Recencja płyty Coldplay "Viva la Vida or Death and All His Friends"

19.06.2008
Recencja płyty Coldplay "Viva la Vida or Death and All His Friends"

Nie chciałem na szybko oceniać nowej płyty Coldplay, żeby móc spojrzeć bardziej obiektywnym okiem pozbawionym pierwszego zauroczenia nową płytą jednego z ulubionych „nowych” zespołów muzycznych. Chciałem dać sobie kilka tygodni na gruntowne zapoznanie się z nową muzyką eksportowego kwartetu z Anglii.

Jedno jest dla mnie pewne – gdyby dzisiaj Beatlesi grali, nazywaliby się Coldplay. Próżno bowiem szukać na dzisiejszej scenie muzyki popularnej drugiego zespołu, który miałby dar pisania tak prostych, a jednocześnie niebanalnych piosenek. Coldplay na swojej nowej, czwartej w karierze płycie udowadnia, że można w dobie śmierci rocka i plastikowego popu rodem z dzwonków telefonów komórkowych pisać oryginalne piosenki, które czerpiąc z doświadczenia mainstreamu muzycznego, proponują nową jakość.

Ta nowa jakość w muzyce Coldplay to niesamowity zabieg przygotowany wspólnie z jednym z ponadczasowych producentów muzycznych, Brianem Eno. Nie jest to album podwójny, a mnóstwo na nim „podwójności”: podwójny tytuł, podwójny charakter większości utworów oraz podwójna konstrukcja utworów.

Płyta łączy tytuły dwóch piosenek: singla wydanego za pośrednictwem serwisu iTunes „Viva La Vida” oraz ostatniego na płycie „Death and All His Friends”. Taka konstrukcja tytułu nie jest przypadkowa. Odpowiada bowiem temu, co dzieje się na samej płycie. Znajdują się na niej aż trzy ukryte utwory, przy czym jeden jest uwzględniony w podwójnym tytule piosenki „Lovers in Japan/Reign of Love”, a dwa pozostałe: „Chinese Sleep Chant” (ukryte w „Yes”) oraz „The Escapist” (ukryte w „Death and All His Friends”) nie figurują w spisie utworów. Co więcej, kolejne dwa utwory: „42” oraz ponownie „Death and All His Friends” są skonstruowane z dwóch dość luźno powiązanych ze sobą fragmentów muzycznych. 

Brzmi to dość skomplikowanie i zawiło, ale przy odkrywaniu płyty dostarcza niezwykle przyjemnych doznań. Dekonstrukcja typowego albumu pop przygotowana przez Coldplay na najnowszej płycie z jednej strony nakazuje zastanowienie się nad kondycją współczesnej muzyki popularnej, a z drugiej pobudza jej rozwój.

Same utwory, oprócz zawiłości (jak na Coldplay) w konstrukcji, są naprawdę udane. Wydaje się, że panowie z Coldplay postanowili nie spieszyć się z wydaniem nowego albumu i poczekać na same dobre kompozycje, aby nie powtórzyć błędu z „X&Y”, gdzie tylko połowa utworów była na odpowiednio wysokim poziomie kompozycyjnym. 

Otwierający album instrumentalny „Life in Technicolor” wydaje się być dosknałym wstępem na nadchodzącej trasie koncertowej. Utwór rozwija się dynamicznie, aby wybuchnąć pełną paletą typowo „coldplayowego” dźwięku i przejść płynnie do wspaniałego utworu „Cemeteries of London”. Ta piosenka, obok „42” to dwa najmocniejsze momenty na płycie. Pozbawione typowej popowej konstrukcji „zwrotka – refren – zwrotka – refren” nie tracą na przebojowości i śmiało poradzą sobie na listach przebojów, jeśli Coldplay zdecydują się wydać je na singlu.

„Lost!” to przykład niezbyt udanej aranżacji wspaniałej linii melodycznej. A że jest wspaniała, można się przekonać słuchając, bonusowego na płycie, akustycznego wykonania „Lost!”, które powala siłą rodem z ballad Johna Lennona. Wersja „Lost!” z pełnym zespołem wydaje się być zbyt wyuzdana. Coldplay chyba zbyt długo nad tą piosenką pracowali, co zaowocowało podobnym rezultatem jak w przypadku „Talk” z poprzedniej płyty (wersja, która wyciekła do sieci na długo przed oficjalną premierą płyty „X&Y” była dużo bardziej udana niż ta, która finalnie znalazła się na trzecim albumie Coldplay).

Ciekawym utworem jest „Yes”, w którym Chris Martin śpiewa nietypowym jak na siebie niskim głosem. To dobry zabieg, gdyż falsety a-la Martin stawały się już zbyt przewidywalne (patrz „A Rush of Blood to the Head” i „X&Y”). Piosenki na płycie są dwojakiego rodzaju: niektóre, takie jak „Yes” i „Strawberry Fields” brzmią jakby napisał je sam Paul McCartney; inne z kolei, takie jak, „Cemeteries od London” i „42” przynoszą na myśl duch Johna Lennona.

Grupie Coldplay nie wystarcza miano „najsłodszej kapeli w Wielkiej Brytanii”. Czwarta płyta przynosi szereg wspaniałych labiryntów muzycznych, których rozszyfrowanie daje słuchaczowi dużo satysfakcji. Mimo, iż Coldplay nie redefiniuje na nowo muzyki rozrywkowej, to tchnął w nią nowego ducha pozwalającego uwierzyć, że ci najlepsi jeszcze nas wszystkich czymś nowym, odkrywczym zaskoczą.

Świetna płyta. 

Tagi:

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement