Newsweek: okienko na przyszłość

06.10.2008
Newsweek: okienko na przyszłość

29 września w Newsweeku ukazał się mój artykuł pod tytułem „Okienko na przyszłość”. Poniżej jego treść w finalnej wersji przesłanej na zamówienie redakcji Newsweeka przed korektą edytorską.

Link do wersji newsweekowej. Czy ktoś odnajdzie jednego chochlika, który wdarł się do gazety?

Google kończy właśnie 10 lat, a w kolejnych spróbuje wysadzić Microsoft z siodła, jakim dla firmy Billa Gatesa stał się rynek programów komputerowych.

Jak na firmę, która z niekonwencjonalnych zachowań uczyniła swoją wizytówkę, zeszłotygodniowa prezentacja pierwszego telefonu komórkowego Google’a przebiegła zwyczajnie, wręcz nudnie. Były prezentacje, przemówienia, animacje i ani słowa o tym, na co czekali wszyscy – wzmianki o konkurencji z Microsoftem. Modelem G1, stworzonym we współpracy z siecią T-Mobile i tajwańskim producentem HTC, Google zaczyna jednak swój romans ze światem telefonii komórkowej, w którym Microsoft rozpycha się już od kilku lat. A to oznacza, że gęsta atmosfera rywalizacji między dwoma gigantami informatyki zgęstnieje jeszcze bardziej.

Google, który w dziesięć lat wyrósł na największego konkurenta trzykrotnie starszego od siebie Microsoftu, wchodzi dziś bowiem w obszary rynku, na których karty niepodzielnie rozdaje od lat firma Billa Gatesa, czyli w sektor programów. Koncern Larry’ego Page’a i Sergeya Brina ma już najpopularniejszą i wciąż najskuteczniejszą wyszukiwarkę internetową świata, bijący rekordy popularności serwis wideo YouTube, a teraz koncentruje się na rozbudowie oferty programów komputerowych dostępnych za darmo przez internet. Android, czyli pierwsza aplikacja sterująca komórką przygotowana przez programistów Google, również wpisuje się w przyjętą przez tę firmę strategię swobodnego oprogramowania, gdyż każdy jego użytkownik będzie mógł dokonywać w programie poprawek i dodawać mu nowe funkcje. Strategia Google’a, oparta na masowym dostępie do darmowego oprogramowania i zarabianiu na reklamach, uderza taranem w Microsoft, który od lat buduje pozycję na sprzedaży programów do komputerów, a ostatnio również komórek (system Windows Mobile). Właśnie dlatego to starcie nie może skończyć się remisem.

Klientom Microsoftu Google wysyła sygnał: porzućcie kosztowne i zawieszające się Windowsy na rzecz naszych programów. Nie musicie ich kupować i wgrywać do komputerów, wystarczy, że wejdziecie do internetu. – Zdaliśmy sobie sprawę, że sieć już dawno zrezygnowała z prostych stron tekstowych na rzecz złożonych, interaktywnych aplikacji online – tłumaczył Google w specjalnym komiksie wydanym przy okazji debiutu przeglądarki Chrome. W świecie szerokopasmowego dostępu do internetu, zorganizowanym według pomysłu Google’a, najpopularniejsze aplikacje mogłyby być zatem używane, zapisywane i przechowywane tylko w sieci. W takim internecie nie miałoby już znaczenia, w jaki system operacyjny wyposażony jest komputer, ponieważ do pracy potrzebowałby tylko przeglądarki i połączenia internetowego. Oczywiście pod warunkiem że powstałyby komputery funkcjonujące na takiej zasadzie, dziś bowiem nim włączy się internet, trzeba włączyć komputer, a włącza go właśnie system operacyjny.

Możliwość przeniesienia programowego środka ciężkości z dysku twardego do sieci przewidział Bill Gates, który już 13 lat temu dostrzegł ogromny potencjał przeglądarek internetowych i rozpoczął bezpardonową walkę z ówczesnym liderem – programem Navigator Netscape. Jednym zabiegiem: dołączeniem własnej przeglądarki Internet Explorer do systemu operacyjnego Windows „zmiótł” Netscape z powierzchni ziemi. Później na jednej z licznych rozpraw antymonopolowych przeciwko Microsoftowi tłumaczył: Netscape rozwijał produkt, który mógł albo znacznie obniżyć, albo wręcz wyeliminować zapotrzebowanie na Windows.

Konkurenta udało się wykosić i dziś 61 proc. z 60,5 miliarda dolarów przychodów Microsoftu pochodzi ze sprzedaży systemu operacyjnego Windows i pakietu biurowego Office.

Wiele wskazuje jednak na to, że tak jak Microsoft znalazł sposób na Netscape’a, tak najsłabszy punkt giganta z Redmond świetnie zdiagnozowali szefowie Google’a. – Myślenie o komputerach w kategoriach systemów operacyjnych to przestarzały już sposób. Użytkownikom internetu wystarczy szybkie narzędzie do obsługi aplikacji online – mówi Sergey Brin, jeden z dwóch założycieli Google’a.

Zgodnie z tą koncepcją Google kusi użytkowników programu pocztowego Outlook do zamiany na jego własną pocztę Gmail z kalendarzem Google’a. Zamiast pakietu aplikacji biurowych Office proponuje własny odpowiednik dostępny w sieci. Do tego wirtualna galeria zdjęć Picasa, mapy i komunikator internetowy, a wszystko to dostępne w dodatku z każdego komputera na świecie podłączonego do internetu. Wystarczy się zalogować. Użytkownik zyskuje pieniądze, które musiałby wydać na podobne oprogramowanie Microsoftu, a także sporo miejsca na dysku komputera. Kosztem jest natomiast komplet informacji osobistych udostępniony specjalistom marketingowym z Google’a.

Nowe produkty Google’a, przeglądarka Chrome i system Android, są również elementami tej układanki. Przeglądarka zastąpić ma Explorera w komputerze, a Android otrzymał za zadanie przegonienie programu Windows Mobile z telefonów. Sercem pokazanego właśnie modelu G1, dostępnego w Europie na początku przyszłego roku, będą właśnie programy Google’a dostępne za pośrednictwem bezprzewodowego łącza Wi-Fi. W przeciwieństwie do Windowsów Android jest też otwarty na modyfikacje dokonywane przez samych użytkowników i docelowo nowe programy spod ich ręki będą dostępne w specjalnym sklepie on-line.

W spójnej układance Google’a jest jednak słaba strona. Luźna, indywidualistyczna kultura tej firmy zaprzecza wszystkiemu, co świat biznesu budował przez dziesiątki lat. Niektórzy pracownicy w prywatnych rozmowach przyznają, że pełna autonomia w pracy powoduje u nich poczucie braku celu. Doceniają to, że mogą rozwijać własne projekty, ale nie potrafią poruszać się na co dzień bez wyraźnych wytycznych od przełożonych. W takich warunkach każdy projekt Google’a wydaje się raczej przygodą grupy osób niż starannie zaplanowanym przedsięwzięciem całej firmy.
Pojawiają się również glosy, że Google powoli pada ofiarą swojej wielkości i staje się drugim Microsoftem. To już nie ta sama firma, która osiem lat temu zatrudniała kilkuset fanatyków. Dzisiaj jest wielką międzynarodową korporacją dającą pracę 20 tysiącom ludzi na całym świecie. Nie ma więc mowy o wspólnych wyjściach na piwo po pracy z wszystkimi, z którymi na co dzień się współpracuje. Pojawiają się spektakularne odejścia kluczowych menedżerów.

Wkrótce też z pewnością pojawią się zarzuty, że Google wykorzystuje swoją potęgę w wyszukiwaniu treści w internecie do przejmowania nowych rynków. Wtedy zaczną się procesy antymonopolowe. Przykład Microsoftu pokazał, że nieustanne walki obronne w sądach mogą skutecznie blokować kreatywne myślenie. Taka też przyszłość może spotkać Google’a, nawet jeśli za 10 lat wszyscy używać będą programów udostępnianych przez firmę w internecie oraz komórek z Androidem.

Choć akurat to drugie wydaje się dziś najbardziej odległe: G1 w porównaniu z szykownym iPhonem wygląda bowiem jak brzydkie kaczątko.

Tagi: ,

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement