie zauważyć wszechobecnej, jedynej i prawidłowej indoktrynacji.

Chiny. Szybkie zablokowanie WikiLeaks. Blokowanie lub zmiana wyników wyszukiwania. Ogrom cenzury, na którą pozwolić sobie może tylko prawdziwa potęga gospodarcza. I na razie nic, żadne próby Google, Amnesty International i inych organizacji nie mają wpływu na Chiny. Tam po prostu jest ?inny internet?. Prawdziwszy, właściwszy.

I trzecia ważna, kto wie, czy nie najważniejsza ostatnio, sprawa. WikiLeaks. A może już OpenLeaks? Wszyscy obserwują rozwój sytuacji. Nie da się tego nie robić. Sam wyciek nie był może aż tak znaczący – po pierwszym wzburzeniu zaczęto tuszować i łagodzić sytuację, ale WikiLeaks stało się przyczynkiem do światowej dyskusji. Czy mając ogromne możliwości, jakie daje internet, mamy prawo publikować dosłownie wszystko? Gdzie w internecie kończy się wolność słowa? Wojna o WikiLeaks ciągle trwa i choć może niedługo sprawa rozejdzie się bardziej lub mniej po kościach, to internet nie będzie już taki sam.

Nie będzie Orwella, na skalę światową nikt nie stworzy internetowej nowomowy bez niewygodnych określeń, na to jeszcze za wcześnie. Internet jest najmłodszym medium, które jednak najszybciej ze wszystkich znalazło swoje miejce w umysłach i świadomości ludzkiej. Jednak światowa sieć w formie, o której marzyli twórcy – nieskrępowanego, nieograniczonego przepływu informacji – nie ma w dłuższej perspektywie racji bytu. Nagle okazało się, że internetem też można manipulować. I to całkiem skutecznie.

Jesteśmy świadkami wielkich zmian kulturowych i gospodarczych, które nie mogą przejść bez echa, zwłaszcza w internecie. I nawet jeśli nie są one błyskawiczne, to tempo i tak jest szybkie. Wystarczy przypomnieć sobie, jak o sieci mówiono jeszcze 5 lat temu – w samych entuzjastycznych barwach, podkreślając swobodę i nieskrępowanie. A potem porównać z dniem dzisiejszym.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement